Stronki na blogu

sobota, 23 grudnia 2017

„Linia życia” (2017)

Studentka medycyny, Courtney, chcąc dowiedzieć się, czy istnieje życie po śmierci obmyśla niebezpieczny eksperyment, do przeprowadzenia którego potrzebuje pomocy innych osób. Udaje jej się namówić swoich znajomych z uczelni, Jamie'ego i Sophię, do stawienia się o umówionej porze w podziemiach szpitala, w którym wszyscy odbywają staż. Po przybyciu na miejsce Courtney zapoznaje ich ze swoim planem polegającym na zatrzymaniu na jedną minutę akcji swojego własnego serca. Po upływie tego czasu jej koledzy mają przystąpić do reanimacji. Eksperyment się udaje, ale nie obywa się bez komplikacji, które zmuszają Sophię do wezwania ich uzdolnionego kolegi Raya, śladami którego do podziemi przybywa ich koleżanka Marlo. Dzięki pomocy Raya Courtney udaje się przywrócić do życia i okazuje się, że dziewczyna rzeczywiście widziała coś po tamtej stronie i zyskała pewne nowe zdolności. Pozostali studenci biorący udział w eksperymencie, z wyjątkiem Raya, pragną pójść w jej ślady, nie wiedząc jakie tak naprawdę zagrożenie na siebie sprowadzają.

W 2016 roku Kiefer Sutherland ogłosił, że „Linia życia”, do obsady której dołączył, nie będzie remakiem kultowego obrazu Joela Schumachera z 1990 roku tylko jego kontynuacją, a on sam ponownie wcieli się w postać Nelsona Wrighta, który to wcześniej zmienił nazwisko. Myślał, że film będzie między innymi przybliżał dalsze dzieje tego bohatera, ale okazało się, że „Linia życia” w reżyserii Nielsa Ardena Opleva (twórcy między innymi ekranizacji głośnej powieści Stiega Larssona pt. „Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”) jest w istocie luźnym remakiem dzieła Schumachera albo rebootem, bo tak na dobrą sprawę oba te określania można przypasować do tego oto tworu. Budżet nowej „Linii życia” oszacowano na dziewiętnaście do dwudziestu milionów dolarów, a wpływy z biletów o parę milionów wybiegły poza dwukrotność tej sumy. 
 
Scenariusz nowej „Linii życia” napisał Ben Ripley (scenarzysta między innymi trzeciej i czwartej odsłony „Gatunku”) w oparciu o scenariusz pierwowzoru autorstwa Petera Filardiego. To oparcie nie było wielkie, co akurat bardzo mnie ucieszyło, bo poza „Funny Games” Michaela Hanekego tzw. remaki całkowite niezmiernie mnie męczą. Powtarzanie niemalże kropka w kropkę tego samego? Trudno się dziwić, że to może kogoś nudzić... Ale wróćmy do meritum. Scenariusz Bena Ripleya także opiera się na motywie wprowadzania się w krótkotrwały stan śmierci przez grupkę studentów medycyny, w postaciach których owszem widać zapożyczenia z wersji Joela Schumachera, ale są one doprawdy niewielkie i to takie pomieszanie z poplątaniem. A i same wydarzenia zaprezentowane w remake'u choć podobnego charakteru w szczegółach odbiegają od tych pokazanych w pierwowzorze. Żeby to lepiej zobrazować. Courtney (czasowo) zastępuje Nelsona – tutaj to kobieta, nie mężczyzna obmyśla eksperyment, który ma dać ostateczną odpowiedź na odwieczne pytanie o istnienie życia po śmierci. Dziewczyna nie ma jednak na sumieniu doprowadzenia w dzieciństwie do śmierci swojego rówieśnika, nad którym się pastwiła tylko wypadek innego rodzaju z udziałem dużo bliższej osoby. Ray tak samo jak Schumacherowski Randy nie decyduje się wprowadzić w stan śmierci, ale już jego biegłość w praktykach medycznych przywodzi na myśl Davida z oryginału, nie Randy'ego. Jamie to nowa odsłona Joe'ego, bowiem tak jak on prowadzi rozwiązły tryb życia, zmienia partnerki seksualne jak przysłowiowe rękawiczki. Sophia natomiast ma trochę zbliżony charakter do Rachel, ale na początku filmu widzimy nie ją tylko Courtney rozmawiającą z jedną z pacjentek (tak samo jak Rachel w filmie Schumachera) i to właśnie Courtney przyświecają podobne motywy, a największy grzech Sophii najbardziej przypomina grzech Davida. Jednak przy pierwszej próbie z Courtney w roli królika doświadczalnego to Sophia najmocniej sprzeciwia się przeprowadzeniu eksperymentu, to ją dręczą największe wątpliwości. Potem w jej miejsce wejdzie Ray, w ten oto sposób upodabniając się także do Rachel. Tymczasem Marlo boryka się z grzechem, który ze wszystkich przedstawionym najbardziej przypomina postępek Nelsona, a potem UWAGA SPOILER wchodzi w jego postać najpierw mając opory przed konfrontacją ze swoim przewinieniem, a następnie w pojedynkę wprowadzając się w stan śmierci, aby prosić swojego prześladowcę i zarazem ofiarę o przebaczenie. Swoją drogą to i wcześniejszy zwrot akcji to jedyne co mile mnie zaskoczyło (nabycie nowych zdolności po powrocie z tamtego świata to nowość, ale strasznie banalna). Mowa o śmierci głównej bohaterki, co żadnym novum nie jest, bo taki zabieg zastosowano już choćby w „Psychozie” Alfreda Hitchcocka, ale do tego momentu byłam przekonana, że to Courtney porwie się na taki krok, jak niegdyś Nelson. Do głowy mi nie przyszło, że ta rola przypadnie w udziale Marlo, że to ona w dalszej partii produkcji wkroczy na pierwszy plan KONIEC SPOILERA. W sumie to nawet cieszyły mnie te kombinacje w gronie bohaterów – trochę własnych pomysłów dodanych do zapożyczeń z dzieła Joela Schumachera w większości przypadków (Jamie'ego bym tutaj pominęła) podawanych bez jaskrawego podziału na role tj. w formie obdzielania cechami jednego bohatera z pierwowzoru więcej niż jedną osobę. I za wyjątkiem manierycznej Kiersey Clemons wszyscy odtwórcy ambitnych studentów medycyny porywających się na śmiertelnie niebezpieczny eksperyment całkowicie mnie usatysfakcjonowali. Najwięcej frajdy dostarczył mi udział dwóch bardzo lubianych przeze mnie aktorek, Ellen Page i Niny Dobrev – naprawdę przyjemnie było patrzeć na nie razem, w jednej produkcji, ale Diego Lunę i Jamesa Nortona też chciało mi się oglądać. Szkoda tylko, że Kiefer Sutherland dostał tak niewielką rólkę. UWAGA SPOILER Myślę, że koncepcja aktora mogłaby okazać się dużo lepsza – ciekawie by było, gdyby na końcu okazało się, że doktor Barry Wolfson w rzeczywistości jest Nelsonem Wrightem. Mimo tego, że wcale by mnie to nie zaskoczyło, bo szczerze powiedziawszy to właśnie na taki zwrot się przygotowałam, gdy po raz pierwszy ujrzałam go na ekranie KONIEC SPOILERA.

„Linia życia” to horror science fiction z naciskiem na ten drugi człon, bo kino grozy wkracza dopiero w dalszych partiach seansu, a i fachowość Nielsa Ardena Opleva w tym gatunku jest wielce dyskusyjna. Film przyporządkowano także do dramatu i w sumie nie mam powodów, żeby podawać tego w wątpliwość, bo echa tego gatunku dotarły też do moich uszu. Najlepszy w fabule jest jej główny składnik, motyw przewodni, którego to wcale nie zawdzięczamy twórcom omawianego obrazu. Wyrwali go z produkcji Joela Schumachera i w mojej ocenie zupełnie niepotrzebnie nadali mu supernowoczesnego sznytu. Sprzętu, z którego korzystają studenci medycyny przeprowadzający swój śmiały eksperyment może im pozazdrościć wielu lekarzy od lat praktykujących w Polsce, a tak nowoczesnego szpitala, w jakim bohaterowie nowej „Linii życia” odbywają staż podejrzewam, że sporo polskich pacjentów nigdy nawet nie widziało (chyba że na ekranie). Część akcji rozgrywa się właśnie w tym bajeranckim gmachu, jaskrawo oświetlonym budynku z mnóstwem bardzo drogiego wyspecjalizowanego sprzętu, którego nawet przez kilka sekund nie spowija ciężka, lekko przybrudzona atmosfera rodem z pierwowzoru. Wszystko jest kolorowe, przebogate i wypieszczone tak, że bardziej już chyba nie można. Nie ma tutaj miejsca na nieokiełznaną grozę emanującą z przytłaczająco mrocznych kadrów, a i to jak twórcy przeprowadzają nas przez podróże studentów po świecie pozagrobowym oraz przez konsekwencje ich czynu w życiu doczesnym nawet o jeden malutki kroczek nie zbliża się do specyfiki pierwowzoru. Wspomniane podróże studentów to pokaz plastiku w najczystszej postaci – silne kontrasty, żywe barwy i szybki teledyskowy wręcz montaż. A późniejsze przeżycia protagonistów, ich spotkania z niezwykłymi prześladowcami, choć utrzymane w ciemniejszych kolorach nie są nawet odrobinkę duszące. Pewnie dlatego, że z tego też przebija plastik, zamiast choćby delikatnego brudu, a i budowanie emocjonalnego napięcia twórcom remake'u „Linii życia” nie bardzo wyszło. Mniej pośpiechu: wolniejsza praca kamer i takiż sam montaż pewnie rozwiązałyby ten problem, ale członkowie ekipy woleli kręcić z myślą o fanach bardziej dynamicznego niźli klimatycznego kina grozy. Żeby jednak być całkowicie szczerą przyznaję, że scenki z udziałem nemezis Jamie'ego, a dokładniej dwa ujęcia, w których nagle wyrasta za jego plecami zrobiły na mnie niemałe wrażenie – idealne wyczucie chwili i płynny, bardzo widowiskowy montaż to elementy, którym zawdzięczam taką, a nie inną reakcję na rzeczone wstawki. Ponadto przyznaję, że pomimo tych licznych mankamentów w ogóle się nie nudziłam. Nie należy jednak przez to rozumieć, że nowa „Linia życia” obudziła we mnie multum emocji, że trwałam przed ekranem jak zaczarowana w nieustającej obawie przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Nie, nie, nie – niemalże każdą sekwencję przyjmowałam całkowicie beznamiętnie. Ot, miałam przed sobą zwykłe patrzydło. Coś, co dało się oglądać bez ryzyka zaśnięcia, ale prawie nic ponadto.

Fani oryginalnej „Linii życia” w reżyserii Joela Schumachera nie powinni oczekiwać od remake'u Nielsa Ardena Opleva jakości choćby tylko delikatnie zbliżonej do ich ukochanego filmu, bo w przeciwnym razie najpewniej mocno się zawiodą. Jak przygotują się na plastikowe, wyjałowione z klimatu kino stricte rozrywkowe z morałem, wysokobudżetowy horror science fiction z przewagą tego pierwszego i dodatkiem niezbyt głębokiego dramatu, to może zdołają dotrwać do napisów końcowych zachowując przy tym pełnię przytomności. Tak jak ja. Ale prawdopodobnie bez takich emocji, jakie zaserwował im pierwowzór „Linii życia”. Tym, którzy nie widzieli oryginału zalecam nadrobienie zaległości – chyba, że ktoś z nich woli współczesny dynamiczny mainstream, przedkłada akcję nad klimat, teledyskowy montaż nad napięcie. W takim wypadku lepiej zrobi sięgając po remake z pominięciem dzieła Joela Schumachera.

1 komentarz:

  1. Genialny oryginał i kiepski remake. To się niestety zbyt często powtarza.

    OdpowiedzUsuń