Stronki na blogu

środa, 26 kwietnia 2017

„Rings” (2017)

Niedługo po wyjeździe jej chłopaka Holta na studia z Julią kontaktuje się jego znajoma z uczelni. Słowa studentki niepokoją Julię, do tego stopnia, że po nieudanych próbach nawiązania kontaktu z chłopakiem jedzie na uczelnię. Szybko odkrywa, że jeden z wykładowców Holta, Gabriel, angażuje wybranych studentów do swoich badań, przedmiotem których jest przeklęty filmik. Siedem dni po jego obejrzeniu nieszczęśnik umiera, chyba że wcześniej zrobi kopię i pokaże ją komuś innemu. Julia dowiaduje się, że Holt był jedną z pierwszych osób, której Gabriel pokazał film, w związku z czym zostało mu tylko kilkanaście godzin życia. Dziewczyna decyduje się przejąć od niego to brzemię, a wkrótce potem okazuje się, że nie może się go pozbyć w taki sposób, jak czynią to pozostali widzowie tajemniczego filmu. Julię zaczynają nawiedzać niepokojące wizje, które mają ścisły związek ze zdjęciami zawartymi na przeklętym nagraniu. Dziewczyna dochodzi do wniosku, że jedynym ratunkiem dla niej jest podążenie za owymi wskazówkami, a więc zgłębienie historii Samary Morgan, zmarłej przed wieloma laty dziewczynki, która przedostaje się do świata żyjących, aby sprowadzać śmierć na tych widzów feralnego filmu, którym nie udało się w porę pozbyć przekleństwa.

Wziąwszy pod uwagę popularność remake'u (2002) japońskiego „The Ring” (1998) opartego na powieści Kojiego Suzuki i w mniejszym stopniu sequela remake'u z 2005 roku wyreżyserowanego przez twórcę pierwszej filmowej wersji tej historii, Hideo Nakatę, wprost zdumiewa fakt, że amerykańska branża filmowa czekała aż dwanaście lat z pokazaniem kolejnej części tej historii. Wraz z zapowiedziami „Rings” w reżyserii F. Javiera Gutierreza pojawiły się plotki na temat jego spodziewanego umiejscowienia w szeregu. Przez pewien czas opinia publiczna była przekonana, że najnowszy horror o przeklętej kasecie produkcji amerykańsko-kanadyjskiej będzie prequelem tj. jego scenariusz będzie koncentrował się na wydarzeniach zaistniałych przed tymi, które mieliśmy okazję zobaczyć w „The Ring” z 2002 roku. Ale F. Javier Gutierrez z czasem poinformował zainteresowanych, że jego produkcja będzie kolejnym sequelem, którego akcja rozgrywać się będzie w czasach współczesnych, czyli kilkanaście lat po wydarzeniach zaprezentowanych w poprzednich dwóch amerykańskich odsłonach „The Ring”. Pieczę nad projektem objęła wytwórnia Paramount, której ówczesny wiceprezes, Rob Moore, dał opinii publicznej jasno do zrozumienia, że jeśli „Rings” sprosta oczekiwaniom można spodziewać się kolejnych sequeli. Osoba, która niedawno przejęła stanowisko Moore'a niczego nie obiecuje, co może być spowodowane chłodnym przyjęciem „Rings” F. Javiera Gutierreza. Choć z drugiej strony w branży filmowej liczą się przede wszystkim zyski (zwłaszcza w jej mainstreamowej odnodze, do której „Rings” przynależy), a w tym przypadku można chyba mówić o kasowym sukcesie. Na całym świecie jak dotychczas „Rings” zarobił ponad osiemdziesiąt milionów dolarów przy budżecie sięgającym dwudziestu pięciu milionów dolarów, do czego w znacznej mierze przyczyniły się podpięcie pod znany i lubiany tytuł oraz szeroko zakrojona kampania reklamowa.

Już na etapie zapowiedzi „Rings”, jeszcze przed obejrzeniem produkcji F. Javiera Gutierreza byłam przekonana, że nie uda mu się dorównać nawet słabszemu sequelowi remake'u, nie wspominając już o dziele Gore'a Verbinskiego z 2002 roku. Teraz cieszę się ze swojego wrodzonego pesymizmu, bo podejrzewam, że gdybym zasiadła do „Rings” z jakimikolwiek, choćby minimalnymi nadziejami to najprawdopodobniej miałabym duże trudności z dotrwaniem do końca seansu. Nie miałam żadnych wątpliwości, że współczesny wysokobudżetowy straszak nie zdoła dorównać bezbłędnej atmosferze spowijającej wszystkie kadry remake'u „The Ring”, dlatego też nie zareagowałam rozczarowaniem na (nie licząc kilku rzadkich zrywów) toporne budowanie klimatu. Metaliczna kolorystyka tak widowiskowo eksploatowana w produkcji Gore'a Verbinskiego w „Rings” uwidacznia się jedynie w sporadycznych migawkach, bowiem twórcy trzeciej amerykańskiej odsłony byli bardziej zainteresowani technicznym ukłonem w stronę standardowego poziomu współczesnych horrorów głównego nurtu. W ten oto sposób dostaliśmy obraz, który wizualnie praktycznie niczym nie wyróżnia się na tle niezliczonych mainstreamowych przeciętniaków zalewających współczesny rynek filmowego horroru. Co prawda odnajdziemy w nim jakieś przebłyski zagęszczającego się mroku, ale bez śmiałości, która pozwoliłaby wyzbyć się przekonania o denerwującej powściągliwości twórców – postawie każącej sądzić, że za punkt honoru obrali sobie łagodzenie wydźwięku swojej produkcji. Jedynymi sekwencjami, które mogę uznać za dobitniejsze nawiązanie do kolorystyki amerykańskich poprzedników „The Ring” były przeklęte filmiki, zarówno ten zapożyczony z poprzednich odsłon, jak i ten nowy, mniej makabryczny, ale utrzymany w duchu tego doskonale znanego fanom rzeczonej historii. Inny takowy moment ma miejsce w dalszej partii seansu, tuż po dotarciu czołowej pary na cmentarz usytuowany w małym miasteczku, a ściślej po wpełznięciu Julii do ciasnego grobowca. Jeśli zaś chodzi o samą koncepcję, w oderwaniu od oprawy wizualnej (o ścieżce dźwiękowej nawet nie wspominam, bo jak na współczesny mainstream przystało ani razu nie odgrywa znaczącej roli) najciekawszym pomysłem wydało mi się wyłonienie się Samary z telewizora przylegającego ekranem do podłogi. Szkoda tylko, że klimat nie nadążał za akcją, bo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że twórcy zamiast skupić się na przytłaczaniu widza groźbą przebijającą z półmroku spowijającego pierwszy plan zajęli się tylko i wyłącznie centralnym punktem powierzonym przemoczonej, długowłosej zjawie w starej koszuli nocnej. Której charakteryzacja nie odstaje od tych widzianych w poprzednich dwóch odsłonach amerykańskiego „The Ring”, aczkolwiek nie da się nie zauważyć braku wymyślnego montażu, dzięki któremu ruchy Samary mogłyby zyskać na potworności. Właściwie to nie wiem, dlaczego nie wzbogacono akcji długimi „pajęczymi” chodami pokracznej zjawy. Początkowo myślałam, że było to podyktowane miernymi predyspozycjami zatrudnionych montażystów, ale idealnie zmontowany zlepek makabrycznych ujęć wplecionych w finalny pojedynek uświadomił mi, że trwałam w błędnym przekonaniu. Może więc odpowiedzi należy upatrywać w koncepcji scenarzystów, w ich uporczywym dążeniu do zepchnięcia feralnego nagrania i co za tym idzie manifestacji Samary Morgan na dalszy plan (w dwóch poprzednich częściach, a zwłaszcza w remake'u nie było ich bardzo dużo, ale środki ciężkości zostały tak rozłożone, żeby ich wspomnienie nieustannie towarzyszyło oglądającemu), celem podążenia jakże mocno wyeksploatowaną ścieżką usianą koszmarnymi wizjami głównej bohaterki.

Nad scenariuszem „Rings” pracowały trzy osoby, David Loucka, Jacob Estes i Akiva Goldsman, może więc dlatego nieustannie towarzyszyło mi poczucie nieskoordynowanego, zupełnie niepotrzebnego pomieszania z poplątaniem, którego części składowe w zamyśle mające zaskoczyć odbiorcę i tak okazały się aż nazbyt łatwe do przewidzenia. Stąd mój wniosek o zbędności wszelkich kombinacji zastosowanych przez scenarzystów. Zamiast skutecznie zaciemniać wyjaśnienie całej intrygi równocześnie podsycając ciekawość, nachalnie nakierowywały mnie na właściwe tropy i to w taki sposób, że ze sceny na scenę moje i tak nieduże zainteresowanie dalszym rozwojem akcji konsekwentnie spadało. Żeby tego było mało unaoczniony w początkowych partiach filmu wyraźny brak zdecydowania ze strony scenarzystów i późniejsza znikoma rozbudowa osobowości czołowych postaci owocowały moim zdystansowaniem od „koszmaru”, któremu przyszło mi świadkować. Najpierw widzimy atak Samary na samolot, na którego pokładzie znajduje się młody mężczyzna będący właściwym celem nieustępliwej zjawy. Potem akcja przeskakuje o dwa lata do przodu – wówczas widzimy zakup przez wykładowcę uniwersyteckiego, Gabriela, któremu towarzyszy jedna z jego studentek Skye, magnetowidu należącego niegdyś do chłopaka pokazanego w prologu, w którym znajduje się przeklęta kaseta. Po obejrzeniu przez profesora rzeczonego nagrania akcja skupia się na parze młodych ludzi, Julii i Holcie (płynność tego przejścia wespół z sielską otoczką sprawiły, że początkowo sądziłam, że mam do czynienia z retrospekcjami z życia młodego chłopaka zaatakowanego na pokładzie samolotu podczas wstępnych scen). On wyjeżdża na studia, natomiast ona zostaje w domu, aby zaopiekować się matką. Zanim jednak ma szansę sprawdzić się w roli opiekunki zostaje zmuszona do rozpoczęcia poszukiwań swojego chłopaka. Tuż po dotarciu na uczelnię odkrywa, że Holt wziął udział w eksperymencie prowadzonym przez jednego z jego profesorów, znanego już widzom Gabriela. I kiedy już, już wydaje się, że dostaniemy historię o klasycznym burzycielu, który bezlitośnie wykorzystuje swoich studentów, sprowadza na nich wielkie niebezpieczeństwo w imię „wyższych celów”, scenarzyści serwują nam kolejny gwałtowny skręt w stronę... No cóż, na pewno nie tego, co można by uznać za niski ukłon w stronę najlepszych części składowych problematyki „The Ring”. Może jestem staroświecka, ale uważam, że zastąpienie VHS-ów plikami avi odarło ten element z charakteru. I nie pomogło nawet przekonanie, że rozwój technologii sprawił, iż przed Samarą rozpostarły się nowe możliwości, czyli innymi słowy zagrożenie z jej strony znacznie wzrosło. Z mojego punktu widzenia nie na tym jednak zasadza się problem scenariusza „Rings”, dużo bardziej dotkliwie odczułam silne skupienie twórców na wizjach głównej bohaterki, czyli motywie, który nijak nie można uznać za oryginalny. Brak większej inwencji nie przeszkadzałby mi zanadto, gdyby w środkowej partii filmu nie zepchnięto Samary i feralnych nagrań poza nawias i wystarano się o coś bardziej charakterystycznego od między innymi spacerów widmowej postaci po poboczu i drodze, widoku zdychającego ptaka, czy starych drzwi w jakimś tajemniczym domu. Na plus odnotuję natomiast dobrze znany fanom „The Ring” incydent z wyciąganiem włosów z gardła, całkiem ciekawie (dla wielu pewnie odrażająco) sfinalizowany. Samo śledztwo Julii, wykreowanej przez Matildę Annę Ingrid Lutz i jej chłopaka Holta, w którego wcielił się Alex Roe, wolałabym przemilczeć, bo jedyne co z niego zapamiętałam to ciąg doprawdy nudnawych i przewidywalnych wydarzeń, w centrum których stały postacie właściwie pozbawione indywidualności. Mam nadzieję, że scenarzyści nie roili sobie, że tak nijaka kobieca postać ma szansę dorównać zjawiskowej Rachel Keller, w dodatku wykreowanej przez aktorkę władającą nieporównanie lepszym warsztatem od Lutz, bo to świadczyłoby o ich niebotycznej wręcz naiwności.

Rings” ma kilka momentów, które mogę spokojnie uznać za udane. Może nie zawsze w całości, ale powiedzmy, że jakość wspomnianych wstawek jest na tyle zadowalający, żeby nie budzić we mnie skrajnej irytacji. Gdyby było ich więcej moja ocena omawianego obrazu F. Javiera Gutierreza najprawdopodobniej byłaby o wiele bardziej przychylna. Ze względu jednak na to, że scenariusz koncentrował się na zupełnie niewciągającym śledztwie, mało charakterystycznych wizjach i kombinacjach, które zamiast stanowić smaczne dopełnienie wątków z poprzednich odsłon oddalają się od tego co w „The Ring” najlepsze tylko po to, żeby utonąć w odmętach pospolitości, nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu do tego przedsięwzięcia. W porównaniu do fabuły uchybienia w warstwie technicznej były dla mnie dużo mniej bolesne, co wcale nie oznacza, że tutaj również nie uwidacznia się duży spadek formy, co zapewne z miejsca zauważą wielbiciele odsłon z Naomi Watts w roli głównej.

3 komentarze:

  1. Spodziewałem się jakiejś padaki, a dostałem lekko wystające ponad średnią widowisko, którego pierwsze pół godziny było całkiem niezłe (prolog, scena z plazmą). Szkoda finału. Samara została zepchnięta całkowicie na drugi plan i nie miała za bardzo czym się wykazać :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwszy amerykański Ring pamiętam, że jeszcze zrobił na mnie wrażenie, ale potem było już dużo słabiej, głównie dlatego, że sequel opierał się na tych samych patentach. Do tego potem pojaiwł się cały wysyp horrorów bazujących na Ringu (te wychodzące ze ścian czy spod łóżek zdeformowane dzieci-kreatury ;). Dlatego już bez żadnych emocji podchodzę do kolejnych Ringów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Historia o matce Samary-Evelyn w najnowszej części Ringu nie zgadza sie ze starymi. Przecież w starszych częściach jest, że matka Samary (Evelyn) była zamknieta w psychiatryku i tam chciała małą Samare utopić w fontannie. Dlaczego więc nagle w nowej części jest o tym ze były ksiądz więził Evelyn pod kościołem ? Coś tu nie gra...

    OdpowiedzUsuń