Stronki na blogu

piątek, 22 grudnia 2017

„Neverlake” (2013)

Jenny Brooks urodziła się w Toskanii, ale gdy jej matka zachorowała babcia wywiozła ją z Włoch. Teraz nastolatka uczęszcza do szkoły z internatem w Nowym Jorku, ale na prośbę swojego przed laty owdowiałego ojca zawiesza naukę w połowie semestru, żeby spędzić z nim trochę czasu w swoich rodzinnych stronach. Na miejscu poznaje mieszkającą z nim Olgę, kobietę, która była asystentką doktora Brooksa w czasach, gdy praktykował chirurgię, a teraz zajmuje się domem. Obecnie mężczyzna prowadzi amatorskie badania jeziora zwanego Lake of the Idols i usytuowanego w lesie nieopodal jego nieruchomości, które w starożytności przez Etrusków było uważane za święte z powodu jego uzdrawiających właściwości. Nazajutrz po przyjeździe do Toskanii Jenny wybiera się w pojedynkę nad jezioro. Na miejscu poznaje niewidomą dziewczynkę, Malilę, która prowadzi ją do innych chorych dzieci, z którymi mieszka w starym, nadzorowanym ośrodku. Jenny zaprzyjaźnia się z nimi, a niedługo potem zostaje zapoznana z niepokojącymi informacjami na temat Lake of the Idols.

„Neverlake” to włoski horror nastrojowy w reżyserii Riccardo Paolettiego, który podczas kręcenia niniejszego obrazu miał na koncie tylko film dokumentalny „In coda ai titoli” wyreżyserowany we współpracy z Daniele Basilio. W 2015 roku on i Andrea Muzzi stworzyli komedię „Basta poco” i jak na tę chwilę na tych trzech produkcjach zamyka się filmografia Riccardo Paolettiego. Ale szczerze powiedziawszy po tym co zobaczyłam w „Neverlake” nie miałabym nic przeciwko kontynuowaniu jego przygody z filmowym horrorem. Pierwszy pokaz omawianego obrazu odbył się w 2013 roku na Courmayeur Film Festival, a do szerszej widowni w kilku krajach świata trafił w następnych latach, ale w żadnym regionie nie odniósł spektakularnego sukcesu.

Ponoć Riccardo Paoletti zakończył proces tworzenia „Neverlake” lżejszy o siedem kilogramów, niedostatki budżetowe zmusiły go bowiem do wytężonej pracy, z której narodziło się coś, co w moim mniemaniu przewyższa poziomem większość hollywoodzkich straszaków z ostatnich lat. Pomysłodawcami historii byli Manuela Cacciamani i Carlo Longo, a scenariusz w oparciu o to, co oboje wymyślili spisał ten drugi. W centrum swojej opowieści umieścili jezioro, które istnieje w rzeczywistości i ma taką samą historię, jak ta pokrótce wyłuszczona w scenariuszu „Neverlake”. Leżące w prowincji Arezzo Lake of the Idols było swego rodzaju obiektem kultu starożytnych Etrusków, ludu przekonanego, że woda znajdująca się w tym naturalnym zbiorniku ma właściwości uzdrawiające. Składali temu miejscu ofiary w postaci małych figurek (wrzucali je do jeziora), które to również mają swoje miejsce w historii Cacciamani i Longo. Dawne wierzenia są fundamentem tej opowieści, historia portretowanego regionu była główną inspiracją twórców, a potencjał tkwiący w owej koncepcji, jak na moje oko, został w dużym stopniu wykorzystany. Metafizyczna otoczka, z największą siłą atakująca w sekwencjach obrazujących koszmarne sny głównej bohaterki, nastoletniej Jenny Brooks, idealnie synchronizuje się z fabułą, uwypukla aurę tajemniczości z nie mniejszą siłą niźli pytania stawiane przez scenarzystów. Ujawnia się nie tylko w onirycznych, zręcznie zmontowanych wstawkach, choć to właśnie w nich jest najbardziej wyrazista. Metafizyczna atmosfera spowija także sceny rozgrywające się na jawie, przy czym odznacza się większą subtelnością niż w koszmarach sennych Jenny. Metaliczne, ponure barwy, jesienna posępność kładąca się na zalesionym krajobrazie rozciągającym się w okolicach domu doktora Brooksa, ojca pierwszoplanowej postaci – to wszystko wypada bardzo klimatycznie. Gdy na to patrzyłam właściwie ani na chwilę nie opuszczało mnie wrażenie istnienia jakiejś złowieszczej niedookreśloności, nadnaturalnej zagadkowości, która swoimi korzeniami sięga do czasów starożytnych. Najgorsze w „Neverlake” jest aktorstwo i dotyczy to absolutnie wszystkich członków obsady. Daisy Keeping, odtwórczyni roli głównej także albo nawet przede wszystkim, bo to właśnie na jej nienaturalną grę patrzy się najdłużej. Sztuczna mimika i drewniana dykcja, która szczególnie mocno rani uszy podczas recytowania przez nią fragmentów wierszy, poezja jest bowiem ulubioną lekturą Jenny Brooks. David Brandon wcielający się w postać jej ojca też nie pochwalił się przekonującym warsztatem, Joy Tanner w roli Olgi w tym gronie wypadła najlepiej, aczkolwiek do pełni satysfakcji jeszcze dużo mi brakowało. Chore dzieci przebywające w ośrodku nadzorowanym przez, jak można wywnioskować z ich słów i zachowania, nieprzyjaźnie do nich nastawionych dorosłych, z nastoletnim Peterem włącznie wypadli jeszcze mniej autentycznie niż Keeping, nie irytowali mnie jednak z porównywalną siłą z tego prostego powodu, że pojawiali się na ekranie dużo rzedziej, a gdy już to następowało więcej uwagi koncentrowałam na ich zagadkowym zachowaniu i dających do myślenia słowach niźli grze aktorskiej.

Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że „Neverlake” jest horrorem z gruntu nieprzewidywalnym, że jego twórcy wprowadzają tak dużo wątpliwości, stawiają tyle pytań, na które aż do ostatnich scen bezskutecznie szuka się odpowiedzi, że mamy tutaj do czynienia z prawdziwym intelektualnym wyzwaniem nawet dla najbardziej domyślnych widzów. Nie jestem orłem w tej dziedzinie (i w żadnej innej skoro już o tym mowa), a udało mi się częściowo rozszyfrować zamysł scenarzystów. Na długo przed wyjawieniem całej prawdy domyśliłam się, jak też będą się przedstawiać jej fragmenty, ale nie zdołałam sklecić z tego logicznej całości. Pewnie dlatego, że brakowało mi paru ważnych części, że nie potrafiłam odnaleźć odpowiedzi na kilka istotnych pytań, a to tylko wzmagało moje zainteresowanie tą klimatyczną historią. Stopień skomplikowania, wbrew pozorom, nie jest jednak wysoki, Carlo Longo złożył swój scenariusz z kilku dobrze znanych fanom nastrojowego kina grozy motywów, które wzbogacił odniesieniami do historii Lake of the Idols. Mamy więc powrót głównej bohaterki w rodzinne strony, poznanie towarzyszki ojca, która czasami zachowuje się cokolwiek podejrzanie, zaciszne miejsce, które może być nawiedzone, nowych znajomych mieszkających w obskurnym domostwie, który według Jenny jest sierocińcem dla chorych nieletnich. I badania, którym oddaje się były chirurg, niepraktykujący już w wyuczonym zawodzie ojciec głównej bohaterki, który z jakiegoś powodu nie chce dopuścić córki do swoich odkryć. Mamy małą nieruchomość doktora Brooksa stojącą z dala od innych skupisk ludzkich, w odludnej okolicy nieopodal której znajduje się las, w którym z kolei znajdziemy naturalny zbiornik wodny będący obiektem badań byłego chirurga. To właśnie jezioro zdaje się być jądrem całej zagadki, to w tym miejscu zbiegają się wszystkie podejrzenia rozbudzane w widzach przez twórców „Neverlake”, wszystkie złe przeczucia, które z taką wprawą filmowcy rozniecają w oglądających podczas portretowania pobytu głównej bohaterki w Toskanii. W paru miejscach pojawiały się efekty komputerowe, przez co sfera wizualna czasami na chwilę traciła na autentyczności. Zbliżenie na ranę w ciele Jenny i dwie scenki z jeziorem wywołały we mnie poczucie niesmaku, bo aż zanadto emanowany nowoczesnym efekciarstwem tak przeze mnie niepożądanym w kinie grozy, ale już te subtelniejsze komputerowe dodatki całkiem nieźle wkomponowały się w tę opowieść. Końcówka zdołała mnie wzruszyć – łezka nie poleciała, ale to, co zostało ujawnione w ostatniej partii „Neverlake” trochę mnie przygnębiło. Efekt byłby jednak dużo lepszy, gdyby twórcy poszli jeszcze dalej w ten tragizm. Bo z pewnością mogli to zrobić.

Dobra nastrojówka - nie mniej, nie więcej. Właśnie tak oceniam pierwszy i jak na razie jedyny horror w reżyserskiej karierze Riccardo Paolettiego i pozostaję z nadzieją, że w przyszłości powróci do tego gatunku. Najlepiej wówczas, gdy będzie go stać na szerszą dystrybucję, bo włoski horror „Neverlake” prawdopodobnie właśnie z powodu mocno ograniczonych funduszy nie dotarł w szybkim czasie do masowej publiczności z niemalże całego świata. A podejrzewam, że gdyby był rozpowszechniany na taką skalę, jak hollywoodzkie straszaki to znalazłby dużo więcej sympatyków. Może nie dozgonnych fanów, ale ludzi takich jak ja, dostrzegających w nim dużo dobrego, odbierających go na plus, acz bez ogromnych zachwytów, prawdopodobnie już tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz