Stronki na blogu

wtorek, 7 maja 2019

Klester Cavalcanti „Nazywają mnie Śmierć”

W 1971 roku siedemnastoletni Brazylijczyk Julio Santana po raz pierwszy w swoim życiu zabija człowieka. Robi przysługę swojemu stryjowi i zarazem mentorowi Cicero, płatnemu zabójcy, który nie może wykonać tego zlecenia z powodów zdrowotnych. Julio przyrzeka sobie, że to pierwszy i ostatni raz, że nigdy już nie odbierze życia bliźniemu, ale nie udaje mu się dotrzymać tej obietnicy. Julio z czasem daje się wciągnąć w świat rewolwerowców. Młody mężczyzna jest bardzo religijny, ale wierzy, że Bóg wybaczy mu te zbrodnie, jeśli po każdym zabójstwie odmówi dziesięć razy „Zdrowaś Mario” i dwadzieścia razy „Ojcze nasz”. W przeciągu trzydziestu pięciu lat Julio Santana zabija blisko pięćset osób. Prawie wszystkie wyłącznie w celach zarobkowych. I aż do dziś pozostaje na wolności.

Wielokrotnie nagradzany brazylijski dziennikarz śledczy i pisarz specjalizujący się w literaturze faktu, Klester Cavalcanti przez siedem lat zbierał materiały do swojej książki o płatnym zabójcy Julio Santanie zatytułowanej „O Nome da Morte” („Nazywają mnie Śmierć”). Tyle też czasu zajęło mu przekonanie głównego (anty)bohatera książki, który opowiedział mu o swoim życiu, do umieszczenia w tej publikacji jego prawdziwego nazwiska. Światowa premiera książki odbyła się w 2006 roku, ale polskie wydanie ukazało się dopiero w roku 2019. W 2017 roku miał miejsce pierwszy pokaz pełnometrażowego filmu Henrique Goldmana opowiadającego o życiu Julia Santany, także pod tytułem „O Nome da Morte”. On sam jest zadowolony z efektu pracy Klestera Cavalcantiego – twierdzi, że pisarz opowiedział jego historię w sposób uczciwy, ale tego samego nie może powiedzieć o twórcach filmu. Utrzymuje jednak, że jego biografia jest znacznie smutniejsza niż wszystko, co można sobie wyobrazić.

„Nazywają mnie Śmierć” to sfabularyzowana biografia jednego z najskuteczniejszych zabójców na zlecenie w historii Brazylii. Człowieka, który ma na sumieniu blisko pięćset istnień ludzkich i nadal pozostaje na wolności. Klester Cavalcanti w przedmowie zdradza między innymi to, że z Juliem Santaną skontaktował go jeden z agentów Policji Federalnej, co niezbyt go zaskoczyło, ponieważ jak sam stwierdza w Brazylii przyjaźń pomiędzy policjantami i kryminalistami nie jest niczym nadzwyczajnym. Według niego każdy, kto zna kulisy pracy brazylijskiej policji (na przykład dziennikarze śledczy) nie traktuje tego, jak jakiegoś gorącego newsa. Ale Cavalcanti przyznaje również, że trudno było mu uwierzyć w to, iż ów agent Policji Federalnej dotrzyma słowa i faktycznie skontaktuje go z płatnym zabójcą. A jednak to zrobił i w ten oto sposób Cavalcanti rozpoczął rozmowy z Juliem Santaną, do dziś pozostającym na wolności niegdysiejszym rewolwerowcem, które trwały w sumie siedem lat. Dziennikarz nie ograniczał się do wywiadów z główną postacią swojej książki – dotarł też do innych osób posiadających jakąś wiedzę na temat wydarzeń badanych przez niego na potrzeby tej książki. Cavalcanti wszystko sprawdził tak dokładnie, jak to tylko było możliwe. W niektórych kwestiach pozostawało mu jednak jedynie zdanie się na świadectwo Julia Santany. Czytelnik musi więc sam rozsądzić, czy należy brać na wiarę wszystko, co zechciał przekazać Klesterowi Cavalcantiemu. Dla nas, odbiorców „Nazywają mnie Śmierć”, historia Julia Santany rozpoczyna się w 1971 roku. Mieszkający wówczas w ubogiej amazońskiej wiosce, siedemnastoletni Julio był jednym z głównych żywicieli rodziny. Nie pracował, ale często przynosił do jednoizbowej chaty, którą zajmował razem ze swoimi rodzicami i dwoma młodszymi braćmi (pierworodny syn Santanów, starszy brat Julia jakiś czas temu opuścił rodzinne strony i od tego momentu nie kontaktował się ze swoimi bliskimi), ciała upolowanych przez siebie zwierząt. Julio był bardzo dobrym myśliwym, co zawdzięczał swojemu stryjowi Cicero. To on nauczył go polować, on też wprowadził go w świat rewolwerowców. Klester Cavalcanti na kartach „Nazywają mnie Śmierć” przedstawia fascynującą historię człowieka, który za mentora miał płatnego zabójcę, który ewidentnie był przezeń manipulowany, kształtowany przez Cicera na rewolwerowca, człowieka, który w celach zarobkowych odebrał życie setkom swoich bliźnich. Styl autora pozostawia wiele do życzenia – ubogie w szczegóły, suche opisy miejsc, wydarzeń i postaci z lekka utrudniały mi lekturę tej pozycji. Podejrzewam, że gdybym nie wiedziała, że autorem omawianej książki jest dziennikarz, to wywnioskowałabym to z samego stylu wypowiedzi. Naprawdę znać w tym rękę dziennikarza. Relacja ta jest zdystansowana, rzeczowa, chłodna, ale nie przeraźliwie zimna. Autor od czasu do czasu daje ponieść się emocjom, albo raczej roznieca coś w rodzaju empatycznych iskierek, ale zazwyczaj jego spojrzenie jest wręcz do bólu obiektywne, trzeźwe, racjonalne, wolne od emocji. To znaczy z jego strony, bo nie sądzę, żeby wielu odbiorcom „Nazywają mnie Śmierć” mocno to się udzielało. Informacje przekazywane przez Cavalcantiego bronią się samą treścią. Chociaż styl autora jest nader suchy, dosyć potężny ładunek emocjonalny kryje się w samych tych faktach. To trochę tak jakbyśmy czytali obszerny artykuł dziennikarski udowadniający, że rzeczywistość bywa gorsza od najśmielszej fikcji, że prawdziwym światem rządzi taka przemoc, która zwykłym śmiertelnikom może nie mieścić się głowie. Przez niektórych ta opowieść może być odbierana jako fikcja literacka, bo nie chce się paść ofiarą ewentualnej konfabulacji albo po prostu wierzyć, że rzeczywistość jest aż tak brutalna. Ale podejrzewam, że większość odbiorców „Nazywają mnie Śmierć” nie będzie miało oporów przed zaakceptowaniem prawdy o świecie z całą mocą płynącą z biografii brazylijskiego zabójcy do wynajęcia Julio Santany. Obecnie toczącego spokojny, wolny od zbrodni żywot w otoczeniu najbliższych mu osób.
  
Jak to się stało, że człowiek, który ma na sumieniu blisko pięćset istnień ludzkich po dziś dzień pozostaje na wolności? Jak to możliwe, że mężczyzna, który w 2006 roku wyszedł z ukrycia, dając zgodę dziennikarzowi śledczemu Klesterowi Cavalcantiemu na ujawnianie swojego prawdziwego nazwiska w książce mu poświęconej, nigdy nie stanął przed sądem za zbrodnie, których się dopuścił? Czy można wierzyć autorowi „Nazywają mnie Śmierć”, gdy mówi o tym, że z Juliem Santaną skontaktował go agent Policji Federalnej, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że człowiek ów zarabia na życie zabijaniem ludzi? Już widzę te osoby, które machną lekceważąco ręką mówiąc: to w końcu Brazylia, tam nie takie cuda się zdarzają. Stryj i zarazem mentor Julia Santany, Cicero, wpajał mu, że „w tych stronach policja nie miesza się w sprawy rewolwerowców”. Nasuwa się jednak pytanie, czy aby ten haniebny proceder nie rozciąga się na inne rejony świata? Przynajmniej ci mniej optymistycznie patrzący na świat odbiorcy omawianej książki powinni dopuścić do siebie przerażającą myśl, że problem ten trawi wiele krajów świata. Być może z tym, w którym oni sami egzystują włącznie... Ekstremalnie skorumpowani gliniarze i politycy, sadystyczni żołnierze i profesjonalni zabójcy – w takiej rzeczywistości żył Julio Santana, taką rzeczywistość poznał od podszewki po przekroczeniu siedemnastego roku życia. Ubogi chłopiec mieszkający wraz z rodziną w drewnianym, jednoizbowym, nędznym domku w Puszczy Amazońskiej, pomimo życia w tak ekstremalnie trudnych warunkach, mimo tylu przeciwności, był szczęśliwy. Miał rodzinę, która go kochała, dziewczynę, z którą planował spędzić resztę życia i mnóstwo zwierzyny, którą mógł w każdej chwili upolować, by nakarmić siebie i swoich najbliższych. Julio lubił te samotne wycieczki w głąb dżungli, te polowania na zwierzynę, których to nauczył go jego stryj Cicero. Ta idylla (z puntu widzenia samego Julia) wkrótce się jednak skończyła – jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności chłopiec wkroczył na ścieżkę zbrodni za sprawą osoby, która od lat była mu najbliższa. Julio traktował Cicera jak mentora, nauczyciela, wyrocznię wręcz, nawet po wstrząsie jaki ten zaufany człowiek mu zaaplikował. Siedemnastoletni Julio bardzo przeżył pierwsze zabójstwo zlecone mu przez wuja. Chłopak mógł odmówić, ale tego nie zrobił. Wymusił jednak na Cicerze obietnicę, że nigdy o coś takiego go już nie poprosi. A niedługo potem skorzystał z oferty przedstawionej mu przez stryja. Mógł sporo zarobić na legalnej działalności. A przynajmniej tak mu się wydawało. Bo praca dla brazylijskiego wojska, walka z komunistami to najbardziej wstrząsający kawałek tej publikacji. Tortury i morderstwa, których dopuszczali się żołnierze na oczach przerażonego nastolatka, starającego się nie brać udziału w tych okrucieństwach, zaskoczą pewnie tylko tych, którzy nie znają kulis działalności armii z różnych stron świata. Ale brak zaskoczenia wcale nie sprawi, że łatwiej będzie im przejść obok tego bestialstwa zupełnie obojętnie. Chyba nawet chłodny, dziennikarski styl Cavalcantiego nie jest w stanie osłabić tych miażdżących ciosów raz po raz wypuszczanych w naszym kierunku w trakcie niedługiej (kilkumiesięcznej) pracy Julia dla brazylijskiego wojska. Gdy ta dobiegnie końca autor pochyli się nad jego działalnością w charakterze zabójcy do wynajęcia. Przedstawi tylko kilka zbrodni przez niego dokonanych, bo i ciężko oczekiwać opisów prawie pięciuset zabójstw od publikacji liczącej sobie trzysta dwadzieścia stron zapełnionych niemałym drukiem. Wpadki autorskie, czy redaktorskie są – jedną wyszczególnia polska tłumaczka Joanna Kuhn, inną znalazłam sama (pomyłka w datach na stronach 57 i 69), ale poza tym żadne nieścisłości w oczy mi się nie rzuciły. Chciałabym jednak, żeby ta publikacja była dłuższa, by Klester Cavalcanti skupił się na większej licznie zleceń przyjętych przez Julia Santanę od ludzi, którzy z najróżniejszych powodów (bardziej i mniej poważnych, często wręcz błahych) pragnęli czyjejś śmierci tak bardzo, że nie zawahali się słono zapłacić rewolwerowcowi za starcie tej osoby z powierzchni ziemi. Niemniej, gwoli sprawiedliwości, taki przekrój życia Julia Santany pozwala całkiem nieźle poznać tego rodzącego doprawdy ambiwalentne uczucia człowieka. Dla mnie najlepsze w owej publikacji jest to, że człowiek często łapie się na współczuciu względem płatnego zabójcy, jednocześnie absolutnie potępiając jego odrażającą działalności - potworne wybory, których sam przecież dokonywał. Wuj go popychał, nęcił obietnicami bogactwa, ale nie można powiedzieć, że Julio został postawiony pod ścianą, że nie mógł wybrać innej drogi życiowej.

„Nazywają mnie Śmierć” to niezbyt dobrze napisana książka z gatunku non-fiction, którą każdy, kto nie boi się ciężkich tematów powinien czym prędzej przeczytać. Co z tego, że styl brazylijskiego dziennikarza śledczego i pisarza Klestera Cavalcantiego jest nazbyt suchy, że jego relacja jest raczej powierzchowna, że autor nie zagłębia się w tę historię tak, jak według mnie powinien, że nie odsłania jej arkanów w najzgrabniejszy sposób? W tym przypadku nie ma to aż takiego znaczenia, bo historia życia autentycznej postaci jaką jest Julio Santana, niegdysiejszy płatny zabójca, który w swoim życiu zabił blisko pięćset osób i nadal pozostaje na wolności, broni się sama. Myślę, że to jedna z tych opowieści, która nawet gdyby została napisana przez absolutnego dyletanta (do którego moim zdaniem Klesterowi Cavalcantiemu mimo wszystko jeszcze daleko), to i tak wstrząsałaby do głębi. Bo, jeśli wierzyć autorowi „Nazywają mnie Śmierć” i oczywiście samemu najbardziej zainteresowanemu, takie właśnie było życie Julia Santany, które aktualnie można uznać za ustabilizowane, spokojne, praworządne. I nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek odpowiedział on przed sądem za te wszystkie zbrodnie, do których tak głośno się przyznaje.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

1 komentarz:

  1. Choć nie jesteś zachwycona to ja chętnie poznam tę historię.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń