Stronki na blogu

poniedziałek, 11 grudnia 2017

„Super Dark Times” (2017)

Nastolatki, Zach i Josh, od lat są najlepszymi przyjaciółmi. Popołudnia zazwyczaj spędzają razem, ale pewnego pochmurnego dnia towarzyszą im znajomy ze szkoły Daryl i jego kolega Charlie, który uczęszcza do innej placówki edukacyjnej. Chłopcy spacerują po mieście prowadząc rozmowy na różne tematy, a nazajutrz w tym samym gronie spotykają się w domu Josha. Gospodarz pokazuje im pokój swojego starszego brata, który wstąpił do piechoty morskiej. Niedługo potem chłopcy udają się na błonie pod lasem, żeby pobawić się jednym z przedmiotów należących do brata Josha. Beztroskie popołudnie szybko zamienia się w koszmar, gdy nagle dochodzi do makabrycznego wydarzenia. Młodzi ludzi postanawiają zatrzeć ślady i nikogo nie informować o zaistniałej tragedii.

Amerykańska produkcja „Super Dark Times” jest dziełem debiutującego w pełnym metrażu Kevina Phillipsa, który wziął tutaj na warsztat scenariusz Bena Collinsa i Luke'a Piotrowskiego. Fanom kina grozy nazwiska tych dwóch ostatnich panów mogą kojarzyć się z „SiREN” Gregga Bishopa, nie radzę jednej oczekiwać od „Super Dark Times” czegoś zbliżonego do tamtego dokonania. Nagrodzony na Neuchatel International Fantastic Film Festival thriller z elementami dramatu Kevina Phillipsa jest filmem, który moim zdaniem w pełni zasłużył sobie na miano jednego z najlepszych obrazów ostatnich kilku lat. Początkujący w pełnym metrażu reżyser pokazał w nim taką jakość o jakiej większość współczesnych twórców może co najwyżej pomarzyć. Stworzył istną kinematograficzną perłę, ucztę dla oczu, której jedynym mankamentem jest to, że tak szybko się kończy. „Super Dark Times” zajmuje trochę ponad półtorej godziny, czyli standardowo. Ale naprawdę chciałoby się oglądać to dużo dłużej.

Głównymi bohaterami „Super Dark Times” są nastolatki, ale próżno szukać w tym filmie lekkiego klimatu tak typowego dla teen thrillerów. Zdjęcia Eliego Borna i muzyka Bena Frosta nadają opowiadanej historii ogromny ciężar już od pierwszych minut jej trwania. „Super Dark Times” niemalże hipnotyzuje mrokiem. Dosłownie każdy kadr jest istnym dziełem sztuki, kolejną stacją na drodze do szaleństwa i niszczącej desperacji. Każdy dźwięk wybrzmiewający w tle jest intensyfikatorem emocji, elementem nierozerwalnie związanym z obrazem, żyjącym z nim w prawdziwej symbiozie – nie ma tutaj mowy o jakiejkolwiek przypadkowości albo o niezsynchronizowaniu ścieżki audio ze sferą wizualną. Ponure przedmieście, okoliczny gęsty las, który wkrótce będzie pojawiał się w sennych koszmarach głównego bohatera „Super Dark Times”, ciemne wnętrza wszystkich budynków i zasnute brudnoszarymi chmurami niebo rozpościerające się nad tą zaciszną okolicą niby żywcem wyjętą z kart którejś z powieści Stephena Kinga rozgrywającej się w jakimś małym amerykańskim miasteczku. Naprawdę ciężko ubrać w słowa to klimatyczne dokonanie – opisać ducha tego filmu, atmosferę, która oblepia absolutnie każde ujęcie. Słowa „posępny”, „złowieszczy”, „zagadkowy”, „mroczny” są jak najbardziej na miejscu, aczkolwiek nie oddają one całej prawdy o aurze spowijającej tę opowieść. To trzeba zobaczyć, przeżyć, odczuć. Samemu się w to zatopić, aby zrozumieć z jak wielkim dokonaniem ma się tutaj do czynienia. Kevin Phillips swoim „Super Dark Times” udowodnił mi, że posiada rzadkie poczucie smaku, że ma prawdziwy talent do tworzenia niezwykle emocjonujących filmów i nie musi przy tym posiłkować się drogimi efektami specjalnymi, ani nawet sięgać po innowacyjne rozwiązania fabularne. W jego pełnometrażowym debiucie nie brakuje powolnych najazdów kamer, niemalże nieruchomych ujęć ponurych krajobrazów i długich zbliżeń na poszczególne doskonale odegrane postacie. Ale tego rodzaju narracja przeplata się z nieprzesadną dynamiką, z gwałtownymi skokami akcji, które są nie mniej intensywne, które poruszają odpowiednie struny w widzach z mocą równą tej odbieranej podczas powolniejszych wstawek. Twórcy „Super Dark Times” idealnie równoważą szybkość ze statecznością, znajdują złoty środek dla tych dwóch sposobów snucia filmowej historii, której ani na moment nie pozwalają zagubić się w tej audiowizualnej uczcie. Nie marginalizują jej, nie zaniedbują kluczowych postaci, nie odciągają uwagi widza od fabuły ani jednym elementem tej zjawiskowej warstwy technicznej, ponieważ w ich obrazie jedno jest dopełnieniem drugiego – scenariusz i realizacja to jeden organizm. Nic nie odstaje, żadna składowa tego obrazu nie czyni choćby jednego małego fałszywego kroczku w przód. Wszystko z piorunującą wręcz konsekwencją podąża ramię w ramię w kierunku, który jak podejrzewamy będzie ziszczeniem naszych złych przeczuć. Bo ze sceny na scenę nabieramy coraz większej pewności, że wkrótce wydarzy się coś okropnego, że dojdzie do tragedii większej od tej, którą zobaczyliśmy w pierwszej połowie filmu. Od tej, która wepchnęła młodych ludzi na drogę do zatracenia. Zresztą jeszcze zanim w ich życiu nastąpi ten poważny zwrot nie ma się żadnych wątpliwości, że bohaterów filmu spotka coś strasznego, że czeka ich jakaś niewysłowiona męka, bo klimat „Super Dark Times” już od pierwszej minuty seansu sugeruje to z nadzwyczajną wręcz wyrazistością.

Owen Campbell w roli Zacha, Charlie Tahan kreujący Josha, Max Talisman wcielający się w postać Daryla i Sawyer Barth jako Charlie – każdy z tych młodych aktorów wspina się na wyższe poziomy aktorstwa, każdy z rozbrajającą naturalnością wchodzi w swoją postać, każdy z ogromną starannością odzwierciedla charakter swojego bohatera. A należy tutaj zaznaczyć, że każdy z tych chłopców jest inny, charakterologie tych postaci są bardzo zróżnicowane i chociaż twórcy na pierwszym planie postawili Zacha to z całą pewnością nie można zarzucić im niechlujnego zarysowania osobowości jego kolegów. Niecieszący się dużą sympatią rówieśników Daryl zawsze ma w zanadrzu jakąś zabawną, cudaczną historyjkę bądź odzywkę, a Charlie jest typem cwaniaczka, który potrafi szybko odnaleźć się w każdej, nawet najbardziej rozpaczliwej sytuacji. Przewrażliwiony na punkcie swojego starszego brata Josh lubi się popisywać, zwracać na siebie uwagę w towarzystwie, ale patrząc na niego cały czas ma się wrażenie, że jego myśli biegną po nieznanych torach, zapuszczają się w rejony, o których nie zamierza nikomu opowiadać. Nawet swojemu najlepszemu przyjacielowi, wychowywanemu przez matkę Joshowi, który stara się tonować wybuchy Josha, postępować właściwie, odpowiedzialnie... Makabryczne wydarzenie, któremu świadkuje pewnego popołudnia zmusza go jednak do ryzykowanej reakcji, do postępku zrodzonego z potrzeby chronienia bliskiej mu osoby i w mniejszym stopniu samego siebie, do zachowania, o które nigdy by się nawet nie podejrzewał. Do czynów dyktowanych przez panikę i czyste przerażenie, desperackich kroków, ze świadomością popełnienia których będzie musiał żyć. Ale czy poradzi sobie z wyrzutami sumienia? Czy będzie w stanie dochować tajemnicy, która będzie zżerała go od środka? Czy napady obezwładniającego lęku, koszmarne sny i ciągła niepewność o swoją przyszłość będą się nasilać nieuchronnie spychając go w otchłań szaleństwa, czy może raczej z dnia na dzień będą tracić na wyrazistości? Oparciem dla Zacha w tych trudnych chwilach może być dziewczyna, w której się podkochuje (z wzajemnością) imieniem Allison, bardzo dobrze wykreowana przez Elizabeth Cappuccino. Ale istnieje również możliwość, że znajomość z nią znacznie wszystko skomplikuje, choćby z tego powodu, że jego najlepszy przyjaciel również wydaje się być nią mocno zainteresowany. Oniryczne wstawki, projekcje koszmarnych snów Zacha to małe dzieła sztuki, które wskazują na zdolność odnajdywania się twórców „Super Dark Times” także w stylistyce nastrojowego horroru. Najbardziej rzuca się to w oczy podczas pierwszej tego rodzaju sceny, wyśnionej wędrówki chłopaka po pustym, upiornie się prezentującym domostwie, pełnym zacienionych obszarów, z których w każdej chwili może wyłonić się coś strasznego. Czujemy to, przygotowujemy się na niechybne uderzenie nie jako obserwatorzy tylko uczestnicy tego wydarzenia, dzięki czemu towarzyszące nam emocje zyskują na sile. Ale nie tylko tutaj „wchodzimy skórę” którejś z postaci, we wszystkich pozostałych sekwencjach również da się to odczuć. A przynajmniej ja z łatwością „weszłam w ten obraz”, wsiąknęłam w tę opowieść, zatraciłam się w niej i w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkadzało mi to, że scenarzyści sięgnęli po motywy, których nijak nie można uznać za oryginalne. Innowacyjność nie jest dla mnie ważna, a już na pewno nie wtedy, gdy mam do czynienia z tak emocjonującym portretem znanych rozwiązań fabularnych, z tak klimatycznym, doskonale zrealizowanym, wspaniale opowiedzianym obrazem, jak w tym przypadku.

Niepewność to uczucie, które dominowało we mnie podczas oglądania „Super Dark Times”. Owszem miałam swoje podejrzenia, ale to nie to samo co pewność. Kevin Phillips i jego ekipa cały czas pielęgnowali we mnie przekonanie o nieuchronności jakiejś tragedii, wręcz obezwładniali tą złowieszczą sugestią. Ale nie pozwalali mi przy tym trwać w przekonaniu, że wybrane przeze mnie źródło owego rychłego ataku okaże się właściwe. Zasiewali we mnie liczne wątpliwości, stawiali w pozycji różnych bohaterów, kazali mi spoglądać na tę opowieść z różnych perspektyw. Niezwykle wciągającą, nieprzekombinowaną opowieść, w której aż roi się od emocji. Również za sprawą genialnej wręcz realizacji – mistrzowskiej, mocno klimatycznej warstwy technicznej, której nie powstydziłby się żaden szanujący się twórca nie tylko thrillerów, ale również horrorów. Istne cudeńko, po prostu.

1 komentarz:

  1. Czy ja wiem. Bez przesady, klimat i zdjęcia są niesamowite ale sama historia jest przewidywalna i nie ma w niej nic oryginalnego. Twórcy chcieli zaszokować widza w końcówce z Alison ale to było raczej słabe. No ale o gustach się nie dyskutuje...

    OdpowiedzUsuń