Stronki na blogu

sobota, 30 listopada 2013

„Ludożerca” (1980)


Grupa zaprzyjaźnionych turystów zwiedzających Grecję postanawia wypłynąć w rejs prywatnym jachtem, zabierając ze sobą nowopoznaną Julie, która za pomocą ich środka transportu pragnie dostać się na jedną z egzotycznych wysp, gdzie została zatrudniona przez rodziców głuchoniemej nastolatki, jako jej opiekunka. Gdy wreszcie dobijają do brzegu malowniczej wyspy okazuje się, że niemalże wszyscy jej mieszkańcy zniknęli w tajemniczych okolicznościach. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy ich jacht odpływa na pełne morze, zostawiając pasażerów na pastwę wygłodniałego kanibala.

Długa filmografia nieżyjącego już włoskiego reżysera Joe’go D’Amato obfituje w perwersyjne erotyki i pełne skrajnej przemocy, niszowe gore, które obecnie, wyłączając krąg oddanych wielbicieli tego nurtu odeszły już w zapomnienie. Twórca znanego cyklu erotycznych przygód Emanuelle w horrorze najsilniej wykazał się w 1979 roku swoim mocno krwawym „Mrocznym instynktem”, kontrowersyjną wymowę którego postanowił powtórzyć rok później kręcąc swój drugi najsłynniejszy film grozy zatytułowany „Ludożerca”, konsekwentnie kontynuowany rok później pod tytułem „Z piekła rodem”.

W latach 80-tych w Wielkiej Brytanii powstała niesławna lista filmów zakazanych (video nasty): obrazów epatujących skrajną przemocą i seksem, których dystrybuowanie na kasetach VHS, według tamtejszych władz przez wzgląd na ich negatywne oddziaływanie na widzów, postanowiono całkowicie zakazać pod groźbą dotkliwych kar. Paradoksalnie tytuły, które w tamtych czasach trafiły na listę video nasty w gronie fanów klasycznego gore znane są po dziś dzień – wbrew zamiarom brytyjskich władz ich obecność w tymże niesławnym spisie tylko wzmogła ich, jak się okazuje, niesłabnącą popularność. Znając zamiłowanie D’Amato do szokowania odbiorców niewyobrażalnymi wynaturzeniami wszelkiego sortu raczej nie dziwi fakt, że „Ludożerca” również figuruje na liście video nasty, ale tylko wówczas, jeśli kierujemy się nazwiskiem reżysera, bowiem już po skończonym seansie „wyklęcie” z rynku wideo (zresztą podobnie, jak kilka innych tytułów zakazanych w Wielkiej Brytanii) akurat tej pozycji zaczyna zastanawiać. W przeciwieństwie do „Mrocznego instynktu” „Ludożerca” nie pretenduje jedynie do miana pełnego scen gore szokera, mającego za zadanie przede wszystkim zniesmaczyć odbiorców. Owszem, uświadczymy tutaj kilka pomysłowych scen mordów i konsumpcji ludzkiego mięsa z momentami zjadania wyrwanego z łona kobiety noworodka i autokanibalizmu jelit na czele (z małymi dodatkami wbijania noża w głowę chłopaka, skalpowania kawałkami sterczącego drewna twarzy wyciąganej przez dach dziewczyny oraz jakże zaskakującej sceny spadania z piętra kobiety z konopnym sznurem na szyi), aczkolwiek nie są one głównymi środkami wyrazu niniejszej produkcji. D’Amato dążył przede wszystkim do osiągnięcia duszącego, pełnego wszechobecnej degeneracji i nieznośnego wręcz napięcia klimatu grozy, co zapewne mocno zirytuje poszukiwaczy skrajnej przemocy, ale równocześnie ma szansę zachwycić pasjonatów pełnej zdefiniowanego zagrożenia atmosfery.

Osobiście mam ambiwalentne odczucia, co do zdolności D’Amato do tworzenia odpowiedniego klimatu, bo choć żaden współczesny straszak nie może się równać z atmosferą wyczuwalną w „Ludożercy” to jak na niezapomniane zdolności reżyserów horrorów, tworzących w latach 80-tych XX wieku w kilku momentach włoski twórca pozostaje nieco w tyle. Najbardziej irytuje początkowy, dłużący się rejs protagonistów w towarzystwie sielankowej ścieżki dźwiękowej, której tony będą niestety słyszalne również w późniejszych, pełnych większego napięcia emocjonalnego scenach. Zapewne kompozytor, Marcello Giombini, dążył do skontrastowania dwóch przeciwstawnych elementów składowych „Ludożercy” – nastrojowego obrazu ze skoczną muzyczką, co niestety przez wzgląd na brak większego wyczucia (wtłaczania nieadekwatnych do danej sytuacji dźwięków w niemalże każdą mocniejszą scenę) osiągnęło zupełnie odwrotny efekt: zamiast straszyć budziło uśmiech lekkiego politowania. We wstępie D’Amato (zupełnie niepotrzebnie, bowiem każdy nawet najmniej zaznajomiony z gatunkiem odbiorca szybko zorientuje się, że nasi bohaterowie płyną na spotkanie ze śmiercią) sugeruje zgubne właściwości wyspy za pośrednictwem postaci Carol, siostry kapitana jachtu, która dzięki swojemu zamiłowaniu do przepowiadania przyszłości z kart, jako pierwsza przeczuwa grożące im niebezpieczeństwo. Oczywiście, jak to niezmiennie w horrorach bywa nikt nie słucha wrodzonej intuicji kobiety, co zaowocuje rychłą walką o przetrwanie. Po przebrnięciu przez rozwleczony do granic możliwości początek zostałam nagrodzona, jakże klimatycznymi ujęciami wyludnionej wyspy, pełnej zaniedbanych mieszkań i imponujących zabytków, które po nastaniu nocy zostaną jeszcze silniej wystylizowane pod gatunek, dzięki szalejącej burzy z błyskawicami. Właśnie wówczas będzie miała miejsce pierwsza w pełni (no prawie, bo wyłączając towarzyszącą jej oprawę muzyczną) klimatyczna scena wędrówki głównej bohaterki, Julie, po domostwie jej przyjaciół, w którym poszukuje źródła niepokojących dźwięków, zakończona mocno zaskakującym atakiem niewidomej dziewczynki, uzbrojonej w nóż na zdezorientowanego towarzysza Julie. W przypadku „Ludożercy” zasada „im dalej tym gorzej” na szczęście nie znalazła swojego zastosowania – tutaj jest wręcz odwrotnie. Po kolejnych nużących sekwencjach, skupiających się na problemach sercowych naszych bohaterów druga połowa obrazu to już istna „jazda bez trzymanki” w stronę niewyobrażalnego koszmaru. Ścigani przez wygłodniałego kanibala (którego tożsamość i historię staczania się w stronę całkowitego szaleństwa poznają niebawem), znakomicie odegranego przez współproducenta filmu George’a Eastmana i jeszcze lepiej ucharakteryzowanego na wielkiego, lekko zdeformowanego, przywodzącego na myśl klasycznego żywego trupa, potwora, nasi bohaterowie zostają (jak to zwykle w horrorach bywa) zmuszeni do ciągłego rozdzielania się i w jednym przypadku (a jakże!) uciekania na piętro zamiast do drzwi wyjściowych, co jak można się tego spodziewać szybko zdziesiątkuje ich małą grupkę. Obok bardziej dosłownych scen gore druga połowa filmu epatuje silniejszym klimatem niż pierwsza, a na szczególną uwagę zasługuje mistrzowska sekwencja na cmentarzu – uwięziona za jego bramami Julie krąży przerażona od rozświetlanego błyskawicami nagrobka do trzeszczącej kaplicy rozglądając się nerwowo wokół, a widz tylko czeka na przerażającą, dwumetrową postać, która w każdej chwili może wychynąć zza któregokolwiek pomnika. W porównaniu do tej, jak dla mnie, niezapomnianej sceny nieznośnego wręcz napięcia emocjonalnego blednie nawet końcówka, w której nasi protagoniści dla odmiany będą krążyć po zapełnionych rozkładającymi się, nadjedzonymi osobnikami, zatęchłych pomieszczeniach.

Kilka elementów składowych „Ludożercy”, aż prosiło się o większe dopracowanie – przede wszystkim ścieżka dźwiękowa i pierwsza połowa scenariusza, którą z powodzeniem można było nieco okroić z nużących dialogów i powolnych najazdów kamery na malowniczą scenerię, bo choć druga część seansu nieco rekompensuje te znaczące niedostatki to czyni z tego obrazu jedynie dobre gore (zamiast ponadczasowej legendy) z którym mimo wszystko każdy wielbiciel tego nurtu powinien się zapoznać, choćby po to, aby samemu zweryfikować kontrowersyjność niniejszej produkcji.

8 komentarzy:

  1. 'Z Piekła Rodem' ( ' Absurd' ' Rosso Sangue' ) nie jest kontynuacją ' Antropophagusa'. Te filmy łączy tylko reżyser i główny aktor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znowu tłumacze namłynili z tytułami (jak zwykle, jeśli chodzi o włoskie filmy), bo przetłumaczyli go, jako "Antropophagus 2" - jak zwykle wprowadzając mnie w błąd:/

      Usuń
    2. To nieoficjalna kontynuacja http://horror.com.pl/filmy/recka.php?id=1 Jedni ją za taką mają inni nie.

      Usuń
  2. Żadna tam kontynuacja, tytuł ' Antropophagus 2' jest czysto marketingowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli inaczej mówiąc, "Z piekła rodem" ma niewiele wspólnego z "Ludożercą" (jak wiele innych oficjalnych sequeli), ale jako takowy był dystrybuowany, aby zwiększyć sprzedaż. Więc skoro chciał tego reżyser (jakkolwiek nie byłoby to niemoralne) nie mnie to negować. Sytuacja troszkę podobna do "Zombie pożeracze mięsa", kiedy to Fulci podpiął się pod popularność "Świtu żywych trupów";)

      Usuń
  3. Nie koniecznie reżyser, prędzej dystrybutorzy, lub wytwórnia.
    Tak, coś podobnego miało miejsce w przypadku ' Zombie 2' , choc tak na upartego, to można by potraktowac ten film jako prequel dla ' Świtu...' - film Fulciego kończy się w punkcie, od któego film Romero się zaczyna. No i tematyka ta sama.
    A tu mamy dwa odrębne tematycznie obrazy - bardziej tu pasuje cykl Demons od trójki : seria filmów niczym ze sobą nie powiązanych, podpiętych pod wspólną etykietkę hitowej w swoim czasie produkcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nie tylko HO kłamie, ale wikipedia też (żadna nowość), bo podaje, że dystrybutorzy błędnie powiązali ten film z serią "Zombi" nadając jej tytuł "Zombie 6 Monster Hunter", a z tekstu wynika, że reżyser i Eastman chcieli, żeby traktować go jako kontynuację "Ludożercy". Mógłbyś podać mi źródło z którego wynika, że D'Amato nie chciał podpinać "Z piekła rodem" pod "Ludożercę"?

      Usuń
  4. Nie wiem, czy nie chciał. Prędzej mógł miec to po prostu w dupie. Nie wydaje mi się, żeby taki wyrobnik jak on , miał ochotę użerac sie o tytuł. Oryginalnym tytułem jest ' Rosso Sangue' , ale jak zadecydowano, żeby to pod coś podciągnąc, to pewnie wolał, żeby to był jego własny ' Antropophagus' , też z Eastmanem w roli ludzkiego potwora, a nie coś, co już za chuja nie ma z jego filmem nic wspólnego.
    Nie dysponuję zródłowymi dowodami, ale wydaje mi sie to logiczne.
    Z resztą wiadomo, że Włosi dośc nonszalancko te kwestie traktowali, z resztą nie tylko oni . Np. spaghetti westerny dystrybuowane w różnych krajach funkcjonowały pod przeróżnymi tytułami, nie będącymi tłumaczeniem oryginałów, a swobodnym widzimisię ludzi odpowiedzialnych za dystrybucję. Z wieloma horrorami było podobnie.

    OdpowiedzUsuń