Stronki na blogu

niedziela, 2 kwietnia 2017

„Bye Bye Man” (2017)

Studenci, Elliot, Sasha i John, decydują się zamieszkać poza kampusem w wynajętym domu. Wybierają trochę zaniedbany piętrowy budynek w spokojnej dzielnicy, nieświadomi jej krwawej historii. W 1969 roku pewien dziennikarz zabił kilka osób mieszkających w tej okolicy, po czym popełnił samobójstwo. Po zadomowieniu się w nowym miejscu Elliot znajduje w szufladzie nocnego stolika powtarzającą się odręcznie napisaną przestrogę: nie mów, nie myśl. Pod nią natrafia na imię Bye Bye Man. Podczas seansu spirytystycznego zorganizowanego przez znajomą Sashy, Kim, Elliot zdradza pozostałym personalia tajemniczej istoty, nie wiedząc jeszcze, że tym posunięciem sprowadza na nich wielkie niebezpieczeństwo. U Sashy już nazajutrz pojawiają się oznaki jakiejś choroby, którą początkowo tłumaczy zwykłym przeziębieniem. Ponadto cała trójka miewa halucynacje. Elliot z czasem nabiera pewności, że sprawcą ich nieszczęść jest Bye Bye Man. Istota, której imienia nie wolno wymawiać, nie można nawet o nim myśleć, jeśli chce się ujść z życiem.

Stacy Title w pełnym metrażu debiutowała w 1995 roku czarną komedią „Kolacja z arszenikiem”. W późniejszym okresie wyreżyserowała jeszcze trzy filmy w tym wątpliwej jakości horror komediowy pt. „Piekielne sąsiedztwo”. Pod koniec 2015 roku wzięła na warsztat scenariusz horroru nadprzyrodzonego doprawionego nutką stylistyki slash autorstwa jej męża Jonathana Pennera. Artysta inspirację czerpał z rzekomo autentycznej historii napisanej przez Roberta Damona Schnecka zatytułowanej „The Bridge to Body Island” i zamieszczonej w jego książce „The President's Vampire: Strange-but-True Tales of the United States of America”. Pierwotnie planowano, że zrealizowana za ponad siedem milionów dolarów adaptacja tego utworu w reżyserii Stacy Title będzie miała swoją premierę jeszcze w 2016 roku, ale ostatecznie pokazano ją dopiero w styczniu roku 2017, czyli ponad rok po jej zrealizowaniu. „Bye Bye Manowi” udało się „na siebie zarobić” (dotychczasowe wpływy szacuje się na trochę ponad dwadzieścia cztery miliony dolarów), ale zarówno krytycy, jak i zwykli amerykańscy odbiorcy w zdecydowanej większości nie szczędzili cierpkich słów pod jego adresem. Może obiecujące materiały promocyjne nazbyt spotęgowały ich oczekiwania względem „Bye Bye Mana”. W każdym razie mnie najnowsze przedsięwzięcie Stacy Title pozytywnie zaskoczyło.

„Bye Bye Man” to kolejny amerykański horror bazujący na motywach dobrze znanych fanom gatunku i to nie tylko z jednego konkretnego nurtu. Scenariusz Jonathana Pennera oferuje nam swoisty miks wyświechtanych rozwiązań fabularnych najczęściej kojarzonych z horrorami nastrojowymi, psychologicznymi i slasherami. Rozrzut całkiem spory - powiedziałabym nawet, że w koncepcji scenarzysty unaocznia się niejakie pragnienie poeksperymentowania z kliszami, nadania nowego wymiaru popularnym konwencjom. Ograniczające się jednak jedynie do połączenia wątków typowych dla przynajmniej trzech różnych podgatunków horroru w jedną sensowną całość. Bo z tego miszmaszu rodzi się naprawdę zgrabna na gruncie tekstowym, całkiem emocjonująca opowieść o tajemniczej istocie zwanej Bye Bye Manem. Nie chcę przez to powiedzieć, że produkcja została nakręcona z myślą o poszukiwaczach skrajnie przerażających obrazów, dla których jedynym wyznacznikiem jakości horroru jest wielkość dawki strachu, jakiej zdoła im on dostarczyć. Nie, „Bye Bye Man” z całą pewnością nie jest skierowany do wspomnianej grupy odbiorców – moim zdaniem o wiele lepiej odnajdą się w nim ci, którzy szukają czegoś lżejszego ze szczególnym wskazaniem na wielbicieli wszelkiej maści horrorów młodzieżowych. Właśnie w takowych realiach osadzono fabułę „Bye Bye Mana”. Czołowymi bohaterami filmu są studenci: Elliot (dobra kreacja Douglasa Smitha), który po śmiertelnym w skutkach wypadku rodziców jest „doglądany” przez starszego brata Virgila pozostającego w związku małżeńskim, owocem którego jest mała Alice; dziewczyna Elliota Sasha, która tak samo jak on pragnie jak najszybciej zakosztować „dorosłego życia” u boku ukochanego oraz najlepszy przyjaciel tego pierwszego, John. Cała trójka wprowadza się do wynajętego domu usytuowanego w zacisznej okolicy, w którym zgodnie z tradycją kina grozy niebawem zacznie dziać się coś niedobrego. Początkowo twórcy próbują nas przekonać, że będziemy mieć do czynienia z klasyczną ghost story, niczym niewyróżniającą się na tle niezliczonych reprezentantów tego nurtu. Najdobitniej wskazuje na to seans spirytystyczny, jeden z najczęstszych motywów filmowych opowieści o duchach, w którym rolę medium pełni rówieśnica pierwszoplanowych postaci imieniem Kim. Jednak już przebieg prologu i dziwaczne znalezisko Elliota każą podejrzewać, że siła, z którą przyjdzie zmierzyć się protagonistom nie jest osadzona tak silnie w tradycji ghost stories jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Szkaradna postać dręcząca bohaterów filmu nasuwa na myśl Candymana, jednego z najpopularniejszych slasherowych morderców. A właściwie to nie sama postać, bo ta odznacza się zupełnie inną aparycją (charakteryzatorzy stworzyli całkiem wiarygodne, dosyć upiorne oblicze zakapturzonej istoty) tylko sposób jej przywołania. Aby sprowadzić na siebie zagrożenie uosabiane przez czarnoskórego mordercę z hakiem w miejscu dłoni należało pięć razy wypowiedzieć przed lustrem jego przydomek. Łatwo było więc uniknąć koszmarnego spotkania z Candymanem. W nieporównanie trudniejszej sytuacji zostają postawieni bohaterowie filmu Stacy Title, bo w przypadku Bye Bye Mana wystarczy pamięć o jego imieniu – każdorazowe wypowiedzenie nawet w myślach jego personaliów zwiększa zagrożenie z jego strony. Pamięć sprawia, że rośnie w siłę. Jest jak nieuleczalna choroba szukająca sposobu na błyskawiczne rozprzestrzenienie się po świecie. Przypomina to crossover Ronny'ego Yu zatytułowany „Freddy kontra Jason” - jak pamiętamy tam Krueger również szukał sposobu na przypomnienie mieszkańcom miasta o swoim istnieniu, pamięć o nim również sprawiała, że rósł w siłę. W scenariuszu „Bye Bye Mana” można się także doszukiwać wpływu „Babadooka”, w końcu jego moc objawia się zdolnością wywoływania halucynacji u swoich ofiar. Wizji tak realistycznych, że znacznie utrudniających protagonistom rozeznanie się w twardej rzeczywistości. Omamy jakich doświadczają bohaterowie filmu Stacy Title mogą wywoływać w widzach ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony charakteryzują się całkiem sporą śmiałością (a w dwóch przypadkach nawet dużą pomysłowością), kamera nie ucieka przed „chorobliwymi imaginacjami”, aczkolwiek ich wykonanie pozostawia już wiele do życzenia. Moment, w którym z oka Kim wypełza wijący się robaczek moim zdaniem odznacza się największą innowacyjnością (nie widziałam jeszcze czegoś takiego na ekranie), ale efekt nieco psuje widoma ingerencja komputera. Obdarte ze skóry, ogromne zwierzę (pies?) co jakiś czas przemykające po ciemnych pomieszczeniach feralnego domostwa również cechowało się niejaką pomysłowością i także nie prezentowało się tak realistycznie, jakbym tego chciała, bo i w tym przypadku filmowcy postanowili wspomóc się sztuczną grafiką komputerową. Wizualnie dużo lepiej prezentowały się między innymi krwiste oczodoły Carrie-Anne Moss i poharatane dziewczę zbliżające się do przerażonego chłopaka. Natomiast ujęcie płonącej Faye Dunaway było tak kiczowate, że zwyczajnie nie mogłam powstrzymać głośnego śmiechu. Ucieszyła mnie za to obecność w obsadzie dwóch dopiero co wspomnianych aktorek, którym co prawda nie dano dużego pola do popisu, ale i tak udało im się uświetnić tę produkcją swoją znakomitą grą.

Ze wszystkich wizualnych wtrętów silnie zakorzenionych w tradycji kina grozy najbardziej przekonały mnie manifestacje tytułowego antybohatera, zwłaszcza jego nocne objawienia na użytek zaspanego Elliota. Wyrastający z czarnego płaszcza wiszącego na ścianie naprzeciwko łóżka bladolicy Bye Bye Man robił całkiem upiorne wrażenie – jeden moment zdołał nawet na mgnienie oka unieść mnie z fotela. W tamtej chwili twórcy zabłysnęli idealnym wyczuciem czasu, dynamizując wstawkę akurat w tym ułamku sekundy, w którym absolutnie nie byłam na to przygotowana. Nie udało im się jednak wypracować więcej równie skutecznych jump scenek, chociaż kilka razy próbowali. Na przykład w migawkowych ujęciach okaleczonej twarzy agresora. Coś podobnego mieliśmy już chociażby w „Egzorcyście”, gdzie styl oczywiście był nieporównanie lepszy, bo niepokojący, a nie starający się przede wszystkim poderwać widza z fotela. O wiele większą wprawą filmowcy wykazali się w kwestii budowania napięcia podczas sekwencji poprzedzających spodziewany atak. Współcześni twórcy kina grozy rzadko cechują się na tyle dużą cierpliwością w budowaniu tego typu scen żebym miała jakąkolwiek szansę całkowicie wczuć się w daną złowieszczą sytuację. Najczęściej zbytni pośpiech odziera zwiastuny bezpośredniego zagrożenia życia pozytywnych bohaterów z wszelkiej dramaturgii, przez co kulminacje często nie są tak żywotne, jak być powinny. Tymczasem Stacy Title z pomocą swojej ekipy uraczyła mnie kilkoma przyzwoicie sportretowanymi samotnymi wędrówkami bohaterów po w miarę ciemnych pomieszczeniach, w których da się odczuć jakąś tajemniczą obecność. Nieśpieszna praca kamer i miejscami wręcz dojmująca cisza znacznie intensyfikują napięcie, chociaż zdjęciom przydałoby się trochę więcej mroku – nie zaszkodziłoby gdyby chociaż w kątach zalegała atramentowa czerń, bo pozwoliłoby to przynajmniej co poniektórym widzom z większą trwogą wypatrywać tam jakiegoś szkaradnego intruza. Od strony technicznej „Bye Bye Man” nie prezentuje się więc jakoś szczególnie zachwycająco (podejrzewam, że efekt byłby lepszy, gdyby twórcy dysponowali mniejszym budżetem), aczkolwiek o jakimś żenująco niskim poziomie również nie może być mowy. Za to fabułę prowadzono z taką płynnością, że nie mogłam narzekać na dotkliwy niedosyt wrażeń. Liczyłam na lekki horror młodzieżowy, który mogłabym śledzić z na tyle dużą ciekawością, aby nie odczuwać nieodpartej potrzeby przerwania seansu i w gruncie rzeczy dokładnie to dostałam. Ze znanych i lubianych przeze mnie motywów kinematografii grozy sklecono całkiem interesującą opowieść, choć poszukiwacze artystycznych innowacji najprawdopodobniej nie będą zadowoleni z kierunku obranego przez Jonathana Pennera. Mam jednak nadzieję, że znajdą się widzowie, którym uda się docenić chociaż niewymuszoną płynność, z jaką scenarzysta naprzemiennie przechodzi od jednego niewyszukanego wątku do drugiego. I oczywiście zauważyć grację, jaką wykazał się w tworzeniu tytułowego antybohatera, posiadającego w sobie cechy innych znanych filmowych morderców i wszelkiej maści maszkar wzbogacone nutką inwencji (nie myśl), która z całego wachlarza składowych tej kreacji bodaj najsilniej wzmaga poczucie zagrożenia, okraszonego odrobiną paranoi. A to wszystko bez bzdurnego przekombinowania na płaszczyźnie fabularnej – bez natarczywych zabiegów tego rodzaju, które podkopywałyby wiarygodność tej postaci bądź wprowadzały poczucie obserwowania nielogicznego, naprędce skleconego ciągu zdarzeń. Końcowych partii „Bye Bye Man” również nie potrafię nie docenić, bo choć twórcy nie zaserwowali mi wówczas prawie nic, czego bym się już od dłuższego czasu nie spodziewała (poza finalizacją jednego pojedynku), to faktem jest, że mogli to zamknąć w dużo bardziej niepożądany sposób. UWAGA SPOILER Swoją drogą najbardziej zaskoczyła mnie moja reakcja na końcowe wydarzenia - pierwszy raz krzyczałam do lubianego przeze mnie fikcyjnego bohatera, żeby się zabił KONIEC SPOILERA.

Moje zapatrywania na „Bye Bye Mana” Stacy Title jak na tę chwilę plasują się w zdecydowanej mniejszości – reakcje większej części widzów, którzy mieli już okazję zobaczyć tę produkcję odbiegają od mojego dosyć przychylnego spojrzenia na owo przedsięwzięcie. Horrorem idealnym „Bye Bye Man” na pewno nie jest, ale w kategoriach lżejszego młodzieżowego straszaka moim zdaniem nie wypada wcale tragicznie. Na tle sobie podobnych współczesnych tworów w mojej ocenie nawet nieco wybija się ponad średnią, do czego najsilniej przyczyniły się intrygujący, acz niezbyt odkrywczy scenariusz, sympatyczni bohaterowie i ciekawy czarny charakter oraz nagromadzenie napięcia (choć oczywiście mogło być ono dużo potężniejsze). Największym błędem twórców z mojego punktu widzenia była ingerencja CGI – bez efektów komputerowych makabryczne wstawki zyskałyby na wiarygodności, co w rezultacie mogłoby się przyczynić do zwiększenia liczby osób pozytywnie odbierających ten obraz.

Za przedpremierowy seans bardzo dziękuję portalowi

Polska premiera 7 kwietnia 2017 roku na Cineman VOD http://www.cineman.pl/filmy/Filmy,Mocne-kino,Horror/Bye-Bye-Man

4 komentarze:

  1. Krzyczałaś, mówisz? Hah, chciałabym to zobaczyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zdarza mi się krzyczeć do niektórych bohaterów filmów (polityków zresztą też) i jakoś nie rusza mnie to, że i tak mnie nie słyszą:D

      Usuń
  2. Buffy, Ty masz naprawdę pecha do plagiatorów. Przypadkowo znalazłem post dziewczyny, który jest niemal idealną kopią Twojej recenzji filmu Bye Bye Man. Dziewczyna jest na tyle bezczelna, że w odpowiedziach na liczne pozytywne opinie dotyczące "jej" posta można znaleźć takie kwiatki jak: "moja recenzja", "napisałam to w recenzji", "starałam się zawrzeć w niej co najważniejsze". Jedyną rzeczą jaką ta plagiatorka zrobiła sama było wygooglowanie kadrów z filmu i wyrzucenie jednego akapitu z Twojej recenzji. Oto dowód:
    http://black-bird-says.blogspot.com/2017/09/recenzja-filmu-bye-bye-man.html

    Stały, znany Ci czytelnik, tym razem anonimowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, rzeczywiście pech;)
      Dziękuję ślicznie za cynk! Naprawdę, jestem Ci bardzo wdzięczna.

      Usuń