Stronki na blogu

środa, 9 września 2015

„The Blood Lands” (2014)


Ed i Sara postanawiają opuścić Londyn i spróbować wiejskiego życia. Kupują zaniedbany dom w Szkocji z dala od jakichkolwiek sąsiadów oraz przylegający do niego kawałek ziemi. Młode małżeństwo ma nadzieję, że zmiana otoczenia, nawet jeśli wiąże się z porzuceniem wielkomiejskich wygód, dobrze im zrobi. Jednak już w dniu przeprowadzki Sara przekonuje się, że wiejskie życie nie jest tak beztroskie, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Brak zasięgu i problemy z prądem w dzień nie są zbyt uciążliwe, ale w nocy kobieta czuje się nieswojo. Zaalarmowana dziwnymi hałasami rozlegającymi się w domu zaczyna panikować, czym irytuje męża. Chcąc uspokoić Sarę mężczyzna sprawdza posiadłość, ale nie znajduje żadnych nieproszonych gości. To jednak nie uspokaja jego żony, która wymusza na nim zejście do kuchni po świece. Dziwne odgłosy, które Sara słyszy parę minut później zmuszają ją do poszukiwań Eda. Wówczas odkrywa, że nie są w domu sami, że do środka wdarło się kilku mężczyzn z maskami na twarzach wyobrażającymi głowy świń.

Brytyjski thriller Symeona Halligana na podstawie scenariusza Iana Fentona, rzekomo zainspirowanego prawdziwymi wydarzeniami. Nie wiem, na której konkretnie historii opierali się twórcy, więc trudno mi orzec, w jakim stopniu „The Blood Lands” (funkcjonujący również pod tytułem „White Settlers”) odzwierciedla autentyczne wydarzenia, ale to istotnie tego rodzaju opowieść, która mogła wydarzyć się naprawdę. Klasyfikowana, jako mieszanka horroru i thrillera, choć zdecydowanie bliżej jej do tego drugiego gatunku, ciepło przyjęta na festiwalach filmowych produkcja, która celuje przede wszystkim w gusta wielbicieli home invasion i survivali.

Początek „The Blood Lands” dawał nadzieję, na co prawda konwencjonalny, acz solidnie zrealizowany dreszczowiec, który być może zaoferuje widzom parę niespodzianek. Częsty motyw w kinie grozy, przeprowadzka do nowego domu, w połączeniu z zapierającymi dech w piersi zdjęciami rozległych szkockich pastwisk i mrocznymi lokacjami zaniedbanego, wiekowego domostwa wskazywały na nieprzeciętne zdolności operatorów i wyczucie gatunku reżysera. Dalsze wprowadzające we właściwą akcję filmu sekwencje dodatkowo mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Naturalne piękno okolicy, w której zdecydowało się zamieszkać młode małżeństwo w dzień tchnęło spokojem i malowniczością, sprawnie oddaną za pośrednictwem silnie skontrastowanych zdjęć. Jednak tuż po zapadnięciu zmroku to, co tak zachwycało za dnia zaczęło sprawiać iście złowieszcze wrażenie. Niepokojące odgłosy, gęsta ciemność rozpraszana nikłym światłem z latarek i przytłaczająca alienacja mieszczuchów, którzy zapragnęli zakosztować wiejskiego życia. Przed wyjawieniem prawdziwej natury zagrożenia Halligan uczynił absolutnie wszystko, aby wygenerować pełen podskórnej grozy i emocjonalnego napięcia klimat zaszczucia. Podczas wędrówek Sary i Eda po ciemnym domostwie z prawdziwą zręcznością zrównoważył środki ciężkości, potęgując i rozładowując atmosferę w najwłaściwszych momentach. Gdyby dalsze partie scenariusza utrzymać w takim duchu, przeciągać w czasie obnażenie zagrożenia czyhającego na Anglików i zbudować akcję na sygnalizowaniu obecności nieproszonych gości „The Blood Lands” wypadłby o wiele lepiej. Niestety, chwila w której pojawiają się zamaskowani mężczyźni jest równocześnie momentem, w którym cała wypracowana wcześniej aura niezdefiniowanego zagrożenia dosłownie wyparowuje. Z klasycznego home invasion film Halligana przekształca się w schematyczny survival. Chaotyczna, pozbawiona napięcia bieganina po okolicznym lasku, sporadycznie przerywana umiarkowanie krwawymi ujęciami, z których można wyróżnić rozbijanie głowy i przecięcie ścięgna Achillesa. Właściwie do tego sprowadza się cała akcja filmu. Halligan zauważalnie próbował poruszyć tutaj problem imigrantów, brak akceptacji ze strony rodowitych mieszkańców Szkocji względem przyjezdnych, ale nawet to jakże aktualne przesłanie nie uratowało w moich oczach miałkiej fabuły. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Halligan nie tylko nie miał własnego pomysłu na rozwinięcie tej historii (nawet nie starał się urozmaicić czymś zaskakującym liniowej akcji), ale zabrakło mu inwencji również w kreowaniu postaci napastników (których personalia łatwo rozszyfrować już na początku). Maski wyobrażające głowy świń? Ktoś tu chyba przedawkował „Piłę”… Cóż, o wiele bardziej podobają mi się filmy z czasów, w których filmowcy starali się przerazić widzów pomysłowymi maskami. Slashery z lat 70-tych i 80-tych pod tym kątem wypadają nieporównanie lepiej, niż te współczesne rąbanki, w których maski oprawców zamiast niepokoić zwyczajnie śmieszą.

Główne role przypadły w udziale Pollyannie McIntosh i Lee Williamsowi, ale ich warsztat okazał się niestety tak samo pozbawiony wyraźniejszych emocji, jak i cała druga partia filmu. McIntosh zdecydowanie lepiej sprawdza się w roli kanibala w adaptacjach prozy Jacka Ketchuma – nie dla niej kreacje grzecznych dziewczynek ściganych przez zwyrodnialców. Nawet rozumiem niemożność wczucia się aktorów w postacie, które przyszło im kreować. Może oni również zauważyli brak większej inwencji twórców, swego rodzaju pójście na łatwiznę w warstwie fabularnej i zbyt małą dbałość o napięcie i atmosferę zdefiniowanego zagrożenia w drugiej części seansu. Mógł z tego wyjść naprawdę solidny dreszczowiec, gdyby tylko cały pomysł na scenariusz nie zasadzał się na koncepcji „oni ich gonią, oni uciekają”, bo podejrzewam, że taki zamysł znuży nawet najbardziej zdeterminowanych fanów home invasion i survivali. Pewnie nie wszystkich - jak zawsze znajdą się wielbiciele tej produkcji, ale nie spodziewam się, żeby „The Blood Lands” zaskarbił sobie ogromną rzeszę oddanych sympatyków.

Kolejny przykład thrillera pokazującego, jak łatwo zaprzepaścić wszystko, co sobie wypracowano w początkowej partii filmu. Złowieszczy, pełen napięcia klimat twórcy z pełną determinacją niszczą wyjawieniem natury zagrożenia czyhającego na protagonistów, co jeszcze dałoby się naprawić, gdyby nie ich śmieszne maski i chaotyczny sposób działania. Oprawcy zamiast wzbudzać we mnie niepokój wywoływali zażenowanie, a cała akcja (sfinalizowana w najgorszy możliwy sposób) zamiast elektryzować zwyczajnie mnie usypiała. Naprawdę szkoda, bo początkowe sceny filmu zapowiadały naprawdę godną uwagi produkcję. Profesjonalna praca operatorów w moim mniemaniu została zmarnowana przez miałki scenariusz, ale jak już wspomniałam nie wykluczam, że taka koncepcja znajdzie swoich sympatyków.        

2 komentarze:

  1. ,,Oni ich gonią, oni uciekają'' - tak pasjonujące, że materiału starcza na kwadrans :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając początek Twojego wpisu, fabuła wydaje się być bardzo konwencjonalna... Dobrze, że wytrwałem i przeczytałem całą treść:) Kolejny dreszczowiec do sprawdzenia!

    OdpowiedzUsuń