Stronki na blogu

niedziela, 31 maja 2015

„Let Us Prey” (2014)


Rachel Heggie rozpoczyna pracę, na nocnej zmianie, na posterunku policji w małym miasteczku. W drodze na dyżur jest świadkiem potrącenia samochodem mężczyzny przez młodego chłopaka, Caesara. Poszkodowany znika, a Rachel eskortuje kierowcę do celi. Wkrótce potem jej koledzy z pracy doprowadzają na posterunek potrąconego niedawno mężczyznę. Uporczywe milczenie zatrzymanego i niemożność poznania jego personaliów zachęca policjantów do zatrzymania go w areszcie na jedną noc pod zarzutem włóczęgostwa. Niedługo po osadzeniu tajemniczego mężczyzny w celi, policjantów i innych zatrzymanych zaczynają dręczyć wizje ich niechlubnych czynów z przeszłości. Rachel natomiast przypomina sobie traumatyczny okres z dzieciństwa, kiedy była więźniem psychopaty.

Brytyjsko-irlandzki horror początkującego w pełnym metrażu Briana O’Malley’a na podstawie scenariusza Davida Cairnsa i Fiony Watson. Reżyser podkreślał w wywiadach, że pragnął stworzyć ponadczasowy film grozy w duchu klasyki z lat 80-tych, tak aby opinia publiczna po samej realizacji nie była w stanie ocenić rzeczywistego wieku produkcji. Ambitny plan, jak na niedoświadczonego w pełnym metrażu artystę, ale chwali się, że O’Malley mierzy wysoko, nie zadowalając się półśrodkami (przynajmniej w swoich wyobrażeniach). Stylizacja na kino lat 80-tych udała się twórcom tylko w połowie. Z jednej strony mamy, bowiem parę efektów komputerowych, które nie prezentują się, jakby zostały wygenerowane w przedostatniej dekadzie XX wieku i mniej istotne szczegóły, jak na przykład model telefonu komórkowego Rachel. Ale z drugiej mamy klimat, który istotnie mogłaby stworzyć jakaś ekipa filmowców z lat 80-tych. Bez ziarna, jak na przykład w „Grindhouse: Death Proof” i „Grindhouse: Planet Terror” (tak dobrze to nie ma), ale za to z delikatnie wzorowanymi na horrorach z ostatnich dekad XX wieku oświetleniem, pracą kamery i ścieżką dźwiękową.

Już czołówka „Let Us Prey” wprowadza widzów w sugestywny klimat filmu – silnie skontrastowane zdjęcia ponurych krajobrazów, w kilku ujęciach rozciągających się w tle tajemniczego mężczyzny. Sprawia to wrażenie, jakbyśmy zostali wrzuceni w sam środek miasta-widmo, zamieszkanego przez jednego człowieka, dysponującego jakąś nadprzyrodzoną mocą. Kiedy zaczyna się właściwa akcja filmu okazuje się, że owe osobliwe odczucie nie mija się zanadto z prawdą. Poznajemy kilku bohaterów, ale poza tym nocna sceneria małego miasteczka prezentuje się, jakby wyjęto ją wprost ze „Strefy mroku”. Mieszkańcy zapewne już śpią, ale ta świadomość wcale nie zakłóca ogólnej impresji wymarcia niemalże całego społeczeństwa. Niemalże, bo na scenie „pozostali jeszcze” miejscowi policjanci i kilku aresztantów, z władającym niepokojącymi mocami bezimiennym mężczyzną na czele. Jego odciski palców odpowiadają liniom papilarnym zmarłego w latach 80-tych mężczyzny, a sam zainteresowany nie śpieszy się z objaśnianiem tej nieścisłości. Bez słowa sprzeciwu udaje się do celi, tak jakby już zawczasu przygotował sobie jakiś diabelski plan. I istotnie, późniejsze wydarzenia utwierdzają widzów w tym odczuciu. Scenarzyści szybko wyjawiają, że bezimienny mężczyzna to taka nowa wersja Andre Linoge’a z miniserialu „Sztorm stulecia”. Jestem przekonana, że pomysłodawcy fabuły wzorowali się na tej postaci, bo podobieństwa są aż nazbyt widoczne. Podobnie, jak Linoge więzień numer sześć biernie przyjmuje fakt swojego zatrzymania, również zna wszystkie grzeszki otaczających go ludzi i potrafi samą siłą woli wzbudzić w nich wyrzuty sumienia i popchnąć do samounicestwienia. Ale o ile w „Sztormie stulecia” mieliśmy całą gromadę ludzi, których złe uczynki nie były na tyle poważne, aby zasłużyli sobie na śmierć, to w „Let Us Prey” jedynie główna bohaterka, bardzo przekonująco wykreowana przez Pollyannę McIntosh zasłużyła sobie na sympatię odbiorców. Reszta dosyć szybko z pozytywnych bohaterów przeobraża się w czarne charaktery, których śmierci, w imię sprawiedliwości, wręcz się oczekuje. Nowy Linoge nie stosuje względem nich przemocy fizycznej. Korzystając ze swoich nadprzyrodzonych mocy stara się rozbudzić w nich głęboko skrywane destrukcyjne i autodestrukcyjne zapędy i pozwolić, aby sami doprowadzili się do zguby.

Lwia część akcji rozgrywa się wewnątrz mrocznego posterunku policji oraz w podziemnych zawilgoconych celach. Choć O’Malley nie ucieka się do zdecydowanych, niepokojących wstawek ingerencji nieznanego w znaną nam rzeczywistość samym gęstym klimatem, stworzonym dzięki ponurej kolorystyce i dudniącej ścieżce dźwiękowej generuje typową dla kina nadprzyrodzonego aurę niesamowitości. Dodatkowym smaczkiem jest kompilacja tego elementu ze scenami gore, lekko kiczowatymi, ale podejrzewam, że był to celowy zabieg, mający nasuwać skojarzenia z niskobudżetowymi horrorami z lat 80-tych. Wizje ofiar nowego Linoge’a nie tyle mają straszyć, co zniesmaczać. Na obytych z kinem gore widzach owe umiarkowanie drastyczne wstawki zapewne nie zrobią większego wrażenia, ale zamysł twórców powinien się ziścić w przypadku osób mniej zaznajomionych z krwawym kinem grozy. O’Malley nie tylko w retrospekcjach zahacza o gore, ale również w sekwencjach z teraźniejszości, które prezentują się jeszcze śmielej – między innymi poporcjowane ciało upchnięte w lodówce, odsłonięty mózg chłopaka i moim zdaniem najlepsza, choć najbardziej oszczędna w epatowaniu makabrą sekwencja z wiszącą kobietą. Twórcy, co prawda pokazali tylko jej nogi i plamę krwi rozlewającą się na podłodze, ale dzięki ciekawemu trickowi z oświetleniem owy mord najsilniej rozbudził moją wyobraźnię (sama dopowiedziałam sobie, jaki widok rozpościera się wyżej, a jak wiadomo to, co sobie wyobrazimy często przebija nawet najwymyślniejsze efekty specjalne). Żeby jednak nie było tak różowo jestem zmuszona zaznaczyć, że pomimo znakomitej realizacji „Let Us Prey” odrobinę traci na scenariuszu. Owszem, fabułę poprowadzono w taki sposób, aby rozbudzić zainteresowanie mniej wymagających widzów (czyli między innymi moje), ale tylko na czas seansu. Oprócz paru wstawek gore, które i tak zbytnio pomysłowe nie są, O’Malley nie pokazał tutaj nic, co miałoby szansę na dłużej zapaść w pamięć, a już na pewno nic, co w przyszłości kazałoby patrzeć na ten obraz przez pryzmat produkcji kultowej (do czego, jak sam przyznał reżyser zmierzał). Lekka stylizacja na horror z dawnych lat nie wystarcza, bowiem w obecnych czasach (i chwała za to) nie jest to już żadnym novum. Scenariusz pozostawiał pole nie tylko na mocniejsze uderzenia, ale również większą komplikację fabularną. Rozumiem, że O’Malley niczym twórcy kina grozy z lat 80-tych XX wieku stawiał na prostotę, ale kilka podatnych na wieloraką interpretację akcentów by nie zaszkodziło – jeśli już nie w środku seansu to przynajmniej w finale, który jest tak jednoznaczny i miałki, że już bardziej nie można.

W moim odczuciu cała obsada spisała się nadzwyczaj przekonująco, ale na największą pochwałę oprócz wspomnianej już Pollyanny McIntosh (gwiazdy między innym „Offspring” i „The Woman”) zasługuje kreacja więźnia numer sześć. Liam Cunningham w tej odsłonie był tak intrygująco tajemniczy wręcz charyzmatyczny, że aż nie mogłam oderwać od niego wzroku. Podobny zachwyt wzbudził we mnie Brian Vernel w roli aroganckiego, antypatycznie nastawionego do policji Caesara – mało doświadczony aktor, aczkolwiek mający zadatki na wyrazistą postać kina.

Pomimo silnej inspiracji „Sztormem stulecia” i braku bardziej wbijających się w pamięć rozwiązań fabularnych oraz efektów specjalnych polecę ten film. Ale tylko osobom nieoczekującym większych fajerwerków od kina grozy, akceptującym prostotę i wprost przepadającym za budowaniem dramaturgii za pośrednictwem mrocznego klimatu i umiarkowanie krwawych scen gore. Nic nadzwyczajnego, ale myślę, że istnieje szansa, iż „Let Us Prey” dostarczy trochę rozrywki, co poniektórym widzom.        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz