Stronki na blogu

sobota, 30 lipca 2022

Mikołaj Janicki „Złe oko”

 

Przed dwunastoma laty we wsi Olsza doszło do brutalnej zbrodni: wydłubano oczy, a następnie poderżnięto gardło jednej z mieszkanek tej miejscowości. Sąd uznał, że winnym tego czynu jest jej mąż, który zeznał, że w czasie zabójstwa twardo spał obok niej. Sprawą zajmował się miejscowy młody policjant, który nigdy do końca nie uwierzył w sprawstwo męża. Jakiś czas po zamknięciu śledztwa odszedł z policji, przeprowadził się do miasta i został prywatnym detektywem. Do powrotu w rodzinne strony skłania go dawny kolega z pracy, Andrzej Zawadzki, który prosi go o pomoc w bardzo podobnej sprawie. Istnieje możliwość, że sprawcą jest ta sama osoba, która uderzyła dwanaście lat wcześniej, co by oznaczało, że skazano niewinnego człowieka. Okoliczności są równie zagadkowe jak poprzednio. Na tyle zagadkowe, by prywatny detektyw z miasta rozważał ingerencję sił nadprzyrodzonych.

Mikołaj Janicki to urodzony w Poznaniu student prawa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i licencjonowany trener piłkarski, który na scenie literackiej zadebiutował w roku 2020, powieścią z gatunku thrillera/kryminału pt. „Kronika długiej nocy”, wypuszczoną pod szyldem Wydawnictwa Debiutant. Mniej więcej dwa lata później pojawiło się „Złe oko”, hipnotycznie opakowany thriller kryminalny z drobnymi elementami horroru, tym razem z logo Novae Res. Druga powieść miłośnika podróży i piłki nożnej, który poza oddawaniem się swoim pasjom, do których oczywiście zalicza się też pisanie, zdobywa praktyczne doświadczenie w jednej z polskich kancelarii prawnych.

Egzystencjalne rozterki prywatnego detektywa. Cierpienia nie najmłodszego bezimiennego bohatera, którego autor „Złego oka” uczynił również narratorem. Umowna relacja z fikcyjnych wydarzeń we wsi Olsza, gdzie nasz sprawozdawca spędził najszczęśliwsze lata swojego życia. I najbardziej traumatyczne. Idealista, który został cynikiem. Nie porzucił swojej misji, ale przestał karmić się mrzonkami o świecie i ludziach. Zrozumiał, że takich jak on jest co najwyżej garstka. Zaciekle walczących o sprawiedliwość. Przedkładających szczęście innych nad własne. Trudno być optymistą w świecie przeżartym obojętnością. Trudno entuzjastycznie zapatrywać się na przyszłość gatunku, który zadowala się półśrodkami. Czołowa postać „Złego oka” Mikołaja Janickiego posiada zarówno cechy bohaterów, czy jak kto woli nie-bohaterów, kryminałów z kategorii noir, jak i niektórych horrorów nadnaturalnych – zdeklarowany ateista, zaprzysięgły sceptyk, który dla swojego własnego dobra powinien czym prędzej szeroko otworzyć umysł na niewyjaśnione. Jego przewodnikiem po tej materii może być Karol Jaworski, mężczyzna, z którym detektyw z miasta zaprzyjaźni się po powrocie w rodzinne strony. Bynajmniej nie zamierza zapuszczać tutaj korzeni. Zostać w Olszy, z którą wiążą się zarówno dobre, jak i złe wspomnienia. Gdy już rozwiąże zagadkę, która ściągnęła go na tę przeklętą(?) ziemię, planuje niezwłocznie wrócić do swojego niesatysfakcjonującego życia w zdecydowanie większym skupisku ludzkim. W swoim przekonaniu skazany na samotność – samotny wilk pośród ślepych owiec. Sam wydał na siebie ten wyrok. Zrezygnował ze swojego szczęścia, choć wtedy mógł nie być tego w pełni świadom. Gdyby mógł cofnąć czas... Ale nie, prywatny detektyw pana Janickiego, wolałby nie oddawać się takich rozmyślaniom. To do niczego go nie doprowadzi. Jedynie przysporzy dodatkowych cierpień. A tych ma aż nadto. Poza tym musi się skupić na śledztwie w sprawie, która najprawdopodobniej ma ścisły związek ze zbrodnią sprzed dwunastu lat. Naśladowca? Główny bohater „Złego oka” skłania się raczej ku temu, że człowiek, który w przeszłości w bestialski sposób potraktował jedną z mieszkanek Olszy, teraz uderzył ponownie. Wywinął się Temidzie i po długiej przerwie dopisał kolejną osobę do listy swoich ofiar. Niewykluczone, że to początek serii, że do właściciela małej stadniny w Olszy, już wkrótce dołączą kolejni niewinni. Niewinni? Wątek kryminalny w mojej ocenie został poprowadzony dość niechlujnie, ale w sukurs przychodziła nadnaturalna otoczka. Czy raczej sugestie, że w sprawę mogą być zamieszane jakieś siły nieczyste. Skąd tak śmiały wniosek? Po pierwszej, okoliczności zbrodni. Jeśli założyć, że niedawny mord został dokonany przez tę samą osobę, która na krwawej scenie prawdopodobnie zadebiutowała przed dwunastoma laty, to jakim cudem mąż pierwszej ofiary przespał to potworne wydarzenie? Wszystko wskazuje na to, że przebywał w tym samym pomieszczaniu, na tym samym łóżku, na którym jego ukochana została najpierw poważnie okaleczona, a zaraz potem pozbawiona życia. Badania toksykologiczne obaliły teorię o zaaplikowaniu małżeństwu jakiegoś specyfiku. Domniemana druga ofiara tajemniczego zabójcy została potraktowana w identyczny sposób. Ten przypadek jest jednak mniej frapujący, z tego prostego powodu, że zbrodnia dokonywała się bez nieprzytomnej obecności osoby trzeciej. Właściciel stadniny, czy tam zwykłej stajni z paroma końmi, w przeciwieństwie do potencjalnej pierwszej ofiary posłańca śmierci z Olszy, mieszkał sam. Niemniej można się zastanawiać nad tym, dlaczego jego najbliżsi sąsiedzi niczego nie słyszeli. Powinien wrzeszczeć wniebogłosy... Może tak było. Może wołał o pomoc i może nawet to rozpaczliwe wołanie dotarło do uszu jakiegoś bliźniego, który jak to niestety często w podobnych przypadkach bywa, wolał się nie mieszać. Znieczulica społeczna? Taka myśl nawiedziła mnie, ale nie prywatnego detektywa, który nie zechciał mi się przedstawić (z imienia i/lub nazwiska). Niby człowiek twardo stąpający po ziemi, niby niedowiarek, ale nierzadko odnosiłam wrażenie, że nie tyle uparcie odrzuca nadzwyczajne, ile na siłę zamyka się na zwyczajne. Po sceptyku spodziewałabym się raczej, że w nieznane zapuści się w ostateczności, po dokładnym zbadaniu wszystkich przyziemnych opcji. Gdy zawiodą racjonalne argumenty. On widzi to inaczej. On i parę innych osób, które napotyka na swojej drodze. Tej pamiętnej jesieni w Olszy.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/NovaeRes/)
Prawda potrafi być tylko rozczarowująca, szczególnie gdy się wierzy, że ludzie są lepsi, niż w rzeczywistości są, świat jest czymś więcej niż tylko sceną dla ludzkich dramatów, a życie nie jest tylko ujściem dla najniższych instynktów.”

Śledztwo toczące się na kartach „Złego oka” Mikołaja Janickiego opiera się głównie na luźnych domysłach. Mozolne zbieranie i skrupulatna analiza dowodów, to nie w tym świecie. Prawdę mówiąc, czasami nie nadążałam za tokiem myślenia rzekomo sceptycznego detektywa. Jak nie ma punktu zaczepienia to nie tyle go szuka, ile sobie wymyśla. I rzadko błądzi. Jakby jasnowidz. Interesujący jest wątek zielarki, kobiety w podeszłym wieku, mieszkającej w lichej chatce w lesie otaczającym Olszę. Niejeden ma ją za wiedźmę, ale niewykluczone, że to tylko uprzedzenia ludzi, którzy najzwyczajniej nie są w stanie objąć rozumem takich odstępstw od tak zwanej normy. W tym świecie kroczący innymi, niewydeptanymi ścieżkami, czasami budzą lęk, który prostą drogą prowadzi do nienawiści. A zatem zupełnie niegroźna staruszka, do której inni wolą się nie zbliżać? No, chyba że po to, by wybić okno w jej wybitnie skromnym domku. Nie z piernika, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Zielarka z Olszy może być najprawdziwszą czarownicą. Mało tego, może być zamieszana w bestialskie zbrodnie, do jakich doszło w okolicy na przestrzeni co najmniej dwunastu lat. Co najmniej, bo jak można się tego spodziewać, prywatny detektyw w swojej pogoni za prawdą w pewnym sensie, niedosłownie zapuści się dużo dalej. Wydawało mu się, że wie wszystko o miejscowości, w której dorastał, ale tak naprawdę dopiero teraz dostąpi mocno wątpliwego zaszczytu dołączenia do wąskiego grona wtajemniczonych. Spora część „Złego oka” pióra Mikołaja Janickiego jest poświęcona życiowym rozterkom steranego detektywa. Jeszcze nie wypalonego, ale można odnieść wrażenie, że jest na najlepszej drodze ku temu. Przekonany, że przegrał swoją miłość, że wciąż mieszkająca w Olszy Joanna jest poza jego zasięgiem. Może zawsze była. Może gdyby został z nią w Olszy, ich związek i tak wcześniej czy później by się rozpadł. Przez różnicę charakterów albo kolidujące ze sobą oczekiwania od życia. On czuł – i to przynajmniej na razie nie uległo zmianie – że jego powołaniem jest wyłapywanie najczarniejszych charakterów. Mordercy, gwałciciele, pedofile – główny bohater „Złego oka” to zaprzysięgły wróg takich jednostek. Przystąpił do policji, bo święcie wierzył, że to idealne miejsce dla ludzi, którzy pragną uczynić ten świat choć odrobinę bezpieczniejszym. Pudło. To nie ten adres. Postanowił zatem działać na własną rękę, tj. założył jednoosobową agencję detektywistyczną. Jego jedyna miłość nie zechciała mu towarzyszyć, czy raczej nie potrafiła porzucić gleby, z której wyrosła. Swoją przyszłość wiązała wyłącznie z Olszą i wszystko wskazuje na to, że osiągnęła swoje niezbyt wygórowane cele. A jej ukochany został sam. Tragedia miłosna, która o dziwo uatrakcyjniała mi tę średnio zajmującą detektywistyczną przeprawę. Bardziej od wątku Karola Jaworskiego, nowego przyjaciela narratora, który oczywiście jest świadom tego, że owe sympatyczne i wielce pomocne – w każdym razie bardziej od Andrzeja Zawadzkiego, miejscowego policjanta, który poniekąd ściągnął głównego bohatera omawianej powieści na stare śmiecie - indywiduum może się okazać „zabójcą w masce”. W każdym razie detektyw Janickiego jest przygotowany i na taki obrót spraw. Jest jeszcze nowa-stara znajoma nieustępliwego łapsa – wreszcie jakaś większa szansa na udany związek miłosny? - i, nie zapominajmy, enigmatyczna zielarka. A na dokładkę w sumie dwie poruszające sprawy, których ofiarami padły osoby małoletnie - jedna rozwiązana w przeszłości, inna dopiero się wyklaruje. Gdyby tylko było mniej błądzenia w poplątanym umyśle protagonisty (w kółko to samo, ale nie przeczę, że kilka trzeźwych, uczciwych obserwacji świata, w którym na dobrą sprawę wszyscy żyjemy, z tych długich – niemiłosiernie, niepotrzebnie wydłużanych – strumieni myśli detektywa wyłowiłam). Gdyby tylko staranniej, bardziej konsekwentnie pan Janicki poprowadził to śledztwo. Lepiej umocował je w materiale dowodowym i/lub poszlakowym. Z pewnością nie zaszkodziłaby też większa dbałość o klimat – podskórna groza, faktyczne czy tylko odczuwalnie nadnaturalne zagrożenie panoszące się w niewielkiej miejscowości. Gdyby wprowadzono te wszystkie niekosmetyczne poprawki, to teraz pewnie „inaczej byśmy rozmawiali”. O tym „Złym oku”. W mojej ocenie średniej powieści o klątwie, czarnej magii, czy innym diabelstwie lub tylko zwykłym, skromnym zabójcy ze wsi. Potencjalnym seryjnym zabójcy.

Niewykorzystany potencjał. Pomysł był, ale wykonanie mogło być lepsze. W każdym razie na mnie siła, czy raczej słabość narracji Mikołaja Janickiego nie działała tak, jakbym sobie tego życzyła w tym „Złym oku”. Thrillerze kryminalnym ze szczyptą horroru i wielgachną łychą (uważam, z niższej szuflady) opowieści egzystencjalnej. Zagadkowe zabójstwa w maleńkiej miejscowości. Sentymentalna podróż mężczyzny, któremu życie już mocno dało w kość, a tyle jeszcze przed nim... Jak dla mnie przeciętna rozrywka z ożywczym finałem. Ostatnia akcja we wsi Olsza i pożądanie frustrujący epilog. Soczysta kropka nad i. Polecać? Nie polecać? Chyba nie będę się wtrącać. Yhm, tak zrobię.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz