Stronki na blogu

środa, 20 maja 2015

„Obcy w naszym domu” (1978)


Rodzice, Julii Trent, giną w wypadku samochodowym. Dziewczyna wprowadza się do wujostwa Bryantów, którzy wychowują już trójkę swoich dzieci. Julia szybko asymiluje się w nowym miejscu, wpadając jednak w konflikt ze swoją nastoletnią kuzynką Rachel, która szybko zauważa, że z jej krewną jest coś nie tak. Przebiegła Julia pozyskuje sobie sympatię Bryantów i nastawia ich przeciwko Rachel. Powoli acz konsekwentnie odbiera kuzynce wszystko, na czym jej zależy, dzięki tajemniczym rytuałom, które odprawia w ich pokoju. Rachel nabiera przekonania, że Julia pragnie zniszczyć jej rodzinę i postanawia temu przeciwdziałać.

Telewizyjny horror Wesa Cravena, do którego scenariusz na podstawie książki Lois Duncan, pt. „Summer of Fear” napisali Glenn M. Benest i Max A. Keller. Po raz pierwszy film wyemitowała telewizja NBC w noc Halloween 1978 roku. W późniejszych latach był dystrybuowany w kinach i na kasatach wideo, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Dzisiaj „Obcy w naszym domu” praktycznie odszedł w zapomnienie, pomimo popularności jego reżysera. Winą za to można obarczyć niezadowalającą dystrybucję, ale do ostracyzmu masowych widzów mogły też przyczynić się niepochlebne opinie krytyków.

Wes Craven obiektywnie rzecz biorąc jest reżyserem nierównym. Oprócz takich perełek kina grozy, jak „Koszmar z ulicy Wiązów” i „Ostatni dom po lewej” zdarzało mu się kręcić delikatniejsze produkcje, skierowane również do nastoletnich odbiorców (seria „Krzyk”, „Śmiertelne błogosławieństwo”, „Przyjaźń na śmierć i życie”), nie wspominając już o jego mniej udanych współczesnych, mainstreamowych przedsięwzięciach („Przeklęta”, „Zbaw mnie ode złego”). Cokolwiek by nie powiedzieć o twórczości Wesa Cravena należy zaznaczyć, że potrafi opowiadać. Nieważne, czy mamy do czynienia z mocną historią o bestialskim gwałcie i krwawej zemście, czy oddaną w realiach młodzieżowych opowieścią o robocie, nienapuszony styl Cravena sprawia, że z przyjemnością obcuje się z jego twórczością. „Obcy w naszym domu” jest sztandarowym przykładem tej delikatniejszej, teen horrorowej działalności reżysera, bardziej nastawionej na walory stricte rozrywkowe, aniżeli straszenie, w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Zapewne dając się porwać popularności nominowanej do Oscara za kreację opętanej Regan MacNeil, Lindy Blair, Craven powierzył jej główną pozytywną rolę w „Obcym w naszym domu”, tym samym pod koniec lat 70-tych przyciągając przed małe ekrany rzeszę jej oddanych fanów. Przez wzgląd na charakter postaci Rachel, Blair nie miała szansy powtórzyć sukcesu z „Egzorcysty”, ale zrobiła wszystko, co było w jej mocy, żeby wywiązać się z zadania „spoczywającego na barkach” jej kreacji. Jako, że scenariusz „Obcego w naszym domu” zasadza się na pojedynku pomiędzy dwiema dziewczynami, tą dobrą i tą złą, twórcy byli zmuszeni położyć szczególny nacisk na ich pełną napięcia relację. Kiedy Julia (całkiem znośnie wykreowana przez Lee Purcell) wprowadza się do domu Bryantów życie jej nastoletniej kuzynki diametralnie się zmienia. Parająca się jazdą konną Rachel przygotowuje się do zawodów na grzbiecie swojego ukochanego zwierzęcia, Sundance’a, który agresywnie reaguje na obecność Julii. Ponadto dziewczyna spędza wolny czas ze swoim chłopakiem Mike’iem Gallagherem. Kiedy ma wybrać się z nim na imprezę dostaje wysypki, która zmusza ją do pozostania w domu. Zamiast niej Mike zabiera Julię, co jak można się tego spodziewać jest początkiem ich związku. To pierwszy sygnał dla Rachel, że jej kuzynka nie jest takim niewiniątkiem, na jakie się kreuje, ale w podejrzeniach ostatecznie utwierdza ją dopiero smutny koniec jej ukochanego konia oraz ślady przeprowadzanych w ich wspólnym pokoju dziwacznych rytuałów. Nastolatka, naturalną koleją rzeczy, próbuje przestrzec rodzinę przed Julią, ta jednak całą winą za ten konflikt obarcza Rachel. Jej starszy brat, Peter, w skrytości podkochuje się w kuzynce, a rodzice myślą tylko o zapewnieniu Julii przyjemnej przystani po niedawnej tragedii w jej życiu. Najmłodszy członek rodziny Bryantów, Bobby, nie odgrywa natomiast większej roli w tym dramacie. Prowadząc fabułę swojego filmu Craven wzorował się na Romanie Polańskim. Jak sam przyznał starał się stworzyć taką samą aurę paranoi i zaszczucia, jaką widział w „Dziecku Rosemary”, ale bądźmy szczerzy – chociaż udało mu się natchnąć całą intrygę odpowiednią dawką napięcia emocjonalnego klimatu jego filmu w żadnym wypadku nie można zestawiać z kunsztem Polańskiego. To nie ta liga. Siłą „Obcego w naszym domu” jest scenariusz, owszem miejscami naiwny, bez wątpienia przewidywalny, ale nieprzekombinowany i unikający nachalnego pretendowania do czegoś głębszego. Craven nie przykłada większej wagi do generowania mrocznej atmosfery, już bardziej bazuje na nasłonecznionych zdjęciach i pozornie sielankowych realiach, w które w pewnym momencie wkrada się coś nieznanego i śmiertelnie niebezpiecznego. Jak to często w jego filmach bywa zamienia idyllę w koszmar, ale nie w mocnym, zdecydowanym stylu, pełnym przerażających efektów specjalnych tylko z wykorzystaniem relacji międzyludzkich. Chwilami oczywiście zbacza w stronę większej dosłowności (wysypka Rachel, rekwizyty czarnoksięskie i rzecz jasna finał), ale chyba tylko w celu sporadycznego zdynamizowania fabuły. Prawdziwe napięcie przebija z pojedynku na słowa pomiędzy dwiema głównymi bohaterkami i wykluczenia Rachel z kręgów rodzinnych. Jakimś sposobem Julii udało się nastawić krewnych kuzynki przeciwko niej samej, sprawić, że to ona była postrzegana, jako prowokatorka wszystkich napięć w ich domu. Ten wątek scenariusza umożliwił Cravenowi stworzenie całkiem zgrabnej aury wyalienowania. Jeśli porównamy jej specyfikę do klimatu „Wzgórz mających oczy” jawi się bardzo pomysłowo. Otóż, nie mamy tutaj do czynienia z odcięciem od cywilizacji tylko zagubieniem we własnym domu, na spokojnej, malowniczej dzielnicy, w samym środku skupiska ludzkiego. Twórcy przy pomocy zdolności aktorskich Lindy Blair wręcz po mistrzowsku oddali wykluczenie Rachel, determinujące potrzebę odzyskania swojego dawnego życia i uwolnienia rodziny ze zgubnego wpływu demonicznej Julii.

Końcówka filmu, jak to w teen horrorach Wesa Cravena często bywa bazuje na większej dynamice, która w tym konkretnym przypadku przysłania wszystko inne. Podczas zdecydowanych prób uratowania bliskich przez Rachel i jej finalnego pojedynku z Julią nie czuje się większego zagrożenia. UWAGA SPOILER Głównie dlatego, że wszystko w prostej linii zmierza do przewidywalnego zakończenia, wręcz odrzucająco lukrowanego. W końcu przez cały seans mieliśmy do czynienia z horrorem w wersji lajt, skierowanym również do młodszy odbiorców, a więc należało się spodziewać happy endu. Scenarzyści, co prawda próbowali podratować finał ostatnim ujęciem, ale bez większego rezultatu. Raczej wątpię żeby tak ograny chwyt usatysfakcjonował wielbicieli kina grozy KONIEC SPOILERA.

Abstrahując od nieudanej końcówki „Obcego w naszym domu” ogląda się, jak marzenie. Bez strachu, bez zniesmaczenia, ale za to w całkiem sporym napięciu. Wesowi Cravenowi oczywiście nie udało się stworzyć aury paranoi na miarę „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, ale to co ostatecznie widzom zaproponował i tak broni się elektryzującymi relacjami międzyludzkimi, aurą wyalienowania w dosyć zaskakującej lokacji i rzecz jasna kreacją Lindy Blair. Czysta rozrywka, która dzięki temu, że nachalnie nie pretenduje do czegoś ambitnego znacząco uprzyjemnia wolny czas. Polecam fanom horrorów w delikatniejszej odsłonie.  

1 komentarz: