Stronki na blogu

poniedziałek, 13 czerwca 2022

„Torn Hearts” (2022)

 

Od niedawna funkcjonujący na scenie muzycznej duet country pop o nazwie Torn Hearts, którego tworzą przyjaciółki Jordan Wilder i Leigh Blackhouse, zdobywa adres swojej idolki, niegdysiejszej gwiazdy muzyki country Harper Dutch. Kobieta występowała ze swoją siostrą Hope, a po jej nagłej śmierci odizolowała się od ludzi. Jordan i Leigh niezwłocznie udają się do stojącego na odludziu domu Harper z zamiarem namówienia jej do wspólnego nagrania piosenki. Kobieta niechętnie wpuszcza je do środka i daje im jasno do zrozumienia, że nie jest zainteresowana współpracą. A potem zmienia zdanie. Jordan i Leigh nie posiadają się ze szczęścia, gdy Harper proponuje stworzenie tria. Dziewczyny spędzają u niej noc, a następnego dnia, tuż po przebudzeniu, Jordan dopadają złe przeczucia. Zachowanie gospodyni niepokoi ją na tyle, że chce wrócić do miasta, ale Leigh stanowczo sprzeciwia się temu pomysłowi. Nie zamierza przepuścić szansy na wielką sławę.

Torn Hearts” to zrealizowany niewielkim kosztem amerykański thriller – oficjalnie klasyfikowany jako horror – wyreżyserowany przez realizującą się głównie w aktorstwie Brea Grant, twórczynię między innymi „12 Hour Shift” (2020) z Angelą Bettis w roli głównej. Scenariusz (wraz z piosenkami) napisała debiutująca w pełnym metrażu Rachel Koller Croft. Tekst zwrócił uwagę ludzi z Blumhouse, którzy znając wrażliwość Brea Grant przekazali go w jej ręce. Po zapoznaniu się z nim Grant przeszła przez tradycyjny proces prezentacji swojej wizji, która szybko została zaakceptowana przez producentów. Historia Rachel Koller Croft zainteresowała Grant przede wszystkim dlatego, że nigdy wcześniej nie widziała połączenia muzyki country z horrorem, a zatem wątpiła, żeby kiedyś jeszcze trafiła jej się szansa na nakręcenie czegoś w tym rodzaju. Nie bez znaczenia było też to, że to opowieść przede wszystkim o kobietach. I o tym, jak bywają traktowane w przemyśle rozrywkowym. Pracując nad „Torn Hearts” Brea Grant miała przed oczami głównie „Misery” Roba Reinera, ale myślała też o „Co się zdarzyło Baby Jane?” Roberta Aldricha, „Bulwarze Zachodzącego Słońca” Billy'ego Wildera i „Szarych ogrodach” Ellen Hovde oraz Alberta i Davida Mayslesów. „Torn Hearts” trafił bezpośrednio do internetu – dystrybucja ruszyła 20 maja 2022 roku.

Torn Hearts” otwiera fragment telewizyjnego wywiadu sprzed lat z duetem country The Dutchess Sisters. W czasach współczesnych towarzyszymy zaprzyjaźnionym dwudziestoparoletnim kobietom, które od niedawna razem występują na scenie. Zastajemy ich w Nashville w stanie Tennessee, amerykańskiej stolicy muzyki country. Jordan Wilder (Abby Quinn) pisze teksty, gra na gitarze i jest drugą wokalistką, a Leigh Blackhouse (Alexxis Lemire) pierwszą – frontmanka. Ich menadżerem jest Richie Rowley Jones (Joshua Leonard), z którym Leigh spotyka się również na gruncie prywatnym. Mężczyzna zdecydowanie gorszą relację ma z Jordan, która nie ukrywa, że trzyma kciuki za rychły rozpad jego związku z Leigh. Nie lubi go i wygląda na to, że z wzajemnością. Tuż po występie w barze w Nashville Jordan wdaje się w pogawędkę z Calebem Crawfordem (Shiloh Fernandez), wschodzącą gwiazdką country, która niebawem ma wyruszyć w trasę koncertową. One też na to liczą, ale koniec końców decydują się zawalczyć o współpracę z Harper Dutch (Katey Sagal, która w moich oczach przyćmiła całą resztę aktorskiej obsady; niemniej odbierałam też ciekawe wibracje – niezła chemia – od Abby Quinn i Alexxis Lemire), połową siostrzanego teamu country przedstawionego w prologu, który rozpadł się jakiś czas temu. Główna wokalistka, Hope Dutch, zmarła, a jej siostra Harper, zaczęła prowadzić samotniczy żywot. Posiadłość na odludziu. Całkiem duży dom niemal po brzegi wypełniony przedmiotami, a zatem jest tu (nie)naturalnie ciasno – mnóstwo mebli, mnóstwo pamiątek z działalności The Dutchess Sisters, mnóstwo zdjęć Hope – i zaniedbane, też niemałe, podwórze. Adres Harper Dutch Jordan dostaje od swojego przygodnego kochanka, Caleba Crawforda, który z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, uważa, że dziewczyny nie powinny wchodzić z nią w żadne układy. Ale to przecież Harper Dutch. Ta Harper Dutch! Jordan, pewnie zgodnie z przewidywaniami, nie musi długo namawiać swojej przyjaciółki do odwiedzenia tej legendy muzyki country. Obie są jej fankami, ale Leigh większą. A zatem: w drogę. W pogoń za marzeniami. Jak można się tego spodziewać Harper nie przyjmuje ich ciepło. I nie miałam najmniejszych wątpliwości, że nie chodzi o zakłócenie jej spokoju przez kompletnie obce jej osoby. Ta wyczuwalna niechęć gospodyni do, bądź co bądź, nieproszonych, niechcianych gości, prawie na pewno ma mniej prozaiczną przyczynę. Nie musiałam długo czekać na potwierdzenie tych podejrzeń. Jordan i Leigh spędzą noc – kompletnie pijane – u tej wielce podejrzanej kobiety, a gdy wstanie nowy dzień (właściwie popołudnie, a przynajmniej dziewczyny zgadują, że spały do tej pory – w domu Harper nie widać zegarów, a telefon Leigh gdzieś się zapodział) Jordan usłyszy coś, co każe jej brać nogi za pas. Alarmujący monolog Harper, której najwyraźniej wydaje się, że z kimś rozmawia. Nie z kimś, tylko ze swoją zmarłą siostrą. Zmarłą? Na pewno? Jordan nie ma takich wątpliwości. Nie bierze pod uwagę tego, że Hope może ukrywać się w tym zagraconym domu – właściwie to bardziej muzeum niż dom mieszkalny: pełen zapewne cennych zbiorów z okresu świetności The Dutchess Sisters. Jordan chce natychmiast wracać do miasta, ale Leigh staje okoniem. Sytuację załagadza nie kto inny, jak Harper. Uspokaja Jordan... ale nie na długo. Wytrawna manipulantka? Cóż, na pewno wiedząca, które guziki naciskać, żeby te konkretne dziewczyny podporządkowały się jej woli. Spełniały jej nietypowe zachcianki. A przynajmniej jedną: przyznaję, że z konfuzją przyglądałam się poczynaniom w piwnicy. Naprawdę? Ale serio? Czego to ludzie nie zrobią dla sławy.

(źródło: https://www.heavenofhorror.com/)

Akcja „Torn Hearts” w reżyserii Brea Grant w większości rozgrywa się w samotni Harper Dutch. Twórcy w pewnym sensie zamykają nas w jej niezbyt wygodnym domu razem z jej dwiema fankami. „Teatr trzech aktorek”, kameralne przedstawienie, w którym co prawa przewiną się też męskie postacie, ale w gruncie rzeczy to powieść o kobietach, która łączy miłość do muzyki country. Jordan Wilder i Leigh Blackhouse łączy też marzenie o oszałamiającej karierze w branży muzycznej. Pytanie za sto punktów: czego chce Harper? Powrotu na scenę? Tak twierdzi, a jej rozemocjonowane nowe znajome w to wierzą. A jakże! Widz zapewne będzie mniej ufny. Ostrożniejszy w kontaktach z tą w najlepszym razie ekscentryczną panią domu. Czerpiącą jakąś perwersyjną przyjemność z nastawiania Jordan i Leigh przeciwko sobie – taka tam rozrywka zblazowanej damy – ale nieplanującą niczego gorszego? Zresztą drzwi nie są zamknięte na klucz (ciekawe, jak długo?), Jordan i Leigh w każdej chwili mogą więc wyjść. I odrzucić taką szansę? Pokusa: iście szatański narkotyk. Na pewno w rękach Harper. Wie, jak rozgrywać te marzące o wielkiej sławie dziewczyny, ponieważ dawniej też taka była. Z doświadczenia wie, jak trudno kobietom wybić się w tej branży. Nie to, co mężczyznom. Rachel Koller Croft przekonuje, że w przemyśle rozrywkowym niewiele się zmieniło od czasu Harper Dutch (fikcyjna postać, która w branży muzycznej działała parę dekad wcześniej), że duet Torn Hearts musi się mocno postarać, żeby dostać to, co takiemu Calebowi Crawfordowi jest dawane ot tak. Bez proszenia. Jordan i Leigh przybywają do domostwa Harper w przekonaniu – zapewne słusznym – że współpraca z gwiazdą takiego formatu otworzy im wielgachne wrota do wymarzonej kariery. Wiedzą, że to byłoby wielkie wydarzenie w światku country. Powrót na scenę jednej ze słynnych sióstr. Tak sobie to wymyśliły, ale obiekt ich umizgów prawdopodobnie ma inny plan. Leigh przypomina Harper jej siostrę Hope, a w Jordan widzi siebie. Czyli tą, która w jej przekonaniu pracuje ciężej dla zespołu, ale niezmiennie pozostaje w cieniu swojej scenicznej partnerki. Nawet jeśli Jordan to przeszkadza, to nie daje tego po sobie poznać. Ale Leigh nie ma wątpliwości, że jej przyjaciółka uważa się za zdolniejszą i inteligentniejszą od niej. Ładna buzia i nic ponadto – tak zapewne myśli „ta zołza”, ale Leigh pokaże jej (niekoniecznie nam), jak bardzo się myli. Z nich dwóch to Leigh uporczywie trzyma się dziurawego koła ratunkowego rzuconego przez Harper Dutch. Obie mają klapki na oczach, ale te u Jordan jeszcze coś tam przepuszczają. Właściwie z czasem zaczęłam skłaniać się ku temu, że Jordan w domu Harper trzyma już tylko Leigh. Że nie potrafi zostawić przyjaciółki w szponach kobiety, co do której straciła zaufanie. A zatem porzuciła już wszelką nadzieję na owocną współpracę z tą wokalistką? Tak mi się wydawało, ale pewności nie miałam. Pracując nad „Torn Hearts” Brea Grant starała się nie osądzać żadnej z tych kobiecych postaci. Nie dzielić ich na te dobre i te złe, ale ja nie mogłam oprzeć się tej... pokusie. Nie będę owijać w bawełnę: Leigh działała mi na nerwy. Im dalej w las, tym trudniej było mi znieść jej towarzystwo. „Ja” to chyba najważniejsze słowo w jej słowniku. Jaka jestem piękna, jak utalentowana. Jaka inteligentna... Yhm. A może wyjątkowo naiwna? Płytka? Bezwzględna? Chętnie depcząca po najlepszej przyjaciółce, która na dodatek przetarła jej pierwszą ścieżkę w muzycznej karierze? Tak czy owak z dwojga złego wolałam Jordan. Złego? Nie, to za mocne słowo. Powiedzmy, że moim zdaniem (to tylko moje zdanie) ta inteligentniejsza połówka Torn Hearts, nie wytrącała mnie tak z równowagi. Właściwie z czasem zaczęłam zastanawiać się, czy Leigh jest po prostu mało pojętna, czy chora psychicznie? Mówiąc dosadnie: to jeszcze głupota czy już szaleństwo? I nie zapominajmy o Harper Dutch. Jakżeby można o niej zapomnieć? Kobiecie, która też może mieć poważne problemy zdrowotne. Nieodwracalna strata ukochanej siostry i wieloletnia izolacja – w każdym razie mocno ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym, bardzo rzadkie, sporadyczne kontakty z ludźmi – mogły mieć drastyczny wpływ na jej umysł. Zamienić tę niegdyś ambitną i dość nieśmiałą dziewczynę w... kogo właściwie? Zaskoczona raczej nie byłam. W jakimś ogromnym napięciu rozwoju sytuacji w tajemniczym domostwie groźnej i/lub nieszczęsnej kobiety, też nie śledziłam. Ale i nie musiałam się zmuszać do skończenia tego, co zaczęłam. Jeden z tych filmów – według mnie thriller, ale zdania są podzielone; część odbiorców, w tym sama Brea Grant zaklasyfikowało go do horroru – który wlatuje jednym okiem, a drugim wylatuje:) Lekkie zainteresowanie, niewielkie emocje, ot pochłaniacz wolnego czasu. Niemęczący, ale gdyby mnie ta „nie-męka” ominęła to praktycznie na jedno by wyszło. Góra tydzień i nic nie będę z tego pamiętać. Tak przypuszczam.

Były sobie trzy dziewczynki w smutnym domu na odludziu. Dwie marzyły o grzaniu się w blasku sławy, a trzecia miała tajemnicę. Potem przyszedł wilk i... ich nie zjadł. Ale i tak już nieciekawa sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła. W tym smutnym domu na odludziu. Taka to niewesoła opowieść od Blumhouse Television. Wyreżyserowany przez Brea Grant na podstawie scenariusza Rachel Koller Croft thriller, czy jak kto woli horror, o desperackiej pogoni za marzeniami, okrutnej (wobec kobiet) branży rozrywkowej oraz potencjalnie niebezpiecznej i niewątpliwie nieperfekcyjnej pani domu, która w swoje nieskromne progi wpuści dwie nieznajome. Ani nie odradzam, ani nie polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz