Stronki na blogu

niedziela, 27 listopada 2011

"Nie bój się ciemności" (2010)

Mała Sally przeprowadza się do wielkiego domostwa ojca i jego narzeczonej. Dziewczynka, zwiedzając nowe lokum, schodzi do piwnicy, w której słyszy tajemnicze odgłosy. Próbuje przekonać ojca, że ktoś zamieszkał w ich piwnicy, ale mężczyzna jest pewien, że Sally ma wybujałą wyobraźnię. Wkrótce nieproszeni lokatorzy zaczynają popełniać z pozoru niewinne żarty, a winą za nie ojciec obarcza swoją córkę. Wszystko jeszcze bardziej się komplikuje, gdy w piwnicy zostaje popełnione morderstwo.

Tak długo zwlekałam z obejrzeniem tego filmu z dwóch prostych powodów. Po pierwsze, jak pewnie wszyscy zdążyli zauważyć, był szeroko rozreklamowany w mediach, a nie od dziś wiadomo, że im większa promocja, tym gorsza produkcja. Po drugie jednym z producentów i współscenarzystą "Nie bój się ciemności" jest Guillermo del Toro, który ostatnimi czasy zajmuje się obrazami do szczętu przeładowanymi efektami specjalnymi z mało przekonującą fabułą (wyjątkiem jest "Labirynt fauna" z 2006 roku). I chociaż raz moje złe przeczucia się sprawdziły.

Integralny element filmu, czyli fabuła jest tak infantylna, że nie bardzo wiadomo, co też twórcy chcieli osiągnąć - rozśmieszyć widzów, czy może raczej zdenerwować. Pierwsza połowa produkcji, mimo schematyczności, przynajmniej prezentuje sobą, jakiś klimat grozy - wraz z Sally słyszymy tajemnicze głosy, wydobywające się z paleniska w piwnicy ponurego domostwa, które proszą naszą małą bohaterkę o wypuszczenie ich na wolność, ale broń Boże, bez żadnego zapalania światła. Rezolutna Sally, która przecież nie sprawia wrażenia kompletnego przygłupa daje się skusić i praktycznie bez zastanowienia zabiera się za spełnianie próśb niezydentyfikowanych istot. Oczywiście, my wiemy, że nie wróży to niczego dobrego mieszkańcom domu, ale jeszcze nie wiemy kim są nieproszeni goście. Ten fakt, w myśl zasady: "boimy się tego, czego nie widzimy" znacznie podsyca klimat, jest niezawodnym sposobem na stopniowanie atmosfery. Powiem nawet więcej: w takich momentach niejednego widza może ogarnąć autentyczny niepokój. Ale, niestety, nic nie trwa wiecznie, co też twórcy filmu dobitnie udowadniają nam w drugiej połowie projekcji. Nasi antagoniście wreszcie wychodzą z ukrycia, prezentują się nam w całej swojej okazałości, a my... wybuchamy śmiechem. UWAGA SPOILER Kiedy zobaczyłam właścicieli mrożących krew w żyłach głosów zastanawiałam się, co też zmusiło twórców "Nie bój się ciemności" do wygenerowania komputerowo takich istotek. Bo chyba nie mieli zamiaru przestraszyć publiczności - wszak, ich baśniowy wygląd nie jest w stanie poruszyć choćby dziecka, że już nie wspomnę o wielbicielach horroru. Podobne stworki mieliśmy w filmie "Gremliny rozrabiają" (1984), tyle że tam o wiele lepiej współgrały z fabułą. Natomiast tutaj ich pojawienie się niszczy klimat i suspens, pozostawiając jedynie irytację z powodu tak karygodnego zniszczenia potencjału, jaki zarysowywał się nam podczas pierwszej połowy seansu KONIEC SPOILERA. Już od pierwszych minut filmu wiemy, że właściciele tajemniczych głosów żywią się zębami dzieci (!), a już ten fakt powinien dać widzom do myślenia z czym też będą mieli do czynienia w dalszej części obrazu - takie rozwiązanie fabularne w końcu do najmądrzejszych nie należy. Nie radzę również liczyć na ciekawe zakończenie. Po półtoragodzinnej męczarni, w trakcie której byłam świadkiem tak daleko posuniętych głupot, że cudem również nie zidiociałam twórcy zaprezentowali mi pełną akcji końcówkę, której finał niezmiernie mnie zaskoczył. Po przebrnięciu przez bezsensowną drugą część produkcji myślałam już, że do większej głupoty posunąć się po prostu nie można, ale niestety twórcy całkowicie zmienili moje spojrzenie, udowadniając, że jeśli tylko ktoś się uprze może zepsuć dosłownie wszystko.

W roli głównej zobaczymy hollywoodzką gwiazdkę Katie Holmes, którą zatrudniono tutaj chyba tylko dla ozdoby - wiadomo znane nazwisko, rozpoznawalna twarz. Ta pani nie jest złą aktorką, ale postać macochy Sally chyba nie bardzo jej się spodobała. Obserwując jej twarz przez większość seansu widać na niej wyraz permanentnego zagubienia, jakby pytała: Co ja tutaj, do licha, robię? To samo można powiedzieć o filmowej Sally, wykreowanej przez Bailee Madison. O wiele lepiej spisał się pan domu, Guy Pearce - przynajmniej u niego widać jako taką ekspresję.

"Nie bój się ciemności" jest kolejną efekciarką współczesną produkcją grozy, a tym samym kolejnym gwoździem do trumny dla tego gatunku. Przeznaczona tylko i wyłącznie dla młodzieży, spragnionej mocnych komputerowych wrażeń w kinie oraz dzieciaków zakochanych w baśniach. Wielbicielom horrorów radzę obejrzeć tylko pierwszą połowę filmu, na resztę naprawdę szkoda czasu.

4 komentarze:

  1. Ja również się przejechałam na produkcji tylko w przeciwieństwie do Ciebie spodziewałam się czegoś dobrego, bo sam zwiastun był naprawde ciekawy i ociekał jakąś grozą, a stworki są cholernie zabawne a film był nudny. Nie widziałam dobrego horroru już od paru miesięcy...
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej to moze zamiast pisac recenzje badziewnych komediowych horrorkow warto przygotowac dla czytelnikow soczysta recenzje dobrego thrillera :) polecam Wyspa Strachu badz tez klimatyczne Heartless a takze Ludzka Stonoga :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nastawiałam się na ten film raczej pozytywnie, ale nie zdziwię się, że będzie tak jak piszesz, bo ostatnio często tak jest. Nie oglądałam, ale spróbuję sięgnąć :-)

    @Kuba Wędrowycz: mi się wydaje, że blog Buffy1977 to strona z recenzjami horrorów (?), zresztą dlaczego mają znaleźć się tu recenzje tylko tych dobrych?

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiem tak, mi się nawet podobało. Nie jest tak ja mówisz, bynajmniej dla mnie... ten ,,horror" nawet mnie zaciekawił. Przynajmniej był w jakimś stopniu inny od wszystkich. :) Paula.

    OdpowiedzUsuń