Stronki na blogu

niedziela, 22 czerwca 2014

„Nocna straż” (1997)


Student prawa, Martin Bells, zatrudnia się w kostnicy miejskiej w charakterze portiera. Tymczasem w mieście grasuje seryjny morderca prostytutek, który pozbawia swoje ofiary oczu i gwałci ich zwłoki. Sprawę prowadzi inspektor Thomas Cray, który zaprzyjaźnia się z Martinem. Kiedy chłopak, podpuszczony przez swojego kolegę, Jamesa Gallmana, spotyka się z prostytutką, Joyce, jego życie zamienia się w koszmar.

Amerykański remake nagrodzonego pięcioma Robertami duńskiego obrazu z 1994 roku, pt. „Nocny strażnik”. Obie produkcje wyreżyserował Ole Bornedal, twórca między innymi „Kroniki opętania”. Oryginału jeszcze nie miałam okazji zobaczyć, ale to, co ujrzałam w odświeżonej wersji zachęca do zapoznania się z pomysłem wyjściowym. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego „Nocna straż” przeszła bez większego echa, bo tak nastrojowych thrillerów o seryjnych mordercach powstało naprawdę niewiele.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w trakcie seansu to mroczna kolorystyka obrazu. Nawet sceny kręcone w środku dnia, w pełnym słońcu utrzymano w ciemnych barwach, które są jednym z integralnych elementów, wchodzących w skład tego niewyobrażalnie gęstego klimatu, wszechobecnego zdefiniowanego zagrożenia. Ale nie jedynym. Znacznie Bornedalowi pomógł pomysł na zawiązanie fabuły, z którego wycisnął maksimum grozy. Praca Martina w miejskiej kostnicy pozwoliła z pierwszej połowy seansu zrobić nastrojowy horror, z tak umiejętnie zrealizowanymi ujęciami czystej grozy, że z tego, co się zorientowałam niejeden widz nie jest w stanie przetrwać samotnej nocnej projekcji „Nocnej straży”. W moim przypadku o jakimś nadmiernym przerażeniu nie było mowy, ale nie mogłam nie docenić wirtuozerii twórców, którzy samym tylko nagromadzeniem grozy zdeklasowali mniej więcej siedemdziesiąt procent horrorów, jakie dane mi było obejrzeć. Samotne wędrówki Martina po skąpanych w cieniu korytarzach kostnicy miejskiej zrealizowano tak, aby widz miał okazję odczuć na własnej skórze buzującą w nim adrenalinę. Na uwagę szczególnie zasługuje tutaj scena pierwszego obchodu. Martin wchodzi do pomieszczenia pełnego stołów z trupami i starając się na nie nie patrzeć dochodzi do przeciwległej ściany, aby przekręcić klucz w zamku urządzenia noszonego przy sobie. Wraca w panice, zamyka drzwi, ale zapomina o zgaszeniu światła. I właśnie moment ich ponownego uchylenia jest kwintesencją rzadko spotykanych zdolności kamerzysty. Wszystko obserwujemy od wewnątrz. Widzimy dłoń Martina, poszukującą kontaktu, kamera przybliża się do niej w zastraszająco szybkim tempie przy akompaniamencie nastrojowych dźwięków i kiedy już myślimy, że coś schwyci jego dłoń chłopak zatrzaskuje drzwi… Tego nagromadzenia atmosfery grozy nie da się oddać słowami, to trzeba zobaczyć – najlepiej w pojedynkę, w środku nocy. Ale to nie jedyne dowody niezwykłego wczucia się w estetykę horroru przez Bornedala. Moment włączenia alarmu, zwiastującego obecność kogoś żywego w kostnicy, który zmusza Martina do odwiedzenia kostnicy zwyczajnie wbija w fotel i wymusza na widzach nerwowe ogryzanie paznokci. Kiedy spanikowany chłopak zbliża się do jednego ze stołów, ktoś ukryty pod prześcieradłem zaczyna powoli unosić się do pozycji siedzącej… Po podobną dosłowność w ewokacji grozy, z równie miażdżącym skutkiem, twórcy sięgną w chwili odnalezienia na korytarzu ciała prostytutki. To zdarzenie utwierdzi Bellsa w przekonaniu, że nocą nie jest w kostnicy sam, że ktoś obrał go sobie za cel, robiąc wszystko, aby napędzić mu stracha.

Równolegle do stricte horrorowych wydarzeń Bornedal będzie snuł czysto thrillerową opowiastkę, skupiającą się na zwyrodniałych czynach nieuchwytnego seryjnego mordercy-nekrofila, który upodobał sobie prostytutki. Co zaskakujące w tym gatunku twórcy nie ograniczyli się jedynie do spłoszonego napomykania o gwałceniu zwłok przez tajemniczego degenerata. Zobaczymy kilka pozbawionych oczu ciał z rozrzuconymi nogami i pupami ubrudzonymi nasieniem, sugerującymi niedawny stosunek, usłyszmy koszmarną opowieść o byłym portierze kostnicy, który z upodobaniem oddawał się swoim nieakceptowanym społecznie zboczeniom i przede wszystkim poznamy historię Joyce, która utrzymuje, że jej przyjaciółka spotykała się z osobą, która podczas stosunku oczekiwała od niej udawania trupa. Wszystko to tworzy obraz naprawdę odstręczającej jednostki, która z jakiegoś powodu obrała sobie za cel Martina.

Aby nieco rozładować tę chwilami nieznośnie gęstą atmosferę wszechobecnego zagrożenia Ole Bornadel, co jakiś czas uciekał się do akcentów komediowych. Mocno humorystyczne ekscesy Martina i Jamesa, rozrywające się w trakcie ich wypadów na miasto, dowcipna rozmowa z głupiutką Joyce i wreszcie swego rodzaju żartobliwy ukłon w stronę „Lśnienia”, kiedy to podczas jednego z obchodów scenarzysta wtłacza w usta głównego bohatera kultową kwestię Jacka Nicholsona. Wydawać by się mogło, że ta delikatna błazenada położy klimat, ale nic z tych rzeczy. Bornadel okazał się na tyle sprawnym reżyserem, żeby dokładnie wymierzyć moment, w którym humor był wręcz wskazany.

W roli głównej zobaczymy młodziutkiego wówczas Ewana McGregora, który całkiem znośnie poradził sobie z kreacją nieśmiałego, miejscami nieco naiwnego Martina. Ale ilekroć na ekranie pojawiał się partnerujący mu Nick Nolte, w roli ścigającego mordercę-nekrofila inspektora Craya, McGregor usuwał się w cień. Charyzma doświadczonego aktora przyćmiła powiew młodości. 

Moim zdaniem „Nocna straż” to jeden z najlepszych thrillerów o seryjnym mordercy w historii światowej kinematografii. Uciekanie się do stricte horrorowej estetyki okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Pomogło w stworzeniu gęstego klimatu grozy oraz natchnęło fabułę intrygującymi rozwiązaniami. Od tego filmu wprost nie sposób się oderwać – wciąga i niepokoi jak mało, który obraz i w ogóle nie przeszkadza tutaj łatwość przedwczesnego rozszyfrowania tożsamości mordercy. Polecam absolutnie każdemu wielbicielowi kina grozy – czy to thrillerów, czy horrorów, bo w tej jednej produkcji zobaczy wszystko, co najlepsze w obu tych gatunkach.   

1 komentarz:

  1. Oryginał jak najbardziej do nadrobienia. Niezły debiut kinowy Nikolaja Coster-Waldaua (obecnie znanego jako Jaime Lannister z Gry o Tron). Jednak przede wszystkim świetny Kim Bodnia znany z "Pushera" (1996) w reż. Nicolasa Winding Refna.

    OdpowiedzUsuń