Stronki na blogu

czwartek, 22 maja 2014

„Dziecko Rosemary” (2014)


Rosemary i Guy Woodhouse spodziewają się dziecka, jednak podczas badania lekarz informuje ich, że płód jest martwy. Jakiś czas potem młode małżeństwo postanawia przeprowadzić się na rok do Paryża, gdzie Guy dostaje pracę wykładowcy angielskiego na dużej uczelni, a w wolnych chwilach oddaje się pisaniu książki. Wkrótce po zadomowieniu się we Francji Rosemary i Guy poznają Margaux i Romana Castevetów, którzy wprowadzają ich do swojego klubu, w skład którego wchodzą bogaci i wpływowi mieszkańcy Paryża, którzy wzajemnie się wspierają. Początkowo te nowe znajomości są dla Woodhouse’ów niczym wygrana na loterii. Przeprowadzają się do drogiego mieszkania w Chimerze – najokazalszego apartamentowca w Paryżu, należącego do Castevetów, Guy wydaje książkę, a członkowie nowego klubu robią wszystko, aby rozwiązać ich wszystkie, drobne problemy. Wszystko ulega zmianie, gdy Rosemary zachodzi w ciążę. Ciągła nieobecność męża, złe samopoczucie i dziwne wydarzenia, którym świadkuje zmuszają ją do bliższego przyjrzenia się Castevetom. Z czasem nabiera pewności, że znajduje się w centrum zainteresowania satanistycznego kultu, który ma jakieś plany, względem jej jeszcze nienarodzonego syna.

Kiedy trafiły do mnie pierwsze informacje o planowanym remake’u jednego z moim ulubionych horrorów, arcydzieła Romana Polańskiego z 1968 roku delikatnie mówiąc nie byłam zadowolona, wychodząc z założenia, że dzieła skończonego nie należy uwspółcześniać. Jednakże późniejsze śledzenie doniesień z planu rozpaliło moją ciekawość – nadal byłam przekonana, że Polańskiego nikt nie przebije, ale miałam nadzieję na przynajmniej przyzwoitą rozrywkę. Teraz, po skończonym seansie, muszę niestety po raz kolejny przyznać, że jeśli chodzi o tegoroczne horrory o wiele bezpieczniejszy jest daleko idący sceptycyzm, bo entuzjastyczne podejście na ogół skutkuje daleko idącym rozczarowaniem. Planowo nowe „Dziecko Rosemary” miało być miniserialem złożonym z czterech odcinków, które ostatecznie skrócono do dwóch niemalże półtoragodzinnych, które tak na dobrą sprawę można było z powodzeniem połączyć w jedną wspólną całość i wyemitować w telewizji, jako taki dłuższy film pełnometrażowy. Reżyserii podjęła się nasza rodaczka, Agnieszka Holland, a za produkcję odpowiadały Stany Zjednoczone. Jako, że miniserial został wyprodukowany na potrzeby telewizji budżet był dość okrojony, ale to nie on ostatecznie pogrążył tę produkcję, a rozwleczony scenariusz Scotta Abbotta i Jamesa Wonga oraz rzecz jasna brak doświadczenia Agnieszki Holland w pracy nad kinem grozy.

„Grzechy ojca nie powinny przechodzić na syna.”

Zamiarem Agnieszki Holland zauważalnie było całkowite odcięcie się od kultowej wersji Romana Polańskiego i stworzenie czegoś nowego, luźno opartego na prozie Iry Levine’a. A więc formalnie nowe „Dziecko Rosemary” jest bardziej readaptacją, aniżeli remake’iem. Zapewne reżyserka zdawała sobie sprawę, że próba kopiowania dzieła skończonego Polańskiego jedynie pogrąży jej film, bo gatunek horror absolutnie nie jest jej domeną. I chociaż jej wersja jest dużo gorsza od wiernej ekranizacji książki Levina z 1968 roku to chociażby za tę konsekwencję w tworzeniu całkiem nowej historii należą się Holland brawa (w przeciwieństwie do na przykład Kimberly Peirce, twórczyni nowej „Carrie”, która uciekała w stronę wizji Briana De Palmy). Oczywiście, kilka punktów wspólnych z książką i wersją Polańskiego jest, bo w przeciwnym razie to nie byłoby „Dziecko Rosemary”, ale wydarzenia do nich prowadzące znacząco zmodyfikowano. Akcję umieszczono w Paryżu, a nie jak to miało miejsce w pierwotnych wersjach w Nowym Jorku, rozbudowano historię przeklętego apartamentowca oraz kultu Szatana i przede wszystkim zrezygnowano z klimatu wielkomiejskiej paranoi, tak mocno potęgowanego przez Polańskiego. Pierwsze półtora godziny, jak już słusznie zauważyli krytycy niemiłosiernie się dłuży, bowiem cała akcja opiera się głównie na wodolejstwie – rozwleczonych do granic możliwości, nudnych dialogach. Niesmak dodatkowo budzi niemożność stworzenia tej diabelskiej aury, znanej nam z innych horrorów satanistycznych. Choć obraz utrzymano w ciemnych barwach Holland nie potrafiła wykrzesać z nich jakiegoś solidniejszego klimatu. Tak jakby myślała, że mroczna kolorystyka wespół z nie przeczę nastrojową ścieżką dźwiękową to wszystko, czego po horrorze można oczekiwać. Zapomniała chyba o profesjonalnych operatorach, którzy być może wykrzesaliby z tego choćby minimum grozy. A sytuację dodatkowo pogrążały te nieszczęsne „niekończące się” dialogi. Holland chyba zauważyła, że jej film niebezpiecznie oddala się od horroru, bo wtłoczyła kilka krwawych scen. Pierwsza ma miejsce w trakcie rozmów kwalifikacyjnych na stanowisko wykładowcy dużej uczelni. Konkurentka Guy’a nagle wpada w szał – widzi muchy latające po gabinecie, słyszy zniekształcony głos swojego potencjalnego pracodawcy, po czym rani go nożem, a siebie raz za razem dźga w szyję. Później przychodzi kolej na przyjaciółkę Rosemary, która w trakcie kursu gotowania zostaje poparzona rozgrzanym olejem, po czym uderza tyłem głowy o kant blatu. Krew podobnie, jak w poprzedniej scenie leje się strumieniami, a dodatkowe wrażenia gwarantuje umiejętnie ucharakteryzowana poparzona połowa twarzy kobiety. Takich scen ocierających się o gore jest więcej. Choćby zaczerpnięta od Polańskiego sławetna scena zjadania surowego mięsa przez ciężarną Rosemary – tutaj bardziej zniesmaczająca, bo opierają się na konsumpcji zakrwawionych wnętrzności kurczaka, dopiero co wyciągniętych z jego wnętrza. I wreszcie wstrząsająca historia Chimery, dawniej zamieszkanej przez grupę kanibali – scena z porcjowaniem mięsa zabitego mężczyzny i zjadanie wyrwanego prostytutce serca robią naprawdę mocne wrażenie. Wygląda na to, że Holland lepiej odnajduje się w estetyce gore, ale choć jestem jej wdzięczna za te drobne urozmaicenia nudnego scenariusza to niestety muszę zaznaczyć, że to nie ten film. Od „Dziecka Rosemary” wymagam przede wszystkim duszącej atmosfery. Gore, jako dodatek – nie mam nic przeciwko, ale nie zamiast klimatu.

Kluczową sceną „Dziecka Rosemary” zawsze był gwałt przez Szatana, który tutaj również się pojawia, ale dopiero pod koniec części pierwszej (co już powinno wam dać rozeznanie, jak mocno rozwleczono początkowe półtora godziny seansu). Błądzenie Rosemary między jawą a snem jest całkiem przyzwoitym popisem montażysty, a sam stosunek, choć znowuż wyjałowiony z klimatu grozy zachwyca zniekształconymi plecami Szatana. Drugi odcinek miniserialu, obrazujący przebieg ciąży Rosemary powinien już naturalną koleją rzeczy opierać się na jej domniemanej paranoi, ale Holland poszła w zupełnie innym, dosłownym kierunku. Dzięki rozmowom Guy’a z Castevetami nikt nie będzie miał wątpliwości, że podejrzenia głównej bohaterki względem nich są słuszne. Być może Holland uznała, że próba stworzenia wielorakiej interpretacji nie zda egzaminu, bo każdy już zna tę historię, aczkolwiek takie jednotorowe podejście i tak mocno mnie rozczarowało. Zdecydowanie wolałabym obserwować oznaki domniemanego szaleństwa Rosemary, nawet znając ich właściwą naturę.

Obsada spisała się średnio (jak i cała ta produkcja). Najbardziej rozczarowuje odtwórczyni roli głównej, Zoe Saldana, która najbardziej raziła sztucznymi atakami histerii. Nie udźwignęła tej bądź, co bądź niełatwej roli. O wiele lepiej od niej spisał się Patrick J. Adams, filmowy Guy, być może dlatego, że miał o wiele łatwiejszą, stateczną rolę. Znalazło się również miejsce na drobny akcent polski – Weronikę Rosati w epizodycznej rólce, klientki baru, której niedane było wypowiedzieć nawet słowa. Cóż, biorąc pod uwagę jej wątpliwy warsztat aktorski to chyba dobrze.

Nowe „Dziecko Rosemary” z całą pewnością zawiedzie wielbicieli książki Levina i ekranizacji Polańskiego. I nie chodzi tutaj o znaczącą modyfikację tej historii, bo zawsze lepiej oglądać coś nowego, aniżeli obcować z dziełami bezwstydnych kopistów. Historia Agnieszki Holland jest zdecydowania gorsza od tej opisanej w pierwowzorze literackim, głównie przez wzgląd na te rozwleczone, nudnawe dialogi, ale też przez brak jakiegokolwiek klimatu grozy, co w filmie pod takim tytułem nie powinno mieć racji bytu. Jestem wdzięczna Holland za te liczne modyfikacje, ale jej nieznajomość prawideł gatunku tak bije z ekranu, że naprawdę ciężko jest przebrnąć przez ten film. Podejrzewam, że takie miałkie coś nie zadowoli nawet osób nieznających wersji Polańskiego, a co dopiero jej wielbicieli. Zdecydowanie niepotrzebna readaptacja.

10 komentarzy:

  1. No niemożliwe... Jak można poprawiać tak genialny pierwowzór?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Holland nie chciała Polańskiego poprawiać. Zrobiła prawie całkiem nową, swoją historię. Gorszą od poprzedniej, ale nie kopiowała od mistrza.

      Usuń
  2. Nie wierzę...Pierwowzór rzeczywiście był genialny. Po co poprawiać coś tak fantastycznego????

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli będę miała okazję obejrzę. Książka bardzo mi się podobała, film Polańskiego muszę w końcu zobaczyć ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydaje się całkiem ciekawy. Jak będę miał czas to obejrzę.

    OdpowiedzUsuń
  5. To profanacja wielkiego dzieła Romana Polańskiego.Pierwowzór z 1968 roku jest niedoścignionym filmem grozy w całej historii kinematografii.

    OdpowiedzUsuń
  6. Sama nie wiem czy oglądac... Obejrzałam tą starą wersje, która na prawdę mnie przeraziła i ta muzyka! nikt tego nie przebije.

    OdpowiedzUsuń
  7. Obejrzałam i zgadzam się z Tobą. Zupełnie niepotrzebna ekranizacja. Film w sumie zrobiony całkiem poprawnie, ale brak mu właśnie tej gęstej, duszącej atmosfery, którą emanował film Polańskiego. Acha... i zdecydowanie za długi! ;) Dzięki za świetną recenzję. Byłam ciekawa, jak zareagujesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Remake, czyli odświeżanie klasyków dla młodego pokolenia i oczywiście dla pieniędzy. Modlę się tylko żeby nie zrobili remake-u Terminatora - pierwszej części. Byłoby to śmieszne i wnerwiło fanów na całym świecie.
    Holland niech nie bierze się za horrory, bo nie zna tematu na tej płaszczyźnie. Horror to bardzo trudna sztuka, którą nieliczni potrafią tworzyć.

    OdpowiedzUsuń
  9. Oglądałem to jako dziecko i zniszczyło mi psychikę na ładnych kilka dni. :D

    OdpowiedzUsuń