Stronki na blogu

sobota, 22 lutego 2014

„Cabin Fever: Patient Zero” (2014)

Recenzja na życzenie

Marcus przyjeżdża na Karaiby, gdzie za parę dni ma poślubić swoją ukochaną. Jego brat, Josh, wraz ze swoją dziewczyną Penny i ich wspólnym kolegą Dobsem postanawiają zorganizować mu wieczór kawalerski. W tym celu płyną na jedną z rzekomo bezludnych karaibskich wysp, gdzie zamierzają urządzić suto zakrapianą alkoholem imprezę. Po dotarciu na miejsce ich plany krzyżuje choroba Penny. Marcus i Dobs wyruszają w głąb wyspy szukając pomocy i docierają do tajnej jednostki badawczej, opanowanej przez śmiertelnie groźnego wirusa.

W 2002 roku kontrowersyjny w Polsce reżyser, Eli Roth, nakręcił prawdziwie klimatyczny, umiarkowanie krwawy teen horror, delikatnie okraszony czarnym humorem, zrealizowany na modłę starych, dobrych rąbanek lat 80-tych. I choć film został chłodno przyjęty przez przypadkowych widzów to jednak zyskał uznanie koneserów kina grozy. W 2009 roku Ti West pokazał światu sequel „Śmiertelnej gorączki”, skierowany głównie do wielbicieli kiczowatego gore, pełnego humoru, ale niepretendującego do czegoś choćby minimalnie wybijającego się ponad przeciętność. Teraz przyszła kolej na drugą, najnowszą kontynuację dzieła Rotha, wyreżyserowaną przez twórcę „Na wysokości”, Kaare Andrews, który miał ambicję powrócić do zamysłu pierwowzoru, co uniemożliwił mu miałki scenariusz.

„Cabin Fever: Patient Zero” zaczyna się jak typowy teen horror. Grupa przyjaciół dociera do malowniczej, ponoć bezludnej wyspy, aby oddać się całonocnemu imprezowaniu. Pierwszą rzeczą, która pozytywnie mnie zaskoczyła była bajeczna sceneria, skąpanych w słońcu Karaibów, a drugą profesjonalna realizacja. Każdy, kto miał do czynienia z niskobudżetowymi filmami grozy będzie zmuszony przyznać, że niewielkie nakłady pieniężne w najmniejszym stopniu nie wpłynęły na pracę kamerę, czego niestety nie można już powiedzieć o klimacie. Początek, jak na teen horror jest całkiem znośny. Szczególnie elektryzują dwa wydarzenia – nurkowanie w morzu pełnym zdechłych ryb oraz przebieg choroby Penny. Liczne pęcherze wykwitające na jej ciele i kulminacyjny seks oralny z Joshem, zakończony jego umorusaną krwią twarzą (hmm, czyżby inspiracja „Excision”?) i przyjęciem na siebie obfitych wymiocin dziewczyny. Do tego momentu wszystko, poza klimatem, którego nie uświadczymy przez cały seans, jest na swoim miejscu, ale jak to często w tego typu horrorach bywa musi nadejść moment, w którym scenariusz dosłownie stacza się w dół. W tym przypadku katalizatorem nieznośnej wręcz monotonii fabularnej, od czasu do czasu urozmaicanej głupiutką rąbanką jest chwila wyruszenia Marcusa i Dobsa w głąb wyspy na poszukiwanie pomocy i dotarcie do tajnej jednostki badawczej. Ich „niekończące się”, wyjałowione z jakiegokolwiek napięcia wędrówki po, na pierwszy rzut oka, opuszczonym kompleksie nie mają w sobie nic, co w jakimkolwiek stopniu zainteresowałoby przeciętnego widza. Nawet wyniszczone przez chorobę ciała, na które się natykają nie potrafią przerwać nudy, która jak już zaczęła wkradać się do scenariusza to już została na dobre.

W drugiej połowie seansu naliczyłam jedynie dwie pomysłowe sceny, zrealizowane na modłę starego, kiczowatego, acz jakże intrygującego kina gore. Pierwsza ma miejsce w trakcie próby zastrzelenia Dobsa przez zarażonego mężczyznę – gdy pociąga za spust na skutek siły odrzutu jego ręka odrywa się od ciała i wbija mu się w głowę. Druga to oczywiście długa sekwencja walki wręcz zarażonych, dosłownie rozpadających się kobiet, które pomimo ewidentnego braku niektórych części swoich ciał pojedynkują się do upadłego i to dosłownie. Wszystkie krwawe sceny mają w sobie sporą dozę czarnego humoru, taki był zamysł twórców, ale jedynie te dwa momenty wywołały u mnie lekki uśmiech oraz swego rodzaju uznanie dla pomysłowości scenarzysty. Wszystko inne, niestety jest tak konwencjonalne i pozbawione polotu, że chwilami ciężko odeprzeć chęć przerwania seansu.

Myślę, że „Cabin Fever: Patient Zero” może dostarczyć, jako takiej rozrywki jedynie osobom dobrze zaznajomionym z niskobudżetowym kinem grozy – jedynie oni docenią profesjonalną, jak na tego rodzaju kino realizację. Entuzjaści maksymalnie konwencjonalnych, pozbawionych większej świeżości fabularnej teen horrorów również mogą zaryzykować, aczkolwiek ostrzegam przed monotonią, która niestety nieustannie wkrada się w scenariusz, tym samym uniemożliwiając należyte wczucie się w wyalienowanie protagonistów.  

2 komentarze:

  1. Pierwszą część oglądałem kilka razy na HBO albo Canal+. Ciągle powtarzali, a że miałem wtedy dużo wolnego, to chcąc nie chcąc zaliczyłem parę seansów ;-) Faktycznie, głupawa niskobudżetówka, ale dało się wytrwać do finału ;-) Dwójki i trójki jeszcze nie przerobiłem. Może kiedyś, choć patrząc na liczbę filmów, które mam na liście FW, jest to dosyć wątpliwe ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Film leży u mnie nie ruszany już chyba z dwa tygodnie. Muszę się w końcu przemóc ;)

    OdpowiedzUsuń