Stronki na blogu

poniedziałek, 6 listopada 2017

„Totem” (2017)

Od śmierci żony przed paroma laty James mieszkał tylko z dwiema córkami, siedemnastoletnią Kellie i młodszą Abby. Ale ten stan rzeczy ulega zmianie, gdy do ich domu wprowadza się Robin, kobieta, z którą James od jakiegoś czasu się spotyka. Nowa lokatorka od początku bardzo się stara przekonać do siebie córki swojego ukochanego, ale tylko w przypadku młodszej z nich odnosi pewien sukces. Kellie nie potrafi jej zaufać i zaakceptować zmian wprowadzanych do ich życia przez dziewczynę ojca. Obecnie ma jednak poważniejszy problem, którym bezzwłocznie musi się zająć. Jej siostra już od dłuższego czasu utrzymuje, że kontaktuje się ze swoją rodzicielką, ale Kellie dopiero teraz zaczyna wierzyć, że ich dom jest nawiedzony. W przeciwieństwie do siostry wychodzi jednak z założenia, że zagraża im jakiś złośliwy byt, który nie ma nic wspólnego z ich matką. Nic oprócz zagadkowego związku z naszyjnikiem należącym niegdyś do ich rodzicielki.

Marcel Sarmiento ma już pewne doświadczenie w filmowym horrorze. Wraz z Gadim Harelem wyreżyserował „Martwą dziewczynę” na podstawie scenariusza Trenta Haaga i stworzył dwie krótkometrażówki: pierwszą na użytek antologii „The ABCs of Death”, a drugą dla „V/H/S: Viral”. Tematykę swojego drugiego pełnometrażowego horroru pt. „Totem” Sarmiento obmyślił z Evanem Dicksonem, który wziął na siebie przelewanie ich pomysłów na karty scenariusza. Wcześniej tylko raz próbował on swoich sił w charakterze scenarzysty, w krótkometrażówce zatytułowanej „Paisley”.

„Totem” to horror z nurtu ghost story, w którym nie brakuje tradycyjnych, szeroko wyeksploatowanych rozwiązań. Elementów silnie kojarzonych z tym podgatunkiem, ale pomysłodawcy tej historii nie ograniczają się jedynie do nich. Wplatają w swoją opowieść choćby wątek, który jeśli nawet nie może być uznany za przejaw wielkiej kreatywności z ich strony to przynajmniej nie ma się wrażenia obcowania z historią skleconą tylko i wyłącznie z najpopularniejszych motywów. Mowa oczywiście o tytułowym totemie (o innym później), który wpada w ręce głównej bohaterki filmu, siedemnastoletniej Kellie, w którą wcieliła się mało wiarygodna w tej roli Kerris Dorsey. Słaby warsztat aktorki nie był jedynym powodem mojej niechęci do pierwszoplanowej postaci, równie duże znaczenie miała wszak jej osobowość, rys psychologiczny, który nic tylko mnie irytował. Nastolatka na skutek śmierci matki i nieokrzesania jej ojca musiała przedwcześnie dorosnąć. Wziąć na siebie prowadzenie domu i otoczyć siostrę troskliwą opieką, którą dostawała również od ojca, ale najwięcej obowiązków związanych z jej wychowaniem przejęła właśnie Kellie. Powiecie pewnie, że to przecież godne najwyższego uznania, że są to cechy, które powinno się podziwiać, które naturalną koleją rzeczy powinny dopomóc w budowaniu nici sympatii do tej postaci. I może faktycznie by tak było, gdyby nie wspomniany „drewniany” warsztat Dorsey i denerwujące zachowanie bohaterki, w którą się wcieliła. Gdy do jej rodziny wkracza nowa osoba, dziewczyna jej ojca imieniem Robin (całkiem niezła kreacja Ahny O'Reilly) w pełni unaocznia się zaborczość siedemnastolatki. Okazuje się, że dziewczyna tak bardzo przyzwyczaiła się do roli pani domu, że nijak nie potrafi cieszyć się z przejęcia części jej dotychczasowych obowiązków przez nową lokatorkę. Na starania Robin reaguje niezadowoleniem, nie wykazuje większej gotowości do „uściśnięcia wyciągniętej dłoni” - zachowuje się raczej jak rozpieszczona nastolatka, która wolałaby aby nikt nie wkraczał na jej terytorium. Po części ze względu na uczucia ojca, a po części z konieczności zajęcia się pilniejszą sprawą, nie koncentruje się na prowadzeniu regularnej wojny z Robin, choć oczywiście nie odmawia sobie dawania jej do rozumienia, że nie jest zadowolona z jej obecności i poczynań. W „Totemie” warstwa obyczajowa jest dosyć silnie zarysowana, scenarzysta poświęca jej szczególnie dużo uwagi podczas pierwszych partii filmu, ale konflikt pomiędzy dwiema młodymi kobietami i ich relacje z pozostałymi domownikami szczerze powiedziawszy średnio mnie zajmowały. Twórcom „Totemu” nie udało się wykrzesać z tego co prawda konwencjonalnego, acz nośnego wątku jakichś żywszych emocji, w moich oczach wypadał po prostu płasko, jeśli nie liczyć narastającej irytacji na skutek zachowania Kellie. Z większym zainteresowaniem przyjmowałam fragmenty osadzone w stylistyce horroru, choć nie mogę powiedzieć, żebym nawet w tym przypadku była w pełni zadowolona ze stopnia swojego zaangażowania. Jak to na ogół w ghost stories bywa istota z zaświatów na początku dosyć nieśmiało manifestuje swoją obecność. A to zamknie nagle okno, a to będzie dotykać najmłodszą członkinię portretowanej rodziny, a to uruchomi czujniki ruchu swoimi nieodbieranymi przez ludzkie oko wędrówkami po salonie, czy zrzuci na podłogę kilka pucharów zdobytych przez Kellie w zawodach w bieganiu. Z czasem nadnaturalne zjawiska zaczną objawiać się z większą mocą, staną się bardziej dosłowne, a i wykonanie niektórych z nich nie powinno dać nikomu powodów do narzekań. Zakrwawione ciało tkwiące w przezroczystym worku mogło zostać zapożyczone z „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena, a scenka z lustrem ukazującym nieoczekiwaną deformację twarzy osoby się w niego wpatrującej przypomniała mi „Ducha” Tobe'a Hoopera i chyba, bo ponoć niewymienionego w czołówce Stevena Spielberga. Ale chociaż nie dostrzegłam w tych dodatkach żadnej oryginalności to z dużym entuzjazmem przyjęłam te wstawki. Dzięki realistycznym, praktycznym efektom specjalnym, tak solidnemu wykonaniu, że jeśli już twórcy zapożyczali z wyżej wymienionych kultowych produkcji to miało to charakter pochwalny, nie prześmiewczy i w żadnym razie nie żenujący.

Tytułowemu totemowi jak dotąd poświęciłam znikomą uwagę, chociaż Marcel Sarmiento i Evan Dickson powierzyli mu może niekoniecznie centralne, ale z całą pewnością ważne miejsce w tej opowieści. Naszyjnik, który za życia należał do matki Kellie i Abby (w miarę przekonująca kreacja Lii McHugh) teraz staje się własnością jej starszej córki, siedemnastolatki, która szybko odkrywa drzemiącą w nim moc. Moc, która budzi w niej lęk, ale i ciekawość. Moc, która zdaje się mieć bezpośredni związek z bytem, z którym młodsza siostra Kellie już od jakiegoś czasu konwersuje. Znany motyw „wymyślonego przyjaciela” dziecięcej postaci tutaj został ukazany w formie sugestii, że dziewczynka kontaktuje się z duchem swojej własnej matki. Objawionej na początku, ale z czasem podanej w wątpliwość za pośrednictwem przekonań głównej bohaterki. Kellie nabiera bowiem pewności, że w ich domu gnieździ się jakiś inny byt, istota, która pragnie skrzywdzić wszystkich śmiertelników zajmujących tę nieruchomość, a utwierdza ją w tym UWAGA SPOILER śmierć ich kota (już o tym wspominałam, ale powtórzę, że bardzo bym chciała, żeby bohaterowie horrorów nie mieli żadnych zwierząt) KONIEC SPOILERA. „Totem” przez większą część swojego trwania porusza się więc utartą ścieżką, w której właściwie tylko tytułowy przedmiot można uznać za jakieś odstępstwo od reguły. W zdjęciach unaocznia się pewna posępność i w miarę zadowalająca ilość mroku, ale napięcia nie ma w tym zbyt wiele, za co w głównej mierze obwiniam pośpiech filmowców, niewystarczająco długi czas trwania sekwencji bezpośrednio poprzedzających uderzenia jakiejś wrogiej siły, tj. tych wstawek, które miały za zadanie znacznie zintensyfikować złe przeczucia, zagęścić aurę zagrożenia przed spodziewanym atakiem. Ta niełatwa sztuka na moim przykładzie (i może tylko moim, nie wiem) prawie wcale się twórcom nie udała, ale za to zaskoczenie w ostatnich partiach produkcji było bardzo duże. UWAGA SPOILER I znalazło się uzasadnienie dla odrzucającej osobowości Kellie, choć z drugiej strony efekt pewnie byłby jeszcze lepszy, bo wprawiający w większy dyskomfort, gdybym wcześniej zdołała polubić tę, jak się okazało, antybohaterkę. Że też nie udało mi się wcześniej właściwie odczytać tych jakże licznych sygnałów wysyłanych przez twórców omawianego obrazu – jak już cala tajemnica wychodzi na jaw okazuje się, że już na długo przedtem została ona co prawda niewyraźnie, ale jednak wykreślona. Wystarczyło jedynie spojrzeć na tę historię z lekkiego dystansu, odrzucić tę wyraźniejszą ewentualność, bo wtedy ta właściwa niejako automatycznie wskoczyłaby na jej miejsce. Nawet nie trzeba było tracić energii na szukanie jej, bo ona cały czas czekała, aż raczę na chwilę odsunąć od siebie tę fałszywą ścieżkę. Czego nie zrobiłam i dlatego dałam się przechytrzyć filmowcom KONIEC SPOILERA. Ostatnia partia ma fanom gatunku coś jeszcze do zaoferowania. Oprócz bardzo interesującego i (przynajmniej mnie) mocno zaskakującego zwrotu akcji na małe wyróżnienie zasługuje też warstwa gore. Osób dobrze zaznajomionych z krwawym kinem grozy, choćby nawet tylko tym XXI-wiecznym z całą pewnością taki pokaz przemocy w ogóle nie zniesmaczy, ale całkiem możliwe, że przynajmniej paru z nich podzieli moje pozytywne zapatrywania na substancję, która posłużyła za krew (realistyczna barwa i konsystencja) i uzna jeden ze zgonów za całkiem pomysłowy (ten z rzeźbą), a to już coś, jeśli idzie o współczesne horrory. Jump scenkę z twarzą zjawy na szybie i wcześniejsze generowanie jej świetlistej postaci na miejscu twórców dopracowałabym pod kątem wiarygodności, bo jak na moje oko tego zdecydowanie tutaj zabrakło.

„Totem” to w ogólnym rozrachunku taki średniaczek. To znaczy dla mnie. Produkcja, w której dostrzegam pewien duży plus i kilka mniejszych, ale niestety nie są one w stanie przykryć słabszych stron tego przedsięwzięcia. Odżegnywać nikogo od seansu jednak nie będę, bo myślę, że choćby dla tego najwyżej przeze mnie ocenianego elementu warto po ten obraz sięgnąć. To przede wszystkim on sprawia, że będę o nim pamiętać trochę dłużej – trochę, bo wątpię, żeby na trwałe osiadł w moim umyśle. Wywarł na mnie spore wrażenie, ale faktem jest, że na ekranie widziałam już bardziej zdumiewające, widowiskowe i zwariowane zagrywki twórców, o czym wspominam na wypadek, gdyby ktoś już nastawiał się na tak piorunujący efekt, jakiego jeszcze żaden horror na nim nie wywarł. Aż tak dobrze to nie ma, ale to wcale nie osłabia we mnie przekonania, że za to pomysłodawcom tej historii należy się pochwała. Pozostałe plusy na porównywalne brawa moim zdaniem nie zasługują, ale dzięki nim przynajmniej nie musiałam ciągle walczyć z pragnieniem przerwania seansu. Ciągle nie, ale przyznaję, że miejscami taka chęć się we mnie odzywała, dlatego radzę nie obiecywać sobie zbyt wiele – sięgnąć po „Totem”, ale bez wygórowanych oczekiwań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz