Stronki na blogu

wtorek, 9 sierpnia 2022

„Pałac w lesie” (2000)

 

Pięcioro zaprzyjaźnionych aktorów i aktorek przybywa do pałacu w lesie należącego do starszego mężczyzny Axela de Fersena, który wynajął ich do wystawienia przedstawienia dla jego dziesięcioletniego wnuka Nicolasa. Młodzi ludzie wybierają swój popisowy numer, „Czerwonego Kapturka”, a gospodarz najwyraźniej jest zadowolony z ich pracy. Niemniej jego zachowanie niepokoi niektórych przybyszy. Uwagę zwraca też wiecznie milczący chłopiec, którego wychowuje. Większość gości de Fersena nie przywiązuje jednak większej wagi do dziwnego zachowania domowników. Nie martwi ich również akcja policyjna trwająca w tych lasach: poszukiwania seryjnego mordercy i gwałciciela. Wielkiego Złego Wilka, który teraz przypuścił szturm na pałac Axela De Fersena?

Francuski artystyczny slasher w reżyserii i na podstawie scenariusza debiutującego w pełnym metrażu Lionela Delplanque, który powstał ze zwykłej ludzkiej potrzeby przerażenia odbiorców:) Sympatia do gatunku horroru, praca nad efektami specjalnymi i efektowną ścieżką dźwiękową, kręcenie w systemie CinemaScope – to wszystko bardzo pociągało początkującego (wcześniej stworzył kilka filmów krótkometrażowych) francuskiego reżysera i scenarzystę. Z filmowych wpływów na „Pałac w lesie” (oryg. „Promenons-nous dans les bois”, międzynarodowy: „Deep in the Woods”) jego główny twórca wymienił: „Krzyk” Wesa Cravena, „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera, „Martwicę mózgu” Petera Jacksona oraz włoską szkołę straszenia, z twórczością Dario Argento na czele stawki. Pierwszy pokaz „Pałacu w lesie” odbył się w maju 2000 na Neuchâtel International Fantasy Film Festival, a w październiku tego samego roku został wyróżniony na Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sitges – nagroda dla najlepszego europejskiego filmu fantasy. Z drugiej strony trafił na listę najgorszych filmów wszech czasów sporządzoną przez francuski serwis internetowy Allociné w oparciu o głosy widzów.

Backwood slasher w onirycznym sosie. Baśń o Czerwonym Kapturku wdzierająca się do zastanawiająco sennej rzeczywistości. Strzelista biała nieruchomość w głębi lasu, w której przyczaił się Wielki Zły Wilk. Najpierw dość zagadkowy prologu z kobietą czytającą bajkę... swojemu dziecku? I tajemniczym intruzem, który przypuszczalnie jeszcze się nam objawi. Tymczasem przenosimy się na leśną drogę (puk, puk, tu „Lśnienie” Stanleya Kubricka) i zaglądamy do jedynego pojazdu pokonującego tę trasę. W środku zastajemy piątkę młodych ludzi, których, jak się okazuje, w tę okolicę zwabiła możliwość zarobku. Siedzący za kierownicą „Adonis” Wilfried (Vincent Lecoeur) oraz dwie zakochane pary: Sophie i Jeanne (Clotilde Courau i Alexia Stresi) oraz Mathilde i Matthieu (Maud Buquet i Clément Sibony) zmierzają do pałacu niejakiego Axela de Fersena (François Berléand), starszego mężczyzny, który ma pod wyłączną opieką dziesięcioletniego wnuka Nicolasa (Thibault Truffert). Sam też wymaga opieki, czym zajmuje się jego dwuosobowa służba: gosposia, która minęła się z jego gośćmi (urlop) i gajowy Stéphane (Denis Lavant). Z obsady wyróżnić mogę tylko milczącego małego Trufferta i Lecoeura, któremu trafiła się rola „młodego boga”. Wilfried wyraźnie wpada w oko dużo starszemu mężczyźnie pragnącemu dostarczyć trochę rozrywki swojemu wnukowi. Zaprosił tych w gruncie rzeczy obcych mu ludzi do swojego nieskromnego gniazdka na kompletnym odludziu z myślą o przedstawieniu dla Nicolasa. „Aktorzy ze spalonego teatru”, wśród których jest przynajmniej jedna osoba, która nie zamierza marnować młodości na takie uwłaczające projekty. Wilfried wierzy, że już wkrótce na zawsze pożegna się z tym nieprzystającym do jego wielkiego talentu (w jego mniemaniu) zajęciem. Oni niechaj dalej zabawiają milusińskich, skoro taka ich wola, a on tymczasem zajmie się „prawdziwym aktorstwem”. O ile przeżyje najbliższą noc. Tyle bowiem potrwają zmagania z Wielkim Złym Wilkiem – człowiekiem w kostiumie czarnego zwierza z ostrymi zębiskami. Wcześniej w tym przebraniu wystąpi Matthieu, co oczywiście o niczym jeszcze nie świadczy. Ale już jego pierwsza reakcja na informację o szeroko zakrojonych poszukiwaniach zbrodniarza (w drodze do tytułowej nieruchomości) może uczulić widza na tę postać. Skłonić do uważniejszego przyglądania się temu chłopakowi. A Wilfried? Na pierwszy rzut oka zupełne przeciwieństwo Matthieu. Arogancki typ, który chyba jednak wolałby nie przyciągać tak wzroku gospodarza. Bogaty człowiek żyjący na odludziu, przykuty do wózka inwalidzkiego Axel de Fersen, nawet nie stara się ukryć swojego zainteresowania Wilfriedem. Jego plany względem tego przystojniaka najwyraźniej wybiegają poza kontakty biznesowe, a nawet przyjacielskie. Zakochał się stary człowiek w młodym człowieku, który bynajmniej nie szuka miłości wśród swojej płci. Może nawet znalazł już odpowiednią partnerkę. Trudno o pewność, bo w tym lesie jakby zaciera się granica pomiędzy jawą a snem. Zobaczyć znaczy uwierzyć – ta zasada nie obowiązuje w tym świecie przedstawionym. Baśniowym świecie terroryzowanym przez straszliwego wilka. Drapieżnika, który od niepamiętnych czasów straszy dzieci i wielu dorosłych. „Nie wywołuj wilka z lasu”, „wilk w owczej skórze” - te i inne bezrefleksyjnie powtarzane przysłowia, ludowe (nie)mądrości, skutecznie budują fałszywą legendę tych nieszczęsnych stworzeń. Najgroźniejsi drapieżnicy na Ziemi? A co powiecie na takie przysłowie: „człowiek w skórze [kostiumie] wilka”? Lionel Delplanque takie straszydło ożywił na kadrach „Pałacu w lesie”. Slashera z artystycznymi ciągotami.

Najzacieklejszą zawodniczką w walce o tron final girl jest Sophie. Homoseksualistka od jakiegoś czasu będąca w związku z niemą Jeanne. Najbardziej zaniepokojona w tym aktorskim gronie. Najbardziej wyczulona na sygnały ostrzegawcze, ale jak to final girl pierwszego typu, nie ma większego posłuchu w grupie. Ech ta nasza Sophie, zawsze zatroskana, a teraz jeszcze gotowa na ucieczkę bez należnej im wypłaty. Tak, Sophie jako pierwsza przestaje dbać o pieniądze. Gdyby była sama, to niewątpliwie nie czekałaby na zapłatę za wątpliwą rozrywkę dostarczoną małemu Nicolasowi. Chłopcu o pustym, nieomal martwym spojrzeniu. Aż ciarki przechodzą niektórych gości Axela na widok tego niemego dziesięciolatka. Można dojść do wniosku, że to właśnie milczenie w oczach co poniektórych czyni z niego przerażającego dziwaka. Podobna opinia krąży bowiem w tej aktorskiej trupie na temat Jeanne. Z drugiej strony, w obu tych przypadkach może chodzić o coś więcej niż niepełnosprawność (ewentualne poruszenie jednego z problemów społecznych, a mianowicie przykrej postawy niektórych stosunkowo zdrowych ludzi względem osób z niepełnosprawnościami). Może w przeszłości Jeanne jest coś... Tak czy inaczej, Nicolas zachowuje się cokolwiek podejrzanie. Zamieszany w zbrodnie Wielkiego Złego Wilka? Wróg czy sojusznik? Wołający o pomoc czy przywołujący zabójcę z lasu? Czy to on jest bezwstydnym podglądaczem (i napłynęło wspomnienie „Psychozy” Alfreda Hitchcocka)? Sophie i Jeanne w przeciwieństwie do nas nie są świadome tego, że w intymnych chwilach ktoś bacznie im się przygląda. Ktoś utrwala to raczej nie dla potomności. Ta sama osoba, która jest poszukiwana przez policję za nieporównywalnie cięższe przestępstwa? Ta sama osoba, która po zapadnięciu zmroku rozpocznie polowanie między innymi na młodych mieszczuchów, którzy chcieli tylko zarobić trochę grosza? Ścieżka dźwiękowa to moim zdaniem najlepsze, co się „Pałacowi w lesie” Lionela Delplanque trafiło. Melancholijny muzyczny temat przewodni, z którego, bądź co bądź, przebija wyraźna groźba, skomponowany przez Jérôme'a Coulleta specjalnie na potrzeby tego obrazu, który wprost przepięknie współgra z fragmentami „Piotrusia i Wilka” Siergieja Prokofiewa. Ale już zdjęcia, powstałe pod kierownictwem Denisa Roudena, wzbudzały we mnie ambiwalentne odczucia. Oniryczna mgiełka na pewno uatrakcyjniła mój pobyt w tym niezbyt mrocznym lesie (przesadzono ze sztucznym oświetleniem), ale poza tym... Slasher to podgatunek bardzo przyjazny filmowcom z mniejszym zapleczem finansowym. Zręczne rączki z łatwością mogą uczynić z tego walor. Przekuć na korzyść swojej „bezrozumnej siekaniny”. Zespół Denisa Roudena na moje oko miał z tym duży problem. Z ich wkładu bije ten rodzaj taniości, który może być niełatwy do przełknięcia nawet dla ludzi niegardzących niskobudżetowymi spektaklami grozy. I przemocy. Sceny mordów mniej pomysłowe już być chyba nie mogły. Właściwie tylko jedna akcja według mnie zasługuje na wspomnienie – oblanie kwasem, a w zasadzie ciąg dalszy w lesie, kiedy to będziemy mogli dokładnie przyjrzeć się poparzonej twarzy (mniej niż u pana Kruegera) kolejnej ofiary drapieżnika, którego tożsamość udało mi się przedwcześnie rozpracować. Nie od razu. Przyznaję, że trochę to trwało, bo można powiedzieć, że wpadłam w pułapkę zastawioną przez scenarzystę i zarazem reżysera tej nie takiej najgorszej produkcji jeszcze podczas „wieczorku zapoznawczego” z zaprzyjaźnionym zespołem, hmm, teatralnym(?). „Pałac w lesie” to coś w rodzaju mieszanki twardej slasherowej konwencji z pretendentem do czegoś powiedzmy bardziej uduchowionego:) Kiedy w slasher wdziera się jedna z najbardziej znanych baśni, po raz pierwszy spisana przez Charlesa Perraulta. Kiedy slasher przychyla się w stronę fantasy. Młode mieszczuchy w groźnym lesie, które, jak powiedziałoby pewne sławne lwiątko, „kpią sobie z niebezpieczeństwa ha ha ha”. Z jednym wyjątkiem. Poza tą, która najprawdopodobniej wygra walkę o życie, a przynajmniej dociągnie do Wielkiego Finału. Przy ostatecznej konfrontacji to już naprawdę twórcy popłynęli. Rozumiem logikę snu, ale czy to odpowiednie miejsce i czas? Czy to aby nie obraża inteligencji widzów? Tak czy inaczej, naciągane, że aż wstyd mnie ogarnął od samego patrzenia. Niezręczna, wręcz żenująca sytuacja. Zgniła wisienka na zdatnym do spożycia, ale niezbyt smacznych torcie.

Pałac w lesie”, pełnometrażowy debiut francuskiego reżysera i scenarzysty Lionela Delplanque, moim zdaniem najbardziej doprasza się o uwagę wszystkich tych, którzy trwają w przekonaniu, że slasher to tylko przemoc i golizna. Artyzm? Proszę Was, takie rzeczy to na pewno nie tutaj. Tak mówicie? To wejdźcie proszę do lasu, w którym grasuje Wielki Zły Wilk. Do świata zaprojektowanego przez człowieka, który przynajmniej próbował wznieść się wyżej. Uśmiechał się do ludzi, którzy co prawda chętnie o kinie slash rozprawiają, ale pod żadnym pozorem nie chcą stwarzać wrażenia, że równie chętnie po to to sięgają. Uśmiech może i krzywy, ale liczą się chęci, czyż nie? Ja prostak jestem, czego dowodem choćby moja niesłabnąca miłość do kina slash:), więc nie do końca odnalazłam się na tym „wyższym poziomie siekania”. Ale bywało gorzej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz