Stronki na blogu

piątek, 25 maja 2018

„Ciche miejsce” (2018)

Małżeństwo, Evelyn i Lee Abbottowie, wraz ze swoimi dziećmi Regan i Marcusem, żyją w świecie wziętym we władanie przez niewidome potwory z niezwykle czułym zmysłem słuchu. Od dawna nie widzieli żadnych innych ludzi, ale bardzo możliwe, że na Ziemi żyją jeszcze takie osoby, jak oni. Jednostki, którym udało się przetrwać, które nauczyły się egzystować w ciszy. Bo hałas przyciąga agresywne potwory, żądne mięsa bestie, które atakują błyskawicznie i nie znają żadnej litości dla innych stworzeń zamieszkujących obecnie tę planetę. Abbottowie przed ponad rokiem przeżyli ogromną tragedię. Stracili najmłodszego członka swojej familii, chłopca imieniem Beau. Evelyn i Lee są gotowi zrobić wszystko, aby taka katastrofa się nie powtórzyła, aby zapewnić jak największą ochronę swoim pozostałym dzieciom. I zamierzają wydać na ten ekstremalnie nieprzyjazny świat kolejnego potomka.

„Ciche miejsce”, horror science fiction w reżyserii Johna Krasinskiego, to jeden z najgłośniejszych tegorocznych filmów grozy, jeśli nie najgłośniejszy (jak do tej pory). Zrealizowany za siedemnaście milionów dolarów amerykański obraz przyniósł trochę ponad trzysta milionów dolarów przychodu, a pozytywnym recenzjom, również od krytyków filmowych, nie ma końca. A z nich wszystkich Krasinskiego ponoć najbardziej ucieszyła pochlebna opinia Stephena Kinga wyrażona na Twitterze. Mówi się, że to żona Johna Krasinskiego, aktorka Emily Blunt, zachęciła go do przyjęcia propozycji objęcia przez niego stanowiska reżysera. Artysta ponadto miał też swój udział w pisaniu scenariusza, nad którym to pracowali też Bryan Woods i Scott Beck (twórcy między innymi „Nightlight”), był jednym z producentów wykonawczych i kreował jedną z pierwszoplanowych postaci. A partnerowała mu jego małżonka Emily Blunt. 
 
„Ciche miejsce” jest dosyć nietypowym filmem. Zwłaszcza w realiach współczesnego mainstreamu. Bo gdyby taka koncepcja zajęła pewną niszę, gdyby projekt ten był kierowany do dużo węższej grupy osób to jego osobliwość najprawdopodobniej tak bardzo nie rzucałaby mi się w oczy. Już od czasu pojawienia się pierwszych zapowiedzi „Cichego miejsca” szczerze wątpiłam w ewentualny sukces tego przedsięwzięcia. Przypuszczałam, że spotka się ono z dużą krytyką, bo film o ludziach zmuszonych do życia w ciszy jakoś nie pasował mi do preferencji dzisiejszej tzw. masowej publiki. Horror niemy? W XXI wieku i to w dodatku na dużych ekranach? Nie, to nie mogło się udać. A jednak się udało (choć okazało się, że pozwolono sobie na trochę komunikacji werbalnej). I był to sukces tak spektakularny, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie mam błędnych wyobrażeń na temat „Cichego miejsca”. Bo ta garść informacji, które zebrałam kazała mi przygotować się na minimalistyczny w formie, kameralny, może nawet iście intensywny horror science fiction (czyli tak jak lubię), który nie uraczy mnie tak powszechnymi we współczesnym głównym nurcie niezliczonymi jump scenkami i niszczącymi realizm efektami komputerowymi. A jako że duża część opinii publicznej zdaje się wprost przepadać za tymi bardziej dynamicznymi, na wskroś efekciarskimi horrorami te pozytywne reakcje widzów po prostu musiały zadziałać na mnie alarmująco. Szybko zmieniłam więc swoje nastawienie i gdy przyszła wreszcie pora na zobaczenie „Cichego miejsca” byłam w pełni przygotowana na... na coś innego. Okazało się, że niepotrzebnie zweryfikowałam swoje podejrzenia względem tego obrazu, że nie było potrzeby mentalnie przygotowywać się do zderzenia z plastikowym tworem wprost przepełnionym sztucznymi efektami specjalnymi. Bo choć tych ostatnich trochę było, i szczerze powiedziawszy patrzenie na to do najłatwiejszych zadań nie należało, to czerpałam pocieszenie z tego, że John Krasinski nie pozwolił, aby te komputerowe twory zdominowały jego film. Tfu, potwory – ślepe monstra niewiadomego pochodzenia obdarzone niezwykle czułym zmysłem słuchu (czyżby zapożyczenie z „Zejścia”?), które niezbyt często „wchodziły” na pierwszy plan, ale gdy już to robiły to ogarniała mnie silna pokusa spuszczenia wzroku z ekranu. I bynajmniej nie dlatego, że budziły one we mnie przerażenie. Już prędzej zażenowanie i bez wątpienia czystą wściekłość. Gdyby nie te mizerne efekty „Ciche miejsce” w moich oczach byłoby horrorem pozbawionym poważniejszych wad, nieporównanie silniej bym tę historię przeżywała, ale jak już wspomniałam, znacznie podniosło mnie na duchu oszczędne dawkowanie zbliżeń na anatomiczne szczegóły tych pikselowych maszkar. I dostałam wystarczająco dużo superlatywów, żeby nie pozwalać sobie na patrzenie na ten projekt Johna Krasinskiego głównie przez pryzmat wkładu twórców efektów specjalnych, choć oczywiście nie potrafiłam być całkowicie ślepa na ten (według mnie) mankament. Scenarzyści „Cichego miejsca” wyszli od całkiem nietypowego, jakże frapującego pomysłu. Postanowili wykreować świat, w którym przetrwać mogą tylko cisi, pokazać postapokaliptyczną wizję Ziemi. A właściwie to jej bardzo wąskiego kawałka. Protagonistami uczynili rodzinę Abbottów – czteroosobową familię żyjącą na farmie, która od dawna nie widziała innych ludzi. Wcześniej ich rodzina składała się z pięciu osób, ale ponad rok temu najmłodsze dziecko Evelyn i Lee padło ofiarą jednego ze skrzydlatych potworów, które to zdziesiątkowały nasz gatunek. Głupio byłoby zakładać, że Abbottowie to ostatni ludzie na Ziemi, ale John Krasinski i jego ekipa przez większość czasu starają się stworzyć taką ułudę (przez większość, bo nie można zapomnieć o pewnym mężczyźnie w podeszłym wieku). Dotkliwe osamotnienie Abbottów ma nam się udzielać. Myśl o niemożliwość przetrwania jedynie tej garstki ludzi jest wypierana przez te jakże przygnębiające obrazy wyludnienia (poza czołowymi bohaterami rzecz jasna), co może przypominać „Jestem legendą”, historię wymyśloną przez Richarda Mathesona kilka razy przekładaną na ekran. Ale jak już zaznaczyłam to tylko ułuda, twórcy nie mówią wprost, że Abbottowie są ostatnimi ludźmi na Ziemi. Wręcz przeciwnie: choćby sceną z nieznajomym staruszkiem dają do zrozumienia, że jest więcej takich niedobitków, a i „głowa rodziny”, Lee, wychodzi z założenia, że gdzieś tam żyją inni. W ciszy.

Emily Blunt, John Krasinski, Noah Jupe i Millicent Simmonds to aktorzy kreujący pierwszoplanowych bohaterów. W każdym przypadku w sposób całkowicie przekonujący, z pełnym profesjonalizmem, bez choćby najmniejszych warsztatowych zgrzytów. Ta ostatnia wciela się w postać głuchej nastolatki, która korzysta z implantu ślimakowego (dzięki niemu słyszy) i co ciekawe Millicent Simmonds rzeczywiście boryka się z tą niepełnosprawnością. Straciła słuch we wczesnym dzieciństwie na skutek przedawkowania leków. Ktoś powie, że aktorzy mieli tutaj ułatwione zadanie, bo w zdecydowanej większości scen nie musieli grać głosem. Poza paroma niezbyt długimi sekwencjami w omawianej produkcji rozmowy toczą się tylko za pomocą języka migowego. Czasami idącego w parze z tak cichym, że ledwo wychwytywanym przez moje uszy szeptem. Mnie wydaje się jednak, że granie głównie twarzą, mimiką, jest pewnym wyzwaniem dla aktora, rozpościera przed nim, nie wiem czy trudniejsze, ale na pewno nowe zadania, z których musi się wywiązać, jeśli chce przekonać współczesną publikę do swojej kreacji. Sprawić, aby widz utożsamił się z protagonistami, albo przynajmniej żeby nie był mu obojętny ich los. W „Cichym miejscu” ten czynnik jest kluczowy. Ten, komu nie będzie zależało na Abbottach, kto będzie na nich patrzył jak na „mięso armatnie” nie będzie przeżywał tej historii tylko śledził ją z pozycji chłodnego, osobiście niezaangażowanego obserwatora. Myślę jednak, że widzów odpornych na czar odtwórców czołowych ról i na magnetyzm tych mocno nastrojowych zdjęć, budzących uwierające wręcz poczucie izolacji od wszystkiego co znane i bezpieczne z jednoczesną bliskością wszystkiego co obce i zagrażające życiu, nie będzie zbyt wielu. John Krasinski i jego ekipa nakręcili to bowiem tak, aby, ani oddany miłośnik dynamicznych, efekciarskich horrorów, ani osoba wprost ubóstwiająca bardziej kameralne, nastawione na emocje kino grozy nie czuł się pominięty. Niektórym może się to wydać wprost niewiarygodne, ale udało im się znaleźć punkty styczne dla tych dwóch jakże odmiennych form przekazu i na ich fundamentach wybudować może nie tak do końca nową, ale na pewno nieczęsto spotykaną niszę, w której to rozpędzona akcja idealnie zazębia się z wprost kipiącą emocjami warstwą psychologiczną i stricte nastrojową. Taką która bazuje na nieustannie nawarstwiających się, konsekwentnie intensyfikowanych emocjach, zwłaszcza na napięciu, bo tego „Ciche miejsce” dostarczyło mi aż nadto. To film o prawdziwej, niepohamowanej sile rodzicielstwa, o tak potężnej miłości do własnych dzieci (i tak ogromnej potrzebie przedłużania gatunku, wydawania na świat kolejnych swoich potomków), że potrafiącej przezwyciężyć odwieczny strach przed śmiercią. Popychającej do czynów ryzykownych, każącej zawsze stawiać swoje dzieci na pierwszym miejscu, myśleć przede wszystkim o ich bezpieczeństwie, a nie swoim własnym. Nic nowego pod słońcem, nic zaskakującego, nic stojącego w sprzeczności z naturalnymi rodzicielskimi instynktami, odruchami. Ale to nic, bo pokazano to w tak emocjonujący, wręcz zaciskający krtań sposób, osnuto to tak gęstą atmosferą nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, że absolutnie nie ma się za złe scenarzystom wykorzystania takiego nieodkrywczego przesłania.

Początkowo rozważano wcielenie tego projektu do cyklu filmów spod znaku „Cloverfield”, ale ostatecznie zdecydowano się zrobić z tego oddzielny obraz. John Krasinski, Scott Beck i Bryan Woods byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy, co ten ostatni uzasadnił tym, że jako twórcy woleli oni nakręcić coś swojego, coś oryginalnego, niepodpinającego się pod dokonania innych. Co wcale nie znaczy, że teraz skoncentrują się wyłącznie na tworzeniu innych oddzielnych projektów, bo Beck i Woods ogłosili już, że mają pomysł na sequel „Cichego miejsca”, wyprodukowaniem, którego wytwórnia Paramount Pictures jest jak najbardziej zainteresowana. A po tym co zobaczyłam w tej odsłonie nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać kciuki za wcielenie w życie tych planów, w czym zapewne nie jestem odosobniona. Bo niewiele współczesnych horrorów może pochwalić się tak dobrym przyjęciem przez widzów, jak „Ciche miejsce” Johna Krasinskiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz