Stronki na blogu

piątek, 20 listopada 2020

Colin Sutton „Obława. Manhunt. W jaki sposób oddałem w ręce sprawiedliwości seryjnego zabójcę Leviego Bellfielda”

 

Levi Bellfield – potrójny brytyjski zabójca nazywany przez prasę The Bus-Stop Killer (zabójca z przystanków autobusowych). Temat pierwszej książki emerytowanego policjanta, Colina Suttona, który onegdaj kierował śledztwem, które pozwoliło ująć tego szczególnie niebezpiecznego osobnika. Jednego z najbardziej znanych seryjnych morderców w historii Anglii. Dużą zasługę w powstaniu książki „Obława. Manhunt. W jaki sposób oddałem w ręce sprawiedliwości seryjnego zabójcę Leviego Bellfielda” (oryg. „Manhunt: How I Brought Serial Killer Levi Bellfield to Justice”) miał scenarzysta Ed Whitmore. Sutton jest przekonany, że tylko dzięki jego zachętom udało mu się sfinalizować ten czasochłonny projekt. Dzieło, które posłużyło za podstawę scenariusza brytyjskiego miniserialu kryminalnego pt. „Manhunt” (pol. „Obława”), który ukazał się (w brytyjskiej telewizji) w styczniu 2019 roku, tuż przed premierą książki. Jej autor brał udział w pracach nad tą produkcją – cieszącą się tak dużą oglądalnością, że zdecydowano się ją nieco wydłużyć. Zamiast poprzestawać na trzech około pięćdziesięciominutowych odcinkach, jak pierwotnie planowano, filmowcy postanowili dokręcić kolejny, tym razem czteroodcinkowy, sezon. Jego premierę zaplanowano na rok 2021.

Obława. Manhunt. W jaki sposób oddałem w ręce sprawiedliwości seryjnego zabójcę Leviego Bellfielda” to literatura faktu, ale Colin Sutton postarał się o nadanie jej struktury zbliżonej do powieści. Uznał, że to odróżni jego debiutancki utwór od innych książek non-fiction. Być może miał też nadzieję, że dzięki temu zaskarbi sobie większą grupę odbiorców, że to pomoże podtrzymać zainteresowanie również tych czytelników, którzy nieczęsto dają się porwać takim relacjom z pierwszej ręki. W każdym razie Sutton przed przystąpieniem do pisania poczynił pewne przygotowania w kierunku nadania swoim wspomnieniom formy zbliżonej do powieści. W owym przeszkoleniu najbardziej pomogły mu książki Marka Billinghama – ze względu na ich techniczną dokładność – ale korzystał też z rad dla początkujących pisarzy, które znalazł w internecie. W efekcie powstała nie tyle powieść kryminalna z życia wzięta, ile literatura faktu ubrana w przewiewne fatałaszki powieści. Ot, niezbyt usilnie starająca się udawać powieść. Ale w końcu autentyczne wspomnienia człowieka raczej nie powinny nabierać zbyt gęstej struktury „zarezerwowanej” dla opowieści fikcyjnych. Chcę przez to powiedzieć, że Sutton nie przesadził z tym eksperymentowaniem – pilnował, by czytelnik ani przez chwilę nie zapominał, że zapoznaje się z relacją jednego z głównych uczestników wydarzeń, które zaistniały w rzeczywistości. Z reportażem, a nie klasyczną powieścią kryminalną.

Rok 2004. Starszy oficer śledczy kierujący jednym z zespołów do spraw zabójstw Metropolitalnej Służby Policyjnej, Colin Sutton, dostaje, jak się później okaże, najważniejszą sprawę w swojej policyjnej karierze. Jego zespół śledczy ma zająć się morderstwem dwudziestodwuletniej Francuzki Amélie Delagrange. Kobietę znaleziono w Twickenham z obrażeniami głowy. Przewieziono ją do szpitala, ale rany były tak poważne, że pomimo starań lekarzy jeszcze tej samej nocy zmarła. I rozpoczął się pościg. Pościg za jednym człowiekiem, który, jak się okazało, już wcześniej dokonywał podobnych ataków. Prowadzący sprawę późniejszy autor „Obławy” z czasem nabrał pewności, że zabójca Amélie Delagrange odpowiada też za śmierć dziewiętnastoletniej Marshy McDonnell – zaatakowanej nieopodal swojego domu w Hampton w Londynie w 2003 roku oraz trzynastoletniej Amay Jane 'Milly' Dowler, która zaginęła w marcu 2002 roku, a pół roku później została odnaleziona martwa w Yeteley. Tragedia Milly Dowler w tamtym okresie była bardzo szeroko omawiana w brytyjskich mediach. Nadano jej zdecydowanie największym rozgłos – strasznym losem McDonnell i Delagrange dziennikarze interesowali się w nieporównanie mniejszym stopniu. Do czasu, aż światło dzienne ujrzał fakt, że wszystkie te zbrodnie są powiązane. Metropolitalna Służba Policyjna długo utrzymała to w tajemnicy. Opinia publiczna dowiedziała się o tym tak naprawdę dopiero po rozpoczęciu nadzwyczaj długiej rozprawy sądowej, która miała przesądzić o dalszym losie Leviego Bellfielda. Oskarżonego za zabójstwa Amélie Delagrange, Marshy McDonnell, usiłowanie zabójstwa osiemnastoletniej wówczas Kate Sheedy i trzydziestodziewięcioletniej Irmy Dragoshi oraz uprowadzenie siedemnastoletniej Anny-Marii Rennie. Za zabójstwo Milly Dowler Bellfield odpowiadał przed sądem później – w tym akcie oskarżenia zawarto też zarzut usiłowania porwania dwunastoletniej wówczas Rachel Cowles. Colin Sutton ma powody przypuszczać, że lista brutalnych ataków Leviego Bellfielda na przypadkowe osoby jest dłuższa, ale z powodów praktycznych (także finansowych) śledczy postanowili się w nie nie zagłębiać. Część potencjalnych ofiar Bellfielda nie doczekała się więc tak zwanej sprawiedliwości w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ale jak dowiadujemy się z pierwszej książki Colina Suttona policja starała się przekonać pozostałe osoby przypuszczalnie skrzywdzone przez Bellfielda (a przynajmniej niektóre z nich), że sprawiedliwość dla innych jego ofiar i ich rodzin jest też sprawiedliwością dla nich. Ale to było potem. „Obławę” Colina Suttona otwiera śledztwo, które na pierwszy rzut oka mogło wydawać się rutynowe. To znaczy w 2004 roku, kiedy do Suttona trafiła sprawa zabójstwa dwudziestodwuletniej Amélie Delagrange trochę już zajmował się najcięższymi przestępstwami w Londynie i jego okolicach, więc nie miał za bardzo powodu, by już na wstępie dopatrywać się w tym przypadku czegoś innego od wszystkiego, czym zajmował się dotychczas w swojej pracy w Scotland Yardzie. Tak czy inaczej autor „Obławy” daje nam jasno do zrozumienia, że od początku mocno zaangażował się w to śledztwo. Straszliwy los Amélie poruszył jakąś szczególnie wrażliwą strunę w człowieku, który niejedno bezeceństwo już w życiu widział. Czy Sutton się tym chełpi? Czy przechwala się karierą, jaką zrobił w policji? Czy próbuje przekonać nas, jakim to niezwykle wartościowym, wręcz niezastąpionym śledczym był? Raczej nie. Raczej, bo były może ze dwa-trzy momenty, w których Sutton, że tak to delikatnie ujmę, przejawiał mniejszą skromność niż zazwyczaj. Ale jeśli mówił całą prawdę i tylko prawdę (a mam powody, by w to wierzyć), to taka postawa była najbardziej uzasadniona. Właściwie to, jeśli Sutton maksymalnie trzyma się faktów w tej doprawdy angażującej publikacji, to trzeba powiedzieć, że daje się tutaj poznać, jako niebywale skromny człowiek. Zdumiało mnie to niepomiernie, bo prawdę mówiąc nie miałam jeszcze okazji poznać policjanta (choćby emerytowanego) bez rozbuchanego ego. Nie mówię, że tacy nie istnieją – po prostu jakoś nie mam szczęścia do takich policjantów. Tym większą więc przyjemność czerpałam ze spotkania z tym wyjątkowym okazem, jakim dla mnie okazał się Colin Sutton. Z tym nieobnoszącym się pychą człowiekiem, który schwytał jednego z najbardziej znanych angielskich seryjnych morderców. Nie sam, jak zresztą często podkreśla. Więcej nawet: autor robi wszystko, by czytelnik (wbrew podtytułowi książki) czasem sobie nie pomyślał, że udałoby mu się doprowadzić Bellfielda przed oblicze tak zwanego wymiaru sprawiedliwości bez pomocy innych. Sutton właściwie wprost mówi, że gdyby nie wytężona, pełna wyrzeczeń praca całego jego ówczesnego zespołu śledczego, Levi Bellfield, prawdopodobnie nadal pozostawałby na wolności.

Jak wiadomo prawdziwe śledztwa policyjne przeważnie nie są tak spektakularne, jak w wielu filmach i serialach. To raczej kawał żmudnej roboty, wymagającej ogromnych pokładów cierpliwości. O ile naprawdę chce się schwytać sprawcę. A starszy oficer śledczy Colin Sutton i jego podwładni praktycznie tylko o tym marzyli od momentu przekazania im sprawy zabójstwa Amélie Delagrange, młodej kobiety, która przybyła do Anglii z Francji i w sumie całkiem wygodnie jej się żyło w tym kraju. Wygodnie, ale oburzająco krótko, bo na jej drodze stanął, jak zwykł go nazywać Sutton, potwór. Autor „Obławy” snują swoją historię z poszanowaniem może nie najdrobniejszych, ale na pewno najistotniejszych szczegółów. Szczegółów między innymi śledztwa w tej sprawie. W tej i paru innych, bo jego zespół nie potrzebował dużo czasu, by dojść do przekonania, że zabójca Amélie ma na koncie dużo więcej brutalnych aktów przemocy. Już wkrótce zaczęli podejrzewać, że „ich sprawca” odpowiada też za śmierć dwóch innych kobiet i kilka napaści, które tylko dzięki szczęśliwym zrządzeniom losu nie doprowadziły do śmierci ofiar. Sutton zadbał o to, by w jak najbardziej przystępny sposób przekazać nam jak najwięcej suchych, twardych faktów, przeróżnych szczegółów technicznych na temat tej głośnej (przynajmniej w Wielkiej Brytanii) sprawy. A więc zamiast punkt po punkcie przedstawiać mozolne przedzieranie się przez dość skąpy materiał dowody, zamiast szafować wyłącznie danymi, zamiast celować w kompletnie wyprany z emocji styl, Sutton nadał tej relacji bardziej ludzki wydźwięk. Mniej robotyczny:) Chociaż pewnie żadnych większych starań w tym kierunku czynić nie musiał. W końcu swego czasu był w samym centrum opisywanych wydarzeń. Przeżył to na własnej skórze. A w każdym razie wygląda na to, że można mu w tej materii zaufać. Autor „Obławy” przedstawia to wszystko w takim świetle, że naprawdę ciężko o inną postawę w stosunku do narratora i zarazem głównego bohatera tego przerażającego utworu. Przerażającego, bo Suttton mówi o niewyobrażalnej krzywdzie, która dokonała się w rzeczywistości. Z wyciskającą łzy z oczu wrażliwością mówi o ofiarach Leviego Bellfielda i ich bliskich. Nie ukrywa swojej nienawiści do tego osobnika. O przyjemności, jaką dawały mu jego niewygody w areszcie. Przyjemności i satysfakcji, jakie odczuwał na widok rozzłoszczonego, a potem ostatecznie pokonanego „potwora”. Inny słowy Sutton nie tylko nie wstydzi się emocji, jakie targały nim podczas najważniejszego śledztwa w jego policyjnej karierze, ale pozwala nawet by chwilami wzięły one górę nad pragmatycznym, chłodnym, analitycznym myśleniem doświadczonego śledczego kierującego jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) ówczesnych zespołów w Scotland Yardzie. Drastyczne szczegóły, poruszające kontakty z rodzicami Amélie Delagrange, wstrząsające przeżycia Emmy Mills, byłej partnerki Leviego Bellfielda, z którą doczekał się trójki dzieci, imponująca postawa Kate Sheedy i długie, ale za to efektywne, choć niezbyt efektowne śledztwo policyjne. Śledztwo, które nie zawsze układało się po myśli detektywów, w którym, jak to w życiu, zdarzały się drobne potknięcia. Drobne w porównaniu do błędów innego policyjnego zespołu, o których uczciwie wspomina Sutton. Błędów, których, nawet on, policjant, nie jest w stanie całkowicie rozgrzeszyć. Rozumie, w jaki sposób do nich doszło, potrafi to wytłumaczyć, ale w jego świadomości owe poważniejsze niedopatrzenia i tak zapisały się, jako coś, czego wybaczyć chyba nie można. Jest też w „Obławie” szczegółowa (dla mnie zdecydowanie najciekawsza partia książki, a przecież w pozostałe też bez trudu wsiąkłam), relacja z pierwszej dużej rozprawy sądowej, w której Levi Bellfield występował w roli oskarżonego. Sprawy, do której doprowadził wytrwały zespół śledczy pod przewodnictwem Colina Suttona, autora tej niebanalnej publikacji.

Prosty, acz niepowierzchowny styl. Przerażająca historia dosłownie z życia wzięta. Spisana przez człowieka, który był jednym z jej głównych uczestników. Czyli „Obława. Manhunt. W jaki sposób oddałem w ręce sprawiedliwości seryjnego zabójcę Leviego Bellfielda”, pierwsza, ale z pewnością nie ostatnia książka Colina Suttona, emerytowanego starszego oficera śledczego z londyńskiej Metropolitalnej Służby Policyjnej. Non-fiction w takiej trochę powieściowej formie (nie czytaj: z domieszką fikcji). Co wypada dodać z ośmiostronicową wkładką z kolorowymi zdjęciami archiwalnymi i przedrukiem pewnego ważnego dla Suttona listu, który oczywiście ma związek z omawianą tutaj sprawą (Zysk i S-ka, 2020). Sprawą Leviego Bellfielda, jednego z bardziej osławionych angielskich zbrodniarzy w całej historii tego kraju. Krótko: szczerze polecam to dziełko!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz