Stronki na blogu

wtorek, 16 grudnia 2014

„Exists” (2014)


Brian i Matt zabierają trójkę swoich znajomych do chatki wuja stojącej w lesie. W drodze do miejsca przeznaczenia potrącają coś, ale po krótkim, nieefektywnym poszukiwaniu ciała ruszają dalej. Po dotarciu do niszczejącej chatki młodzi ludzie zaczynają imprezować. Wszyscy poza Brianem, który zaalarmowany przemykającą pomiędzy drzewami postacią postanawia ją sfilmować. Jest przekonany, że w tutejszych lasach, zgodnie z opowieściami wuja, mieszka Wielka Stopa. Początkowo znajomi i brat nie dają wiary jego słowom. Jednak wkrótce włochata bestia unieruchamia ich w lesie i przystępuje do ataku.

Reżyser „Exists”, Eduardo Sanchez, debiutował znienawidzonym przeze mnie „The Blair Witch Project”, ale pomimo komercyjnego sukcesu tej produkcji w późniejszych latach nie mógł liczyć na pokaźne fundusze. Jednakże „Inny” i „Seventh Moon”, choć mierne fabularnie pokazały dbałość Sancheza o klimat grozy i minimalizm, który w horrorach zawsze jest zaletą. Dopiero w 2011 roku, w „Lovely Molly” scenariusz dorównał oprawie filmu. W „Exists” Sanchez powrócił do konwencji verite, od której zaczynał, ale pomimo współczesnej mody na „kręcenie z ręki” nawet nie próbował sprostać oczekiwaniom masowych odbiorców. Pozostał wierny niszowemu kinu – znowu musiał sprostać słabemu scenariuszowi, spisanemu przez swojego wieloletniego współpracownika Jamie’go Nasha, z którego wycisnął wszystko, co tylko było można, bez bzdurnego efekciarstwa i trywialnych jump scen.

Horror verite coraz śmielej sobie poczyna. Do tego czasu mogliśmy już zobaczyć niezliczoną ilość ghost stories i produkcji science fiction utrzymanych w owej konwencji. Twórcy tego rodzaju obrazów ostatnimi czasy zaczęli nawet sięgać po tematykę wampiryzmu i Wielkiej Stopy. Sanchez wzorem „Willow Creek” również sięga po jedną z największych tajemnic świata i choć wtłacza ją w oklepany schemat survivalu realizacją rekompensuje sporo jego niedostatków. Już początek filmu sygnalizuje widzom, że twórcy darowali sobie typowe dla filmów grozy, pozbawione klimatu wprowadzenie. Akcja zawiązuje się niemal natychmiast, od stłuczki samochodowej. Kiedy protagoniści, piątka młodych ludzi, wychodzą na zewnątrz aby obejrzeć szkody kamera dzierżona przez jednego z nich, Briana, powoli w podczerwieni przesuwa się po lesie. Już w tym momencie widać, że Sanchez miał zamiar nakręcić, co prawda konwencjonalny, ale za to kładący szczególny nacisk na klimat i budowanie napięcia niszowy straszak. A późniejsze wydarzenia tylko udowadniają te wygórowane ambicje.

Po dotarciu do chatki bohaterów filmu widzowie przez jakiś czas będą towarzyszyć głównemu operatorowi, Brianowi, mającemu obsesję na punkcie filmowania wszystkiego, co znajduje się w jego pobliżu. Mężczyzna samotnie przemierza las za dnia w poszukiwaniu źródła dziwnych dźwięków, co jakiś czas rejestrując kątem oka przemykający pomiędzy drzewami cień. Dzięki opowieściom wuja, właściciela tych terenów, podejrzewa, że natrafił na ślad legendarnej Wielkiej Stopy, którą pragnie uchwycić w kadrze. Nawet jego długie wędrówki w pełnym świetle dziennym mają w sobie sporą dozę napięcia, głównie dlatego, że Sanchez rezygnuje z dynamizmu na rzecz powolnych najazdów kamery na drzewa rosnące opodal operatora, spomiędzy których co jakiś czas wyłania się ciemny kształt. Niemałą zasługę w budowaniu odpowiedniego klimatu grozy ma również kolorystyka obrazu. Przyblakłe barwy, pozbawione pastelowych odcieni nawet w promieniach słonecznych. Dzięki napięciu wyczuwanemu już od pierwszych minut seansu twórcom udało się wzbudzić moje zainteresowanie, które nie osłabło nawet po częściowym „odkryciu kart”. Kiedy włochaty stwór zaczyna nacierać na chatkę przerażonych protagonistów Sanchez nie pokazuje nam go w całej okazałości, zrobi to dopiero pod koniec. W ten sposób pomimo tego, że wiedziałam, iż to Wielka Stopa nie odbierałam tego w kontekście zdefiniowanego zagrożenia, tylko bardziej nadnaturalnego, a takie podejście jak wiadomo potęguje ogólne wrażenia z seansu. Kiedy młodzi ludzie zostają uwiezieni w lesie Sanchez przez jakiś czas skupia się na ich próbach zabarykadowania się w chatce i nocnych najściach niewidzianego w całej okazałości potwora. W moim odczuciu wszystkie jego ataki uatrakcyjniono odpowiednią dawką napięcia, pomimo chaotycznego obrazu w chwilach największego zagrożenia. Zresztą podobnej niestabilności kamera nabiera, kiedy Wielka Stopa zabija któregoś z bohaterów, co oczywiście wzmaga realizm (bo kto pozbawiany właśnie życia dbałby o niezamazany obraz?), ale z drugiej strony denerwuje brakiem dosłowności. Wszystkie sceny mordów rozgrywają się poza kadrem, troszkę krwi możemy zobaczyć jedynie, kiedy z nogi Matta wystaje złamana kość, ale pozostałe konfrontacje bohaterów z włochatym potworem są skrzętnie ukrywane przed wzrokiem widzów.

Cała problematyka filmu zamyka się na próbach przeżycia zaatakowanych przez Wielką Stopę bohaterów na nieprzyjaznych, leśnych terenach. Sanchez tak bardzo trzyma się survivalowej konwencji, że pamięta nawet o ciągłym rozdzielaniu się bohaterów, braku zasięgu w ich telefonach komórkowych i bezsensownemu marnotrawieniu amunicji (choć to ostatnie można zrzucić na karb paniki). Owe typowe dla amerykańskich rąbanek elementy, do których zdążyłam się już na tyle przyzwyczaić, aby akceptować je, jako niezbywalne części konwencji, mieszają się z niemożliwymi do przełknięcia głupotami. Dla przykładu, choć można zrozumieć postępowanie Briana, który wszędzie zabiera swoją kamerę z uwagi na obsesję na punkcie filmowania nie sposób tego samego powiedzieć o pozostałych bohaterach. Ilekroć któryś z nich oddala się od reszty wkłada kask z kamerą, nie wiadomo za bardzo po co, bo w protagoniści dysponują już wystarczającą ilością materiału, aby udowodnić ludzkości istnienie Wielkiej Stopy. Poza tym zastanawia też ich determinacja do nagrywania wszystkiego w obliczu tak wielkiego zagrożenia, mimo że poddają się dławiącej panice nie zapominają o zabraniu kamery… Rozumiem, że tylko w taki sposób Sanchez mógł skonfrontować widzów z wydarzeniami mającymi miejsce po rozdzieleniu się bohaterów, ale zastanawiam się, czy w kontekście takiego scenariusza tradycyjne filmowanie nie byłoby bardziej wiarygodne. Z obsady najbardziej przypadł mi do gustu czarnoskóry Roger Edwards, przystojniaczek z zadowalającym warsztatem. Pozostali panowie, Chris Osborn i Samuel Davis, jak na niszowy film również nie spisali się gorzej. Czego nie można powiedzieć o paniach, Dorze Madison Burge i Denise Williamson, które trochę przesadziły z odmalowywaniem emocji na twarzach.

Pod kątem klimatu i napięcia „Exists” prezentuje się aż nazbyt przyzwoicie. Doświadczenie reżysera w kinie grozy, pomimo irytującego mnie „kręcenia z ręki” pomogło mu w stworzeniu odpowiedniej oprawy. Ale współpraca ze scenarzystą Jamie’m Nashem po raz kolejny obniżyła poziom twórczości Sancheza. Film, co prawda, dzięki nieustającemu napięciu ogląda się całkowicie bezboleśnie, ale gdyby połączyć talent reżysera z bardziej dopracowanym scenariuszem efekt mógłby być piorunujący, nie tylko przystępny.

4 komentarze:

  1. Jak można nienawidzić BWP, no jak? :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe wszyscy mnie o to pytają, dlatego dopuszczam możliwość że to ze mną jest coś nie tak, a nie z filmem;)
      A tak na serio, ten film mnie zwyczajnie nudzi. Dla mnie cała fabuła ogranicza się do bieganiny przerażonej grupki młodych ludzi po lesie, a to troszkę za mało żeby wzbudzić moje zainteresowanie. Zresztą "Exists", jak się nad tym zastanowić, bazuje na podobnym scenariuszu (bohaterzy biegający po lesie), ale klimat tej produkcji bardziej mnie wziął od tego w BWP, no i jakieś sceny bezpośrednich ataków potwora tutaj wtłoczyli, które trzymały w jakim takim napięciu, czego o BWP powiedzieć nie mogę.

      Usuń
    2. Nic z tobą Buffy nie jest nie tak, dla mnie BWP to jeden z najgorszych i najnudniejszych filmów, nic się tam nie dzieje, a nawet pod koniec nie pokazali tych wiedźm, moim zdaniem to zrozumiałe że tego nie lubisz, bo ja tek tego nie znoszę, jest to moim zdaniem jeden z najgorszych i najnudniejszych horrorów jakie powstały, wynudziłem się przez cały seans, jak oglądałem BWP a nawet zasnąłem, i zgadzam się Exists jest lepiej wykonany, staranniej itp. przynajmniej widać to "coś złego" bo w BWP ani przez moment nie pokazali tych wiedźm, czy co to tam było, tylko mam pytanie odnośnie Exists, czy pod koniec, tego faceta coś zabiło? bo tak kamerę odłożył że był widok na samochód, choć nie było nic widać a Sasquatch, odszedł, więc myślę że ten pod koniec przeżył :D

      Usuń
    3. SPOILER Też uważam, że Brian przeżył. Przeprosił Wielką Stopę za zabicie jej dziecka, szczerze tego żałował, więc darowała mu życie.

      Usuń