Stronki na blogu

poniedziałek, 3 listopada 2014

„Alien Abduction” (2014)

Peter Morris wraz z żoną i trójką dzieci wybiera się na rodzinny kemping w Brown Mountain w Karolinie Północnej. Po drodze natrafiają na samochody, blokujące przejazd, ale pomimo usilnych poszukiwań nie mogą znaleźć ich właścicieli. W pewnym momencie zaskakują ich mocne światła i tajemniczy osobnik przemykający przed ich oczami. Kiedy atakuje Morrisowie zdają sobie sprawę, że nie pochodzi z Ziemi. Ich jedynym ratunkiem jest ucieczka w nieprzyjazne leśne tereny.

Debiutancki horror science fiction Matty’ego Beckermana, utrzymany w stylistyce found footage. Fabuła nawiązuje do legendy Brown Mountain w Karolinie Północnej, miejsca, które wedle wielu świadków nawiedzają tajemnicze światła, w kształcie małych kulek. Beckerman usłyszał owe opowieści, podczas swojego pobytu w Karolinie Północnej i stały się one bezpośrednią inspiracją scenariusza „Alien Abduction” spisanego przez Roberta Lewisa. Jak dotąd moim ulubionym found footage o przybyszach z innej planety są „Porwani przez obcych” z 1998 roku. Ale chociaż Beckermanowi nie udało się zbliżyć do poziomu tamtej produkcji w ogólnym rozrachunku byłam mile zaskoczona efektami jego starań. Ale wątpię, żeby „Alien Abduction” zdobyło uznanie wśród większej grupy odbiorców. Współcześni widzowie szukają w filmach oryginalnych rozwiązań, których obraz Beckermana jest pozbawiony. To raczej taka mocno schematyczna produkcja dla osób, którym nie zależy na innowacyjności bądź akceptują powtarzalność motywów w kinie grozy. Ja wpisuję się do tej niszy (zawsze powtarzam, że gdybym szukała w filmach oryginalności nie byłabym wielbicielką horrorów), co zapewne ułatwiło mi pozytywny odbiór „Alien Abduction”.

Najbardziej urzekającą cechą produkcji Beckermana jest stonowanie. Reżyser, i chwała mu za to, nie próbował przypodobać się masom jakimikolwiek udziwnieniami, których pełno w dzisiejszej kinematografii. Zaprezentował widzom prostą historyjkę, która swoim nieskomplikowaniem nasuwała mi na myśl niskobudżetowe horrory z lat 80-tych. Fabułę zawiązują krótkie relacje ludzi, którzy widzieli tajemnicze światła w okolicach Brown Mountain. Następnie scenarzysta informuje nas, że na owych terenach znaleziono kamerę autystycznego chłopca, Riley’ego Morrisa z nagraniem tragicznej w skutkach wycieczki jego i rodziny. Byłam pewna, że zrobienie operatorem chorego dziecka ma usprawiedliwić późniejszą ewentualną chaotyczność obrazu, ale na szczęście widok rzadko jest rozproszony. Potem, jak to często w found footage bywa będziemy oglądać wydarzenia sfilmowane przez chłopca. Taki zabieg w tego rodzaju obrazach zawsze mnie irytuje, ponieważ praktycznie wyklucza większe zaskoczenie w finale – od razu wiadomo, że wszyscy zginą, bądź jak w tym przypadku zostaną porwani. Właściwa akcja filmu skupia się na rodzinie Morrisów, rodzicach i trójce ich dzieci, którzy wybrali się na kemping w Brown Mountain. W pierwszej połowie seansu zaskakują jump scenki, przez wzgląd na ich nietypowe umiejscowienie. W pełnym świetle dnia, w trakcie luźnych rozmów o niczym nagle, bez żadnego ostrzeżenia coś wyskakuje przed ekran. Najciekawszym takim momentem jest spadanie kruków z nieba, które jak sam Beckerman przyznał było hołdem złożonym „Ptakom” Alfreda Hitchcocka. Widać, że reżyser doskonale rozumiał, iż zagęszczanie atmosfery i stopniowanie napięcia przed jump sceną psuje efekt zaskoczenia, a więc przekornie przed takimi ujęciami zrezygnował z tych zabiegów.

Początkowy klimat tajemnicy w pięknej leśnej scenerii zostanie wyparty większą dosłownością, kiedy nasi protagoniści natrafią na bezładnie rozrzucone na drodze puste samochody. Podczas poszukiwania ludzi, w tunelu, zostaną zaatakowani przez tajemniczego osobnika. Już ta pierwsza ofensywa Obcego zachwyciła mnie swoim stonowaniem. Twórcy posiłkują się głównie migającymi światłami, trzeszczącą ścieżką dźwiękową i zakłóceniami obrazu w kamerze Riley’ego. Antagonistę widać jedynie w krótkich przebłyskach, co wyklucza kiczowatość. Dalsze wizualizacje szturmu Obcego są podobne, co zapewne zniechęci wielbicieli efektów komputerowych, ale może przypadnie do gustu poszukiwaczom daleko idącego minimalizmu. Po punkcie kulminacyjnym w początkowej partii filmu scenariusz zacznie podążać w stronę survivalu. Ucieczki przez las i zabarykadowanie się w domu miejscowego będą urozmaicane sporadycznymi atakami przybysza z innej planety, którego w całej okazałości, na szczęście, nie będzie nam dane zobaczyć (a więc unikniemy zniechęcenia tanim efekciarstwem). Ta konsekwentna prostota całkowicie przypadła mi do gustu, ale nie zdałaby egzaminu, gdyby nie modyfikacja klimatu. Na początku odczuwałam jedynie delikatną aurę tajemniczości, która z biegiem czasu została zastąpiona zagęszczoną atmosferą wszechobecnego zagrożenia, podaną w odpowiednio mrocznej oprawie. Jedyne, co przeszkadzało mi w odbiorze filmu to „drewniany” warsztat aktorów, szczególnie odtwórczyni roli matki, Katherine Sigismund oraz nieprzekonujące sylwetki protagonistów. Widać to po porwaniu Petera. Po zabarykadowaniu się w domu miejscowego wygląda jakby rodzina zapomniała o tej stracie, a kiedy wreszcie twórcom przypomina się, że wypadałoby na chwilę skupić się na rozpaczy z miernym skutkiem próbuje Corey Eid, odtwórca postaci starszego syna. Natomiast Sigismund nie potrafi wykrzesać z siebie jakiejkolwiek wskazującej na cierpienie mimiki. Szkoda, że małego Riley’ego (Riley Polanski) widać dopiero pod koniec, bo już po tym jednym ujęciu podejrzewałam jego wyższość warsztatową nad pozostałą obsadą.

„Alien Abduction” skierowany jest do świadomych odbiorców. Wielbicieli horrorów science fiction w stylistyce found footage, którzy znajdują przyjemność w powtarzalności motywów oraz daleko idącym stonowaniu. Poszukiwacze innowacyjności, którzy wiecznie utyskują na wtórność kina grozy powinni trzymać się od niego z daleka, ponieważ Matty Beckerman w ani jednej minucie nie aspirował do roli prekursora. Mnie seans dostarczył całkiem sporo rozrywki i zaskarbił sympatię do reżysera i scenarzysty, którzy nie próbowali przypodobać się masom. Taki prosty, nieefekciarski straszak to w tych czasach prawdziwa rzadkość, a co za tym idzie skierowany jedynie do niszowej grupy odbiorców.  

1 komentarz:

  1. Nie będę oszukiwał, że wzdycham do tego filmu niezmiernie głównie ze względu na stylistykę found footage, ale i na tematykę. Już wcześniej wyczaiłem gdzieś trailer, który wygląda zachęcająco. Nie liczę oczywiście na żadną innowacyjność, ale właśnie klimat i dreszczyk spowodowany prostymi, klasycznymi zabiegami. Jako że mam kilka zaległych seansów do nadrobienia, ten właśnie film obejrzę pewnie nieco później. Dzięki Buffy za tę recenzję, która jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto sięgnąć po tę produkcję. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń