Stronki na blogu

czwartek, 20 lutego 2014

Jefferson Bass „Kości zdrady”


Antropolog, Bill Brockton, zostaje wezwany do okolicznego miasteczka Oak Ridge, gdzie odnaleziono zwłoki fizyka Leonarda Novaka, który w okresie II Wojny Światowej pracował nad konstrukcją bomby atomowej. Teraz jego ciało spoczywa w basenie przymarznięte do tafli lodu. Gdy Brocktonowi w końcu udaje się wydostać ciało, które zostaje przetransportowane do prosektorium postanawia wziąć udział w autopsji wraz z prowadzącym sprawę porucznikiem Emertem i swoją asystentką, doktorantką Mirandą. Podczas sekcji sprawy znacznie się komplikują. Brockton szybko odkrywa, że kluczem do rozwiązania zagadki śmierci fizyka jest niesławna historia Oak Ridge – miasta, będącego kolebką tzw. Projektu Manhattan, za czasów II Wojny Światowej zmierzającego do konstrukcji bomby atomowej. Mając do pomocy Mirandę, Emerta, agenta FBI Thorntona, bibliotekarkę Isabellę oraz byłą żonę zmarłego Brockton próbuje rozwikłać tajemniczą zagadkę morderstwa, które z biegiem trwania śledztwa odsłania kolejne, nieoczekiwane zgony.

Druga wydana w Polsce powieść z cyklu „Trupia Farma”, napisana przez dziennikarza Jona Jeffersona i specjalistę medycyny sądowej, założyciela pierwszego na świecie ośrodka badań nad rozkładem ludzkich zwłok, dr Billa Bassa. Na naszym rynku wydawniczym twórczość obu panów przeszła bez większego echa, co zaskakuje biorąc pod uwagę ich lekkie pióro, rzadko spotykane wyczucie suspensu i przede wszystkim innowacyjny pomysł wplatania w fabułę badań mających miejsce na trupiej farmie.
 
„Skala okrucieństw, cierpień i strat była niewyobrażalna. Najbardziej znaną liczbą, oczywiście, było sześć milionów – liczba Żydów zamordowanych przez nazistów realizujących szaleńcze „ostateczne rozwiązanie” Hitlera. Jednak ofiar było dużo więcej, dziesiątki milionów. […] Jak to możliwe, zastanawiałem się, że mimo iż w tak krótkim czasie zginęło tak wielu ludzi, podstawy cywilizacji nie zostały zachwiane. Jak setki milionów osób, które przeżyły, mogły żyć dalej w obliczu takiego cierpienia?”

„Kości zdrady” to pełnokrwisty (dosłownie) thriller oparty na śledztwie tropem tajemniczego mordercy, w którym ważną rolę odgrywa tło historyczne. Wykorzystując zasadę Alfreda Hitchcocka pierwsze sto stron to prawdziwie dramaturgiczna bomba, zapoczątkowująca późniejsze jeszcze silniej trzymające w napięciu wydarzenia. Kiedy ciało Leonarda Novaka zostaje przetransportowane do prosektorium rozpoczyna się jedna z najlepiej opisanych sekcji zwłok, z jakimi miałam dotychczas do czynienia obcując ze światową literaturą. Nareszcie ktoś odważył się bezpruderyjnie opisać cały proces autopsji, z najdrobniejszymi szczegółami wkraczając „w głąb ciała człowieka” – to istotnie lektura wyłącznie dla ludzi o silnych żołądkach… Potem robi się jeszcze ciekawiej. W żołądku Novaka patolog odnajduje kapsułkę irydu 192, silnie napromieniowanego pierwiastka, który sprowadza śmiertelne niebezpieczeństwo na wszystkich uczestników sekcji zwłok. Po obowiązkowej kwarantannie fabuła zwraca się w kierunku elektryzującego śledztwa z Projektem Manhattan w tle. Aby rozwinąć zagadkę śmierci fizyka Brockton zagłębia się w niechlubną historię Oak Ridge – miasteczka, które w okresie II Wojny Światowej było kolebką powstawania najbardziej śmiercionośnej broni w historii ludzkości, bomb atomowych, które spustoszyły Hiroszimę i Nagasaki. Korzystając z pomocy miejscowej bibliotekarki Isabelli i byłej żony Novaka, staruszki, która opowiada mu o swojej młodości spędzonej w Oak Ridge, antropolog wkrótce trafia na trop innych, ściśle związanych z jego śledztwem trupów. Zagadka znacznie się komplikuje, a autorzy ani myślą ułatwić nam proces jej rozwiązywania.

„Kiedy patrzę na reaktor, który stworzyliśmy tutaj […] inżynier we mnie puchnie z dumy. […] Ale człowiek we mnie krzyczy „Nie!” w reakcji na to, co stworzyliśmy, a zwłaszcza w reakcji na to, co zamierzamy zrobić. Nie mam Boga, do którego mógłbym się modlić, ale jeśli miałbym, to modliłbym się o zakończenie tego strasznego przedsięwzięcia i wojny, która sprawia, że takie szaleństwo wydaje się rozsądnym posunięciem. I o zakończenie mojego w tym wszystkim udziału.”

Jefferson i Bass podobnie jak Jeffery Deaver bardzo drobiazgowo opisują wszelkie aspekty śledztwa, ale w przeciwieństwie do niego operują iście malowniczym językiem również w opisach miejsc akcji i tła historycznego. Co mnie najbardziej urzekło oprócz rzadko spotykanej odwagi w dokładnym kreśleniu procesów rozkładu trupów, sekcji zwłok i badań nad kośćmi? Otóż, właśnie historia. Autorom daleko do stronniczych pisarzy, którzy ilekroć w swoich beletrystycznych dziełach poruszają tematykę II Wojny Światowej zawsze opowiadają się po którejś ze stron. Historia nie jest czarno-biała, a Jefferson i Bass zdają sobie z tego sprawę, jak mało kto. Zgłębiając konflikt amerykańsko-japoński – proces powstawania bomb atomowych i jego wstrząsający finał autorzy postarali się o maksymalny obiektywizm. Najlepiej obrazuje go konflikt Mirandy i agenta specjalnego Thorntona. Podczas, gdy ona całkowicie potępia zbrodnicze zachowanie Amerykanów, on stara się spojrzeć na nie z punktu widzenia ówczesnego niewygodnego położenia przede wszystkim osób, którzy w jakiś sposób przyczynili się do stworzenia broni masowego rażenia. A więc „Kości zdrady” to nie tylko jakiś tam thriller, jakich wiele, ale również, a może nade wszystko rozliczenie autorów z historią i poniekąd zmuszenie czytelników do ponownego przemyślenia ówczesnych zbrodni. Jeffersonowi i Bassowi udała się jeszcze jedna, również niezwykle trudna sztuka. Otóż, nie sposób jest nie zapałać wielką sympatią do każdego pojawiającego się bohatera, szczególnie przez wzgląd na ich beztroskie podejście do życia, ale również dzięki umiejętnie skonstruowanym, dowcipnym dialogom.

Cóż mogę rzec? „Kości zdrady” to zdecydowanie jeden z najlepszych thrillerów literackich, z jakim dotychczas dane mi było obcować. Brutalny, trzymający w napięciu, historycznie obiektywny, zaskakujący i przede wszystkim porywający dojrzałym stylem. Moim zdaniem wydawcy popełnią ogromny błąd nie wypuszczając na nasz rynek kolejnych części Trupiej Farmy – odbiorą czytelnikom niewątpliwą przyjemność obcowania z naprawdę znakomitym piórem dwóch nietuzinkowych autorów. A tego nie da się im wybaczyć!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

7 komentarzy:

  1. Pierwszy raz słyszę o tym cyklu! A zapowiada się świetnie. Koniecznie muszę to przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Skoro Ty wypowiadasz się o tej książce tak pozytywnie, to muszę się za nią rozejrzeć. Może nie teraz, ale gdy tylko trafi się jakaś fajna cenowa oferta - biorę. Żołądek mam dosyć mocny, wytrenowany setkami obrzydliwych horrorów ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja kiedyś przeczytałem Trupią farmę Bassa i Jeffersona (to literatura faktu, opowiadająca o powstaniu tego całego ośrodka od badań nad rozkładem zwłok). To raczej gówno było, tzn. może po prostu nie lubię non-fiction o takiej tematyce, bo czytałem też Tajemnice wydarte zmarłym, i też mi się nie podobało. W każdym razie, w Trupiej farmie o powstaniu samego ośrodka jest stosunkowo niewiele, zamiast tego są tam nieśmieszne żarty i głupie bon moty Bassa, i kilkanaście opisów spraw, nad którymi pracował. Ale prawie wszystkie są strasznie nudne, bo on ciągle robi to samo: zabiera zwłoki z miejsc zbrodni i wygotowuje kości, żeby je zbadać itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie piszesz o "Trupia Farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie", a "Kości zdrady" to zupełnie inny typ literatury. Beletrystyka, a nie literatura faktu. Ponadto nie ma tutaj Bassa opowiadającego o swoich prawdziwych sprawach tylko fikcyjny narrator Brockton (być może zainspirowany Bassem, bo mają takie same imię, ale nic ponadto) i JEDNA fikcyjna sprawa kryminalna.
      Więc radzę nie oceniać tej książki przez pryzmat tej poprzedniej, bo możesz się mocno zaskoczyć;)

      Usuń
    2. //Pewnie piszesz o "Trupia Farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie"//

      Tak, właśnie o to chodzi :)

      Masz rację, że to inny typ literatury i pewnie nie powinienem oceniać, ale mam też trochę złych doświadczeń z innymi ekspertami od sądowych dyscyplin naukowych, którzy wzięli się za beletrystykę - kiedyś próbowałem przeczytać książkę Kathy Reichs i to takie nudne było, że nie dałem rady :)

      Usuń
    3. Oj, też kiedyś próbowałam jedną książkę Reichs przeczytać i nie dobrnęłam do końca. Za dużo wymądrzania się, jak na mój gust, a za mało fabuły. Z "Kośćmi zdrady" jest zupełnie inaczej. Te wszystkie specjalistyczne pojęcia autorzy wyjaśniają w tak lekki i przystępny sposób, że aż chce się czytać. No i zupełnie nie przysłaniają one trzymającej w napięciu fabuły - są jedynie dodatkiem do niej, a nie głównym jej elementem. Zaryzykuj (jak lubisz thrillery oparte na śledztwie) - najwyżej jak Ci się nie spodoba będzie na mnie;)

      Usuń
    4. Ok, może rzeczywiście spróbuję :)

      Usuń