Stronki na blogu

sobota, 21 kwietnia 2018

„Winchester. Dom duchów” (2018)

Ekscentryczna wdowa po producencie broni, Sarah Winchester, żyje w ogromnym domostwie, które nieustannie przebudowuje i rozbudowuje. Kobieta jest przekonana, że jej nieruchomość jest nawiedzana przez duchy osób, które straciły życie przez karabin Winchester, broń zaprojektowaną przez ojca jej męża, na której jego rodzina zbiła fortunę. W 1906 roku zarząd firmy produkującej broń palną, której większość udziałów od śmierci jej małżonka znajduje się w posiadaniu Sarah, w porozumieniu z nią, zatrudnia doktora Erica Price'a. Mężczyzna ma spędzić jakiś czas w domu Winchester w celu dokonania oceny stanu zdrowia wdowy. Na terenie posiadłości oprócz jej właścicielki, robotników i służby, przebywa również krewna Sarah, wdowa Marion Marriott wraz ze swoim synem Henrym, który boryka się z nietypową przypadłością. Wkrótce po dotarciu do domu Winchester Price świadkuje niepokojącym zjawiskom, ale zrzuca to na karb halucynacji. Nie wierzy w opowieści Sarah o duchach gnieżdżących się w tym miejscu, nawet po zobaczeniu ich na własne oczy.

Zrealizowana za (szacunkowo) trzy i pół miliona dolarów ghost story w reżyserii Michaela i Petera Spierigów, twórców między innymi „Zombie z Berkeley”, „Daybreakers – Świtu” i „Piły: Dziedzictwa”, na podstawie scenariusza stworzonego przez nich i Toma Vaughana. Fabułę zainspirowały opowieści o autentycznej postaci, Sarah Winchester i jej rezydencji w San Jose w Kalifornii, która do dzisiaj przez wielu uważana jest za miejsce nawiedzone przez duchy osób zabitych karabinem Winchester. Wedle tych legend wkrótce po śmierci jej męża i córeczki, za podszeptem ducha tego pierwszego, Sarah rozpoczęła budowę domu dla siebie i zagubionych dusz ludzi, którzy padli ofiarami karabinu produkowanego przez firmę Winchester Repeating Arms Company. Ta historia była kwestionowana między innymi przez biografa Sarah Winchester, ale to wcale nie zniechęciło ludzi do snucia fantastycznych teorii na temat imponującej rezydencji zwanej The Winchester Mystery House, która to z czasem stała się atrakcją turystyczną i oczywiście jej zmarłej w 1922 roku właścicielki.

Szumnie reklamowany australijsko-amerykański horror braci Spierig pt. „Winchester. Dom duchów” wydaje się być obrazem wprost skrojonym pod przeciętnego odbiorcę multipleksowych straszaków. Mamy tu wszystko, czego duża część sympatyków filmowych opowieści o duchach, od tego typu produkcji oczekuje. Zainspirowany rzekomo autentyczną historią scenariusz, mnóstwo jump scenek, wymyślne maszkary, widowiskowe miejsce akcji i w miarę dynamiczny rozwój sytuacji – nieprzesadnie, ale i nie ma tutaj miejsca na dłuższe przestoje. Tak może się wydawać, ale jak się okazało choć film zarobił niemało (prawie trzydzieści dziewięć milionów dolarów na całym świecie) spora część widzów wyszła z sal kinowych niezadowolona. Kampania reklamowa zrobiła swoje – zagwarantowała sukces kasowy „Winchesterowi. Domowi duchów”, ale nie mogła przecież zatrzeć złego wrażenia po seansie, które to narodziło się w sercach tak wielu osób złaknionych elektryzującej rozrywki na miarę dzisiejszego Hollywoodu. Ja po braciach Spierig nie spodziewałam się wiele, tym bardziej, że „Winchester. Dom Duchów” to horror kinowy, a wśród takowych nieczęsto znajduję perły współczesnego nastrojowego horroru. Na ogół jednak te szumne, nowsze filmowe opowiastki o duchach poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Niewysokiego, ale zjadliwego. Da się to oglądać, jeśli już przyzwyczai się do ich niewyszukanej stylistyki. A więc „łup!” jest duch, a mgnienie potem go nie ma. I tak w koło Macieju, aż do dynamicznej, niedającej chwili wytchnienia końcówki, która notabene w „Winchesterze. Domu duchów” została mocno rozciągnięta w czasie. Trzy i pół miliona dolarów to niewiele jak na film nakręcony z myślą o wielkich ekranach. Ta kwota dawała mi nadzieję na niską ingerencję komputera w proces tworzenia efektów specjalnych i jeśli o to chodzi to się nie zawiodłam. Tylko jedna zjawa prezentowała się nader sztucznie, tylko jej manifestacje w ostatniej partii filmu zmuszały mnie do drwiących uśmieszków w tej konkretnej materii. Bo i nie zabrakło innego rodzaju elementów, które wywoływały u mnie taką reakcję. Imponująca posiadłość, na której toczy się niemalże cała akcja tego filmu może robić niemałe wrażenie. Multum, z dzisiejszej perspektywy archaicznie się prezentujących, pokoi, długich, krętych korytarzy, wymyślnie poprowadzonych schodów, licznych dobudówek – to wszystko tworzy istny labirynt, domostwo, w którym łatwo się zgubić, a wziąwszy pod uwagę niektórych jego lokatorów lepiej tego unikać. Nie wypuszczać się na samotne spacery, jeśli nie zna się tego miejsca. Doktor Eric Price, w którego w całkiem dobrym stylu wcielił się Jason Clarke, jak się można się tego spodziewać będzie postępował zgoła odwrotnie. Nocami będzie przechadzał się po tej ogromnej posiadłości nierzadko widując wówczas istoty nie z tego świata. Te jego wędrówki niemiłosiernie mi się dłużyły, a bo twórcom nie udawało się wówczas wytworzyć odpowiedniego emocjonalnego napięcia, nie było w tym intensywności, o przytłaczającym mroku już nie wspominając. I właśnie to najbardziej mnie ubodło. Sposób przedstawienia jakże obiecującego miejsca akcji, forma w jaką bracia Spierig przyoblekli The Winchester Mystery House (w większości umowny, bo niewiele zdjęć powstało w tej nieruchomości). Wystrój, kolorystyka, montaż – właściwie to cala warstwa techniczna jest tak wypieszczona, tak wyglancowana, tak maniakalnie wyszlifowana, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy filmowcom aby horror nie pomieszał się z romansem. Zaryzykuję przypuszczenie, że chcieli oni stworzyć obraz gotycki, ale jeśli rzeczywiście tak było to ja klimatu rodem z tego rodzaju horrorów tutaj nie znalazłam. Sama budowla rodzi takie podejrzenie, ale już grzeczniutka atmosfera, która w niej zalega prędzej stanowi wizytówkę współczesnego błyszczącego Hollywoodu niźli horroru gotyckiego z prawdziwego zdarzenia.

Helen Mirren w roli Sarah Winchester to według mnie najjaśniejszy punkt tej produkcji. Ta znakomita aktorka nieco uprzyjemniła mi seans tego wątpliwej jakości filmidła, ale przecież nie mogła przykryć wszystkich wad owego przedsięwzięcia. To, co mogła podratowała, ale nie można przecież wymagać od jednak aktorki, choćby jednej z najbardziej utalentowanych gwiazd światowego kina, że szczelnie przykryje absolutnie wszystkie niedostatki danej produkcji. Tym bardziej, gdy jest ich tak wiele, jak w tym omawianym przypadku. Bo warstwa techniczka i prymitywne próby straszenia publiki to według mnie nie jedyne minusy tej produkcji. „Winchester. Dom duchów” zepsuto bowiem już na etapie pisania scenariusza. Historia, którą tutaj opowiedziano co prawda przywiodła mi na myśl „Czerwoną Różę. Z dziennika Ellen Rimbauer”, powieść i jej filmową wersję (chodzi o rozbudowywanie domu za namową istot z zaświatów) i remake „Trzynastu duchów”, bo oryginału jeszcze nie widziałam (przetrzymywanie zjaw w oddzielnych pomieszczeniach w swoim własnym domu), ale wiedziałam, że bracia Spierig i Tom Vaughan nie czerpali z żadnego z tych dzieł. Inspirowali się legendami krążącymi na temat od dawna nieżyjącej Sarah Winchester, wdowy po producencie broni Williamie Wirtcie Winchesterze i jej okazałym domostwie w San Jose w stanie Kalifornia. Choć ta legenda z punktu widzenia dzisiejszej choćby tylko średnio zaznajomionej z gatunkiem osoby do najoryginalniejszych nie należy to na takim fundamencie można było przynajmniej zbudować coś przykuwającego uwagę tych widzów, którzy nie wliczają się do grona sympatyków wielce innowacyjnych horrorów nastrojowych. W tym garncu znanych motywów, włącznie z postawieniem jednej z czołowych bohaterek w pozycji kogoś na kształt medium, znalazło się jednak miejsce na delikatny powiew świeżości. A mianowicie na wątek przekleństwa rodu Winchesterów przez duchy ludzi, którzy padli ofiarami produktu, na którym rzeczona familia dorobiła się fortuny. Scenarzyści dotykają tutaj zagadnienia, o którym w Stanach Zjednoczonych się dyskutuje. Zadają widzom pytanie, czy producentów broni należy winić za śmierć, jaką ona niesie, za zbrodnie popełniane przez jej użytkowników. Sarah Winchester uważa, że tak, że jest współwinna krzywd wyrządzanych przez karabiny Winchester, produkt ojca jej nieżyjącego już męża. Natomiast jej krewna, Marion, nie widzi potrzeby biczowania się za niewybaczalne przewinienia nabywców produktu, na którym wzbogacili się Winchesterowie. Obecność tego zapożyczonego z opowieści o The Winchester Mystery House, wątku, moim zdaniem było dobrym posunięciem, ale już sposób w jaki go wyłuszczono do szczególnie zajmujących nie należał. W „Ławie przysięgłych”, filmie Gary'ego Fledera, opartym na jednej z powieści Johna Grishama, w nieporównanie ciekawszy, dający do myślenia sposób wyłuszczono ten problem. Tutaj stanowił jedynie dodatek do rozterek doktora Erica Price'a, działalności i wierzeń Sarah Winchester związanych z duchami, klasycznego opętania (szczęście, że postawiono na białe oczy, bo one zawsze wywołują u mnie ciarki) i oczywiście manifestacji zjaw podawanych głównie w formie jump scenek, w moim przypadku w całości nieskutecznych. Chociaż sekwencja z lusterkiem i krzesłem wypada całkiem nieźle – nie dlatego, że podrywa z fotela, bo wątpię, żeby wiele osób, tak na nią reagowało tylko przez, w mojej ocenie, najbardziej upiorny wygląd zjawy, spośród wszystkich tych, które pokazano w „Winchesterze. Domu duchów”.

Dla mnie omawiane przedsięwzięcie Michaela i Petera Spierigów nie dobija nawet do przeciętnego poziomu współczesnych mainstreamowych straszaków. Podczas seansu towarzyszyła mi głównie obojętność i nuda, chwilami wręcz trudna do wytrzymania. Takie dopieszczone, przewidywalne tj. nieposiadające nawet nutki szaleństwa, które gwarantowałoby chociaż troszkę nieprzewidywalności, i które jeśli już niekoniecznie przygniatało to przynajmniej muskałoby mnie mrocznym klimatem emanującym ciągłą sugestią widmowego zagrożenia czającego się na protagonistów, zamiast praktycznie poprzestawać na nieskutecznych jump scenkach – takie ghost stories nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Nie potrafię wykrzesać z siebie większej sympatii do takich form przekazu, do takiej narracji, formy, do tak porozkładanych środków ciężkości. Ale samo miejsce akcji (za wyłączeniem spowijającego go klimatu) i oczywiście Helen Mirren docenić umiem. Nie sądzę jednak, żeby to wystarczyło do polecania tego horroru komukolwiek, nawet zagorzałym miłośnikom filmów o duchach.

1 komentarz:

  1. Fabuła wydaje się w sumie ciekawa. Niby to taki typowy horrorek z nawiedzonym domem, ale zazwyczaj wszystko kręci się wokół tego, że domostwo nawiedzają duchy które bezpośrednio w nim zginęły. Także motyw z karabinem jest zupełnie nowy ( a przynajmniej tak mi się wydaje).

    OdpowiedzUsuń