Stronki na blogu

środa, 25 marca 2020

Maria Adolfsson „Doggerland. Podstęp”


Wyspy Doggerlandzkie. Komisarz Karen Eiken Hornby po hucznie obchodzonym w tych rejonach święcie, budzi się w hotelu u boku swojego niesympatycznego szefa, naczelnika wydziału kryminalnego Jounasa Smeeda. Zawstydzona wymyka się z budynku, a kilka godzin później dostaje sprawę zabójstwa. Ofiarą jest była żona Jounasa, Susanne Smeed. Kobieta zginęła we własnym domu położonym we wsi Langevik, w której mieszka też Karen. Do czasu oczyszczenia byłego męża Susanne z zarzutów, komisarz Hornby ma tymczasowo pełnić obowiązki Jounasa. O ile jest niewinny. Karen, tak jak jej koledzy śledczy, nie wierzy, że szef jest zabójcą, ale musi to jeszcze udowodnić. A niektóre dowody wskazują, że może być w to zamieszany. Rozwiązanie zagadki może też tkwić w przeszłości. Na początku lat siedemdziesiątych w Doggerlandzie funkcjonowała niewielka hippisowska komuna, założona przez rodziców Susanne Smeed, która nadal jest jednym z ulubionych tematów stałych bywalców obleganego pubu w Langevik.

Urodzona i mieszkająca w Szwecji Maria Adolfsson, zanim została pisarką, pełniła funkcję rzeczniczki prasowej organizacji Storstockholms Lokaltrafik (SL). Jej pierwsza powieść, „...alla för en”, ukazała się w 2008 roku, ale mały zwrot w jej karierze nastąpił dopiero w 2018 roku, po premierze jej drugiej książki, pierwszej części kryminalnego cyklu osadzonego na fikcyjnych Wyspach Doggerlandzkich pt. „Felsteg” (pol. „Podstęp”). Rok później pojawił się drugi tom, „Stormvarning”, a w 2020 roku swoją premierę miała część trzecia zatytułowana „Mellan djävulen och havet”. Trylogią najprawdopodobniej „Doggerland” nie pozostanie, Adolfsson bowiem już zdradziła, że ma pomysł na czwartą odsłonę tej serii. Więcej nawet: dała do zrozumienia swoim czytelnikom, że i na tym poprzestać nie zamierza. Prawdopodobnie będzie dalej rozbudowywać swój wymyślony światek, w którego centrum postawiła komisarz doggerlandzkiego wydziału kryminalnego, Karen Eiken Hornby. Starszą kobietę z iście traumatyczną przeszłością.

Wyspy Doggerlandzkie – miejsce istniejące jedynie na kartach powieści Marii Adolfsson, nader nieśmiało wschodzącej gwiazdy skandynawskiego kryminału. Autorka „Podstępu” nie dorobiła się jeszcze ogromnej rzeszy wiernych czytelników, choć zdecydowana większość z tych osób, które dały szansę jej twórczości, bynajmniej tego nie pożałowała. Polskie wydanie pierwszej części cyklu „Doggerland” ukazało się w 2020 roku, dwa lata po światowej premierze rzeczonej pozycji, nakładem wydawnictwa W.A.B., w szybkim tempie dorabiając się grupki czytelników aspirujących do stania się częstymi bywalcami fikcyjnych wysp usytuowanych pomiędzy Skandynawią i Wielką Brytanią. Tym, co moim zdaniem, przede wszystkim wyróżnia tę powieść, to nie tak znowu częste w tym gatunku, zamiłowanie jej autorki do detali. Wyspy Doggerlandzkie zostały opisane tak szczegółowo, że aż nie chce się wierzyć, że to zupełnie fikcyjne miejsce. Zimne, niezbyt zróżnicowane krajobrazy ziem obmywanych morskimi falami, które stanowią pewną barierę przed resztą świata. Oddzielają doggerlandzką społeczność od gwaru bardziej rozwiniętych państw leżących nieopodal. I do których najczęściej uciekają młodzi, bo Wyspy Doggerlandzkie, naturalnie, nie oferują takich perspektyw jak na przykład Londyn, czy Sztokholm. Główna bohaterka omawianej powieści, komisarz Karen Eiken Hornby, też była jedną z nich – osób, które opuściły Doggerland w poszukiwaniu lepszego życia. Ale po kilku latach wróciła. Mocno poturbowana, można wręcz powiedzieć, że w kawałkach, bo to, co przeżyła w Wielkiej Brytanii na trwałe odcisnęło się na jej psychice. Co absolutnie zrozumiałe, Karen po dziś dzień z bólem wspomina swoje dawne życie. Wspomina je na Wyspach Doggerlandzkich, gdzie się urodziła i wychowała, i gdzie powróciła po tragicznym zakończeniu szczęśliwego bytu w Anglii. I rozpoczęła pracę w policji. Po jakimś czasie dostała się do wydziału kryminalnego. Na pewnym etapie swojej kariery zawalczyła o stanowisko naczelnika, ale przegrała z Jounasem Smeedem. Członkiem majętnej rodziny, który, jak wielu jego kolegów po fachu, znajduje przyjemność w deprecjonowaniu żeńskiej części wydziału kryminalnego. Jounas jest po trosze mizoginem, a na pewno zwolennikiem patriarchatu. Za jego rządów i jego przełożonego, w doggerlandzkim wydziale kryminalnym, Karen Eiken Hornby i jej koleżanki praktycznie codziennie są obrzucane szowinistycznymi odzywkami, które ich koledzy uważają za zabawne i jak najbardziej uzasadnione. Nie wszyscy mężczyźni podlegający Smeedowi są zadowoleni z takiego sposobu rządzenia, nie wszyscy policjanci z Doggerlandu dowartościowują się poprzez wyzłośliwianie się na swoich koleżankach po fachu. Ale większość chętnie wykorzystuje uprzywilejowaną pozycję nadaną im przez naczelnika, ale i jego bezpośredniego przełożonego. Zaskakuje więc to, że jedna z ofiar owych prześladowań usankcjonowanych przez Jounasa Smeeda, komisarz Karen Eiken Hornby, spędziła ostatnią noc z tym znienawidzonym mężczyzną. Noc, po której doszło do brutalnego morderstwa jego byłej żony, Susanne. Przygodny kochanek i zarazem szef Karen, stał się więc pierwszym podejrzanym. Siłą rzeczy, ale śledczy, włącznie z główną bohaterką książki, wątpią w jego winę. Karen nie tylko prowadzi to śledztwo, ale także tymczasowo pełni obowiązki Jounasa, starając się przy tym utrzymać w tajemnicy fakt, że była jedną z ostatnich osób, które widziały Smeeda zanim doszło do zabójstwa Susanne. Kobieta została zamordowana niedługo po tym, jak zawstydzona Karen opuściła hotel, w którym wciąż spał jej ostatni kochanek. Wprawdzie nietrzeźwość (alkohol, jaki Karen wlała w siebie ostatniego wieczora) jest jakimś usprawiedliwieniem, ale nawet ona nie może nadziwić się temu, że aż tak się zapomniała. Bo jak by na to nie patrzeć, Jounas jest ostatnią osobą, z którą chciałaby przeżyć miłosną przygodę. Maria Adolfsson zdradziła, że zależało jej na tym, by czołowa bohaterka cyklu „Doggerland” była postacią wielowymiarową – kobietą pełną zalet i jak każdy popełniającą błędy. Poza tym Karen wiele już przeszła. Ta blisko pięćdziesięcioletnia kobieta ma spore doświadczenie w pracy policyjnej i doskonale wie, czym jest prawdziwe cierpienie. Na własnej skórze przekonała się, jak mocno życie może dawać człowiekowi w kość. Jak ciężki bywa żywot na tym padole. I jakiej siły wymaga od okrutnie poranionego przez los człowieka dalsze trzymanie się tego smutnego żywota. Karen ma jednak duszę wojowniczki. Nie poddaje się, choć nie jest typem bohaterki zdającej się być osobą wręcz niezniszczalną. Zawsze twardą, charakteryzującą się nadzwyczajną błyskotliwością i nigdy niepozwalającą by emocje wzięły nad nią górę. Nie, Karen nie jest nikim nadzwyczajnym. I właśnie to sprawia, że tak bardzo chce się jej towarzyszyć. To człowiek z krwi i kości, a nie jakaś wyidealizowana, niezwykle mocarna pannica, z prawdziwym talentem do rozpracowywania wszelkich zagadek kryminalnych. Choć przyznaję, że i takie bohaterki mają swoje miejsce w moim sercu.

Sprawa kryminalna roztoczona przez Marię Adolfsson w „Podstępie” jest stosownie tajemnicza, a przy tym obfitująca w szczegóły pracy doggerlandzkich śledczych, z komisarz Karen Eiken Hornby na czele. Szwedzka autorka przeprowadza nas przez śledztwo w sprawie zabójstwa Susanne Smeed z imponującą konsekwencją. Nie skacząc bez większego pomyślunku pomiędzy powierzchownie przedstawionymi wątkami, tylko powoli zmierzając od punktu A do punktu B. Każdy etap tej dosyć długiej drogi ku nieprzewidywalnej prawdzie rozwija się nieśpiesznie. W „Postępie” nie ma od zatrzęsienia obiecujących tropów, za to denerwujących Karen i jej prawdopodobnie tylko tymczasowych podwładnych, przestojów, nie brakuje. Prawdopodobnie, bo jeśli okaże się, że to pełnoprawny naczelnik wydziału kryminalnego Doggerlandu zabił swoją byłą żonę, to kobieta zyska szansę na objęcie jego stanowiska. O ile będzie je chciała. Bo główna bohaterka „Podstępu” już jakiś czas temu przestała marzyć o objęciu tej funkcji. Tak na dobrą sprawę wystarcza jej ta pozycja, której już się dorobiła w hierarchii służbowej. Czyżby wypalenie zawodowe? Niekoniecznie. Może po prostu lepiej się czuje, jako szeregowy komisarz doggerlandzkiego wydziału kryminalnego. Może po prostu zrozumiała, że bardziej nadaje się do tej policyjnej pracy, którą już wykonuje. Choć wolałaby dostawać więcej spraw większego kalibru. Możliwe jednak, że już niedługo i to pragnienie w niej przygaśnie. Bo zagadka, którą teraz rozpracowuje właśnie do takich poważniejszych spraw się zalicza, a nietrudno zauważyć, że coraz bardziej ją to zadanie przytłacza. Samą Karen dręczy przypuszczenie, że to przerasta jej możliwości, że nie jest, jak wcześniej myślała, najodpowiedniejszą osobą do prowadzenia spraw tak wysokiej rangi. Susanne Smeed została zamordowana we własnym domu we wsi Langevik w biały dzień (jej zgon, według koronera, nastąpił pomiędzy siódmą a dziesiątą rano), a jedynym punktem zaczepienia jest wersja, w którą żaden ze śledczych nie wierzy. Jounas Smeed co prawda wydaje się być osobą zdolną do odebrania życia kobiecie, której nie ukrywa, że szczerze nienawidził. Oczywiście, jak już przeszło mu chwilowe zauroczenie, które zaprowadziło go na ślubny kobierzec z, jak utrzymuje, egoistyczną, złośliwą, nadmiernie kłótliwą materialistką Susanne – jakby sam był wzorem cnót wszelakich... Tak, ale to wydaje się zbyt proste i co ważniejsze trudno znaleźć związek pomiędzy Jounasem i funkcjonującą w Langevik na początku lat 70-tych XX wieku niezbyt liczną hippisowską komuną, założoną przez rodziców ofiary. Domyślamy się, że te dawne dzieje mają fundamentalne znaczenie dla śledztwa prowadzonego przez komisarz Karen Eiken Hornby, bo gdyby było inaczej, to autorka pewnie nie przenosiłaby nas również do tego okresu. Rozdziałów osadzonych w 1970 roku niestety jest niewiele, a i te które dostajemy grzeszą objętościowym skąpstwem. Szkoda, bo Adolfsson rozpala pragnienie głębszego wniknięcia w egzystencję i osobowości garstki członków tej nadal niemiłosiernie obgadywanej na Wyspach Doggerlandzkich maleńkiej komuny. O tym miejscu i o tych ludziach nadal chętnie się rozmawia (zwłaszcza w pubach, po kilku głębszych), choć komuna nie przetrwała nawet dwóch lat. Część jej członków, w tym rodzice Susanne Smeed już nie żyją, a inni już od blisko pół wieku mieszkają z dala od Doggerlandu. Niemniej takie zamknięte społeczności, żyjące po swojemu, a nie pod dyktando większości - antykapitaliści, nonkonformiści, wyznawcy wolnej miłości z pociągiem do trawki – i najwyraźniej obarczone jakimiś brudnymi sekrecikami, często na wieki wieków rozpalają wyobraźnię plotkarzy żyjących wówczas niejako obok nich, którzy zarażają tą swoją fascynacją kolejne pokolenia. Karen nigdy nie interesowała się tym tematem, ale teraz zostaje zmuszona do zgłębienia tajemnic owej komuny. Bo narasta w niej przekonanie, że doszło tam do czegoś, co bezpośrednio bądź pośrednio wpłynęło na okrutną śmierć jej powszechnie nielubianej sąsiadki, która dokonała się blisko pięćdziesiąt lat później. Choć zasadniczo kompleksowa dbałość Marii Adolfsson o szczegóły i to we wszystkich kwestiach (postacie, miejsca, wydarzenia, żmudna praca policyjnych śledczych) wstrzeliła się w moje czytelnicze preferencje, to jednak chwilami odnosiłam wrażenie, że autorka w pewnym sensie utknęła. Tak jakby długo zastanawiała się, jak pchnąć swoje śledztwo dalej – krążyła więc wokół tematu, mnożyła i mnożyła detale tak długo, że nawet ja, osoba wprost uwielbiająca długie opisy, zaczynałam się niecierpliwić. Ale taki stan nie dopadał mnie znowu aż tak często. I co może zaskakiwać częściej w zawodowej niż prywatnej sferze życia Karen. Warstwa obyczajowa jest dość szeroka (co we współczesnych kryminałach jest stosunkowo częste) i naturalnie nie tak dramatyczna, jak praca, której aktualnie oddaje się czołowa bohaterka „Podstępu”, ale trochę frapującej tajemniczości posiada (przeszłość Karen, a ściślej przeżyta przez nią trauma) i no... interesującej codzienności. Niby nic szczególnego, a chce się jej towarzyszyć też w domu, podczas spotkań z jej starymi i zaskakującymi nowymi przyjaciółmi. Czasami nawet bardziej niż podczas mozolnej pracy, której się oddaje w nadziei, że uda jej odkryć prawdę o śmierci Susanne Smeed. Czasami, bo co by nie mówić, płaszczyzna kryminalna miała mi sporo do zaoferowania. I nie piszę jedynie o zaskakującym i co ważne nieoderwanym od całości (logicznym) rozwiązaniu tej zagadki, tylko ogólnie o jego rozwoju (minus parę momentów), generującym napięcie, pobudzającym wyobraźnię i zaspokajającym mój wilczy apetyt na wyczerpujące opisy. W tym przypadku ponurych, surowych, melancholijnych krajobrazów, dość złożonych osobowości oraz dramatycznych wydarzeń wkradających się w zwyczajną codzienność, dodatkowo zaburzających nie tak znowu beztroskie żywota na chwytliwych fikcyjnych Wyspach Doggerlandzich.

Ufam, że to nie ostatnia moja wizyta na Wyspach Doggerlandzkich, stworzonych przez Marię Adolfsson specjalnie na użytek jej kryminalnej serii z między innymi komisarz Karen Eiken Hornby. Ufam, że kolejne tomy „Doggerlandu” doczekają się polskich wydań, bo jak już raz weszło się do tego klimatycznego świata przedstawionego, to naprawdę pragnie się uczynić to ponownie. I jeszcze raz, i jeszcze... Dotychczasowi odbiorcy pierwszego tomu tego literackiego przedsięwzięcia utalentowanej Szwedki, jaką niewątpliwe jest Maria Adolfsson, już znają to uczucie (a przynajmniej duża ich część). A pozostali fani powieściowych kryminałów moim zdaniem najlepiej zrobią, jak już teraz tego zasmakują. Ostrzegam tylko: podróż na Wyspy Doggerlandzkie wiąże się z ryzykiem rozpalenia w sobie dręczącego pragnienia na wydłużenie swojego pobytu w tym fikcyjnym miejscu. Pragnienia, którego osoby czytające wyłącznie polskie wydania książek nie będą mogli zaspokoić, dopóki nasi rodzimi wydawcy się nad nimi (nad nami) zlitują i wypuszczą następny „Doggerland”.

Za książkę bardzo dziękuję grupie wydawniczej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz