Stronki na blogu

niedziela, 1 grudnia 2013

„Apartament 1303” (2012)


Janet i Lara mieszkają w wielkim domu wraz ze sfrustrowaną matką alkoholiczką, która przed laty była znaną piosenkarką. Teraz kobieta nieustannie obwinia córki o swoją zaprzepaszczoną karierę na rzecz ich wychowania. Po kolejnej kłótni z rodzicielką Janet postanawia w końcu się usamodzielnić – wynajmuje apartamentowiec w centrum miasta i niezwłocznie się przeprowadza. Jeszcze pierwszej nocy w nowym lokum jest świadkiem niepokojących zjawisk, które zdają się mieć jakiś związek z niegdysiejszym samobójstwem młodej lokatorki mieszkania, o której Janet dowiaduje się od swojej małej sąsiadki. Zrozpaczona dziewczyna szuka pomocy u swojego chłopaka i siostry, a gdy jej nie znajduje zostaje zmuszona do stawienia czoła przerażającej istocie, która zagnieździła się w przeklętym apartamencie.

Czy istnieje coś gorszego niż horror zrealizowany w technologii 3D? Po seansie „Apartamentu 1303” jestem absolutnie przekonana, że jeśli tak ma wyglądać nowa, efekciarska era tego gatunku to ja wolałabym jej nie dożyć. Po niezliczonej liczbie amerykańskich remake’ów azjatyckich ghost stories, z których tylko „The Ring” okazał się być całkowicie udany, miałam nadzieję, że Zachód zrezygnował już ze z góry skazanych na porażkę własnych interpretacji filmowych historii Azjatów. Jednakże jak widać pomimo utyskiwań widzów ta denerwująca moda nadal trwa i wciąż ma się kiepsko. Tym razem kolejny śmiałek, Daniel Fridell, wziął na warsztat japońską produkcję Ataru Oikawy z 2007 roku, po czym wszystko dokumentnie zepsuł.

Kiedy człowiek już myśli, że w swoim krótkim życiu skonfrontował się ze wszystkimi rodzajami absurdów sukcesywnie pojawiającymi się w filmach grozy powstaje taki „Apartament 1303” i zmusza go do zweryfikowania swoich przekonań. Już początkowe sceny dają nam przedsmak tego, z czym na swoje nieszczęście będziemy musieli obcować niemalże przez cały seans (jeśli oczywiście wytrzymamy go do końca). Otóż, poznajemy młodziutką Janet wprowadzającą się do okazałego apartamentowca i przystępującą do rozpakowywania rzeczy osobistych. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie jej denerwujące monologi do samej siebie – drętwe żarty, mające na celu rozładować napięte nerwy, komentarze informujące widzów, co ma zamiar za chwilę uczynić zupełnie jakby odbiorcy byli kompletnymi idiotami i sami nie mogli tego dostrzec (reżyserowi chyba pomyliła się narracja literacka z filmową) oraz całkowicie niezrozumiałe ataki histerii… Cóż, odtwórczyni tej roli Julianne Michelle w tej jednej stosunkowo krótkiej, wprowadzającej scenie pokazała mi dosyć miernoty warsztatowej, która oddając jej sprawiedliwość zapewne została wymuszona niedostatkami scenariusza, żebym zaczęła się modlić (ja, ateistka!) o jak najszybszą wymianę głównej bohaterki, co podejrzewałam od chwili krótkiego interludium z Mischą Barton. Moje przeczucia okazały się trafne. Twórcy zakończyli jej wątek szybką i jakże zabawną konfrontacją z ociekającym wodą duchem zmarłej w apartamencie 1303 dziewczyny, która z braku większych mocy (co wcale nie przeszkadzało jej w jakże efekciarskich, sztucznych wizualnie rozpadach w pikselową mgiełkę) musiała zaciągnąć naszą protagonistkę do balkonu za nogę (!) i wykorzystując maksimum swojej siły (tylko czekałam, aż zacznie przy tym stękać) zrzucić ją w dół – oczywiście, twórcy nie omieszkali mi również zaprezentować momentu spadania w dół z obowiązkowym wklejaniem tła na modłę filmów z lat 60-tych: pamiętacie te sławetne sceny jazdy samochodem, kiedy za oknami widzimy puszczane z taśmy, przemykające krajobrazy? Tutaj wyglądało to podobnie, pomimo półwiecznej różnicy czasu i jakoby rozwijającej się technologii.

Jeśli ktoś sądzi, że dalej może być już tylko lepiej Fridell śpieszy z kolejną weryfikacją jego jakże naiwnych idealistycznych poglądów. Janet zostaje zastąpiona przez jej siostrę Larę, pragnącą wyjaśnić tajemnicę jej zaklasyfikowanej jako samobójstwo, śmierci. W tym celu, nie bacząc na przestrogi prowadzącego tę sprawę policjanta, poniekąd zmuszona przez niezdrowe relacje z matką dziewczyna wprowadza się do owianego złą sławą apartamentu. Tutaj pragnę nadmienić, bo to naprawdę istny cud, że znalazłam jeden pozytywny aspekt niniejszej produkcji i bynajmniej nie jest to Mischa Barton relatywnie przyzwoita aktorka, która tutaj podobnie, jak Michelle została zmuszona przez kulejący scenariusz do całkowicie „papierowej” aparycji tylko jej matka – Rebecca De Mornay, która z właściwą sobie gracją wyniosła się ponad tę całą fabularną miernotę, jak zwykle grając całą sobą, wkładając duszę nawet w bezsensowne dialogi, wtłaczane przez scenarzystę w jej usta. Jej relacja z córkami jest w moim mniemaniu jedynym pozytywnym wątkiem fabularny, szkoda tylko, że tak drastycznie okrojonym – no, ale chyba nikt nie spodziewa się po tym dziełku jakiejś większej głębi psychologicznej… Wracając do fabuły drugiej części filmu chyba nikogo nie zaskoczę mówiąc, że Lara wraz z przystojnym, ale równie wyjałowionym aktorsko chłopakiem jej zmarłej siostry, Corey’em Sevierem, rozpoczyna energiczne śledztwo, mające wyjaśnić tajemnicę jej śmierci w towarzystwie ducha wściekłej umarlaczki, która z nieznanych mi powodów znajduje umiłowanie w przesiadywaniu w zlewozmywaku… Gdyby ktoś mógł mi wyjaśnić przyczyny tego jakże zabawnego absurdu to byłabym ogromnie wdzięczna, bo mój umysł naprawdę nie jest w stanie tego ogarnąć. Dlaczego nie siedzi w wannie, jak każdy szanujący się duch tylko gnieździ w tak ciasnej przestrzeni? Czyżby reżyser w ten dziwaczny sposób próbował oderwać się od konwencji ghost stories, wtłoczyć coś oryginalnego w znany schemat? Jeśli tak, to gratuluję pomysłu, bo dawno się tak nie uśmiałam:) Oprócz ducha „zlewozmywakowej dziewczyny” Lara widuje również swoją siostrę, która naprzemiennie próbuje ją skrzywdzić i przestrzec (zależy od jej aktualnego nastroju), a jedyna dynamiczniejsza scena z jej udziałem ma miejsce w trakcie kąpieli starszej siostry, kiedy to jej oczy dzięki magicznym i jakże irytującym właściwościom CGI zamieniają się w dwie czarne dziury.

Po kilku kolejnych efekciarskich momentach, pozbawionych choćby krztyny nastroju reżyser przechodzi do w swoim mniemaniu zaskakującego zakończenia (naprawdę, nic nowego w kinie grozy) i „jakże odkrywczego” morału, mówiącego, że domy nie zabijają tylko ludzie… po czym następują od początku wyczekiwane przeze mnie napisy końcowe. Ufff, obejrzałam, przeżyłam i zachowałam zdrowe zmysły (albo przynajmniej tyle, ile miałam ich przed projekcją), a was solennie przestrzegam: omijajcie szerokim łukiem, bo możecie nie mieć tyle szczęścia, co ja i zwyczajnie tego nie przetrwać.

5 komentarzy:

  1. Dobrze, że przeczytałam Twoją recenzję, bo planowałam obejrzeć ten film. Od jakiegoś czasu przewijam mi się przed oczami, a że nawiedzenia lubię, to byłam chętna na małe co nieco. Ale teraz podziękuję, miernych filmów mam dość, tym bardziej że dzisiaj zamęczałam się oglądaniem "Skasowanych połączeń".

    OdpowiedzUsuń
  2. Mała uwaga: "właściwościom CGI".

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdążyłam już obejrzeć i muszę przyznać, że nieźle się uśmiałam :D
    Absurd za absurdem, moje miny musiały być bezcenne ale uparłam się żeby obejrzeć do końca i wystawić na filmwebie zasłużoną jedyneczkę. Najgorszy badziew od miesięcy.

    Dużo tam było dziwacznych sytuacji ale nie mogę zapomnieć jak się policjant chyba z 5 minut na kanapie przewalał - mistrzostwo :)))))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten film to jakaś katastrofa ;) Jest taka scena, gdzie młoda siostra beczy i próbuje otworzyć wino, ale jest "silnie przestraszona"... Ja naprawdę śmiałam się w trakcie oglądania tej żenady ;) Nie wiem, jaki cel mają takie produkcje i też chyba nie chcę dożyć czasów, kiedy tylko taka sieka będzie puszczana w naszych kinach.

    OdpowiedzUsuń