Stronki na blogu

wtorek, 24 grudnia 2013

„Cube” (1997)

Recenzja na życzenie

Sześć osób budzi się w sześciennej konstrukcji złożonej z tysięcy kwadratowych pomieszczeń. Nie pamiętając porwania, nie znając tożsamości i motywów ludzi, którzy jak wszystko na to wskazuje, przeprowadzają na nich tajemniczy eksperyment, więźniowie ruszają na poszukiwanie wyjścia. Mogąc wybierać pomiędzy sześcioma włazami w każdym pomieszczeniu, z których wiele kryje śmiercionośne pułapki, starają się współpracować, aby przeżyć i wydostać się z tej osobliwej konstrukcji.

Debiutancki pełnometrażowy kanadyjski thriller późniejszego twórcy „Istoty” i „Istnienia”, Vincenzo Natali’ego. Zrealizowany tanim kosztem (efekty komputerowe wygenerowano na pożyczonym sprzęcie) na bardzo małej przestrzeni (w opuszczonym magazynie), „Cube” jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że kino grozy znakomicie poradziłoby sobie bez hollywoodzkiego efekciarstwa, ponieważ w tym gatunku zawsze najważniejszy był scenariusz, a w tej materii Natali we współpracy z Andre Bijelic’iem i Graeme Mansonem wspiął się na wyżyny innowacyjności.

Nie wiem, czy istnieje bardziej wizjonerska produkcja, traktująca o uwięzieniu protagonistów w jakiejś ograniczonej przestrzeni, bo choć zdawać by się mogło, że „Cube” szybko zamieni się w najzwyklejszy proces eliminacji bohaterów w pełnych pułapek pomieszczeniach sześcianu, gdzie każda kolejna śmierć będzie bardziej widowiskowa od poprzedniej tak naprawdę po pierwszym wypaleniu twarzy jednemu z mężczyzn jakąś bliżej nieokreśloną substancją na kolejne zgony będziemy musieli zaczekać, aż do ostatnich minut seansu i z pewnością nie będą one bardziej pomysłowe od tego pierwszego. Twórcy, i chwała im za to, choć mieli doskonałą okazję do zaprezentowania ociekającego posoką ekranu, w końcu konstrukcja, w której uwięziono naszych protagonistów kryła w sobie pomieszczenia pełne przemyślnych pułapek, nie dążyli do zniesmaczenia odbiorcy tylko zaintrygowania go, rozbudzenia w nim z minuty na minutę coraz bardziej narastającej ciekawości i zmuszenia go do główkowania razem ze zdezorientowanymi bohaterami, a jest nad czym myśleć. Otóż, ktoś wybudował ogromny sześcian, pełen różnobarwnych kwadratowych pokoi, a we wszystkich ich ścianach umieścił włazy prowadzące do kolejnego pomieszczenia. Każde wejście oznakował dziewięciocyfrowym ciągiem liczb, podzielonym na trójki, które z kolei zawierają w sobie odpowiedź o zawartości danego pokoju – odpowiednio odczytane mówią, czy jest on śmiercionośną pułapką. Po śmierci jednego z bohaterów spośród piątki pozostałych zostaje wyłowiona rozmiłowana w matematyce studentka, której przez długi czas udaje się bezpiecznie prowadzić resztę przez tę osobliwą konstrukcję. I kiedy już wydawałoby się, że widz będzie obcował z niekończącą się wędrówką wewnątrz sześcianu twórcy komplikują fabułę niezdrowymi relacjami międzyludzkimi, w których centrum tkwi ambitny policjant, marzący o przywództwie i pragnący wyeliminować cierpiącego na autyzm mężczyznę, którym z kolei opiekuje się znerwicowana lekarka. Tylko jedna osoba wydaje się być nieporuszona obecną sytuacją – mężczyzna w średnim wieku, o którym niewiele wiemy, a który wkrótce uchyli przed nami rąbka tajemnicy na temat swojej przeszłości, co jedynie pomnoży nasze teorie na temat rzeczywistych właściwości sześcianu i ludzi odpowiadających za jego stworzenie.

„- Dlaczego wsadzają tu ludzi?
- Bo już stoi. Trzeba tego jakoś używać albo przyznać, że niczemu nie służy.”

Chaos – tak tłumaczy przeznaczenie sześcianu jeden z bohaterów. Według niego na zewnątrz nie istniej nikt, kto więcej by o nim wiedział od piątki pozostałych przy życiu osób, tkwiących w „jego trzewiach”. Ale widzom to nie wystarczy. Oczekując jakiegoś przekonującego wytłumaczenia przede wszystkim realnych możliwości wybudowania czegoś takiego, logicznych wyjaśnień jego umiejscowienia w swego rodzaju próżni i okresowego przesuwania się poszczególnych pokoi, odbiorca kontynuuje seans w większym skupieniu, mnożąc w swoim umyśle niesamowite teorie o rządowym spisku bądź kosmitach eksperymentujących na rasie ludzkiej, czyli dokładnie tak, jak zapewne chciał tego Natali w finale wręcz śmiejący mu się w twarz. UWAGA SPOILER Rezygnacja z tłumaczenia czegokolwiek była bardzo trafnym zabiegiem, bo po pierwsze chyba nikt nie posiada, aż takiej wyobraźni, żeby przekonująco odpowiedzieć na pytania, które postawiła niniejsza produkcja, a więc w przypadku łopatologicznych bądź nadmiernie fantastycznych wyjaśnień Natali mógłby pogrążyć swój film. I wreszcie po drugie: pozostawienie pola do wielorakiej interpretacji w kinematografii zawsze zdawało egzamin – w końcu tego rodzaju zabieg zmusza dociekliwego widza do roztrząsania intrygi fabularnej jeszcze długo po skończonej projekcji, nie pozwalając mu zapomnieć o danym obrazie KONIEC SPOILERA. Niesprawiedliwym byłoby stwierdzenie, że „Cube” to jedynie opowieść o osobliwej konstrukcji, kryjącej w sobie pomysłowe pułapki (moja ulubiona znajdowała się w „cichym pokoju” – pomieszczeniu skrywającym aktywowane głosem szpikulce), relacjach międzyludzkich w warunkach ekstremalnych, prowadzących do trafnych, aczkolwiek jakże pesymistycznych spostrzeżeń na temat naszej destrukcyjnej rasy i ciekawym wykorzystaniu teorii matematycznych, ponieważ obok innowacyjnego pomysłu jego największą siłą jest klaustrofobiczny klimat. W tej trudnej sztuce Natali’emu z pewnością bardzo pomogła sceneria (malutkie, fantazyjnie oświetlone pomieszczenia, które przecież mogą kryć jakąś niosącą śmierć pułapkę), ale byłaby ona niczym bez wiarygodnej obsady (Andrew Miller to mój absolutny faworyt, ale Nicole De Boer daleko w tyle za nim nie pozostawała) i dbałości o ciągłe przypominanie widzom o nieubłaganie upływającym czasie, wszak im dłużej nasi bohaterowie przebywają wewnątrz sześcianu, tym więcej sił tracą – brak pożywienia, brak wody, brak świeżego powietrza… to wszystko działa na ich niekorzyść równie silnie, co kwas wypalający twarz pewnemu cwaniaczkowi.

Obok „Bunkra” „Cube” jest moim ulubionym thrillerem o ludziach walczących o przetrwanie w ograniczonej przestrzeni, bo tak na dobrą sprawę tak daleko idącej innowacyjność, wyłączając prekursorów wszystkich motywów filmowych, można ze świecą szukać w światowej kinematografii. A tak gęstego klimatu może mu pozazdrościć niejeden multipleksowy horror, szczycący się milionowym budżetem i rzeszą oddanych fanów.

4 komentarze:

  1. Oglądałam i uważam, że to świetny film. Zresztą widzę, że ty również podzielasz moje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny film z małym wkładem finansowym.

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłem gówniarzem, kiedy ten film miał swoją premierę w kinach. Oglądałem go jakiś czas później - dwa, może trzy lata - na VHS i z miejsca zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Może nie tyle, ze względu na elementy horroru - bo oglądało się lepsze i "straszniejsze" produkcje - ile na efekty specjalne. W tamtych czasach było to bardzo nowatorskie podejście.

    OdpowiedzUsuń
  4. Fakt, świetnie podany w sumie dość stary motyw uwięzienia w obcej przestrzeni. Dużym plusem jest też to, że nie usiłuje dowyjaśniać, zostawia margines (ba, całą stronę) do własnej interpretacji :)

    OdpowiedzUsuń