Stronki na blogu

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

„Ma” (2019)

Erica przeprowadza się wraz ze swoją nastoletnią córką Maggie do niewielkiego miasta, w którym dorastała. Kilka dni później Maggie zostaje zaproszona na imprezę przez cieszącą się popularnością w szkole swoją rówieśniczkę Haley. Zabawa zostaje odwołana, dziewczyny i trzech chłopców w ich wieku, Andy, Chaz i Darrell, postanawiają więc spędzić czas na tutejszym gruzowisku. Wcześniej jednak udają się w pobliże sklepu w nadziei, że uda im się namówić jakąś dorosłą osobę na kupienie im alkoholu. Po wielu bezskutecznych próbach znajdują kogoś takiego. Czarnoskórą kobietę pracującą w miejscowym gabinecie weterynaryjnym o imieniu Sue Ann. Ale dla nastolatków jest nieznajomą. Do czasu. Sue Ann wkrótce oferuje im swoją piwnicę na zakrapiane alkoholem spotkania. Miejsce to szybko staje się przystanią dla wielu licealistów chcących poimprezować. Swoją dobrodziejkę, Sue Ann, młodzi ludzie nazywają Ma i chętnie bawią się w jej towarzystwie. Nie wiedzą jednak o niej wszystkiego.

Pewnego dnia Tate Taylor, twórca „Ładnych brzydkich ludzi” (2008), „Służących” (2011), „Get on Up” (2014) i „Dziewczyny z pociągu” (2016), filmu opartego na głośnej powieści Pauli Hawkins pod tym samym tytułem, zapragnął wyreżyserować coś popieprzonego. Jego przyjaciel, producent Jason Blum, wręczył mu więc dopiero co zakupiony scenariusz Scotty'ego Landesa. Taylor właśnie czegoś takiego szukał. Uznał jednak, że tekst wymaga paru poprawek. Tytułowa postać w oryginalnym scenariuszu nie miała swojej historii. Była bardzo enigmatycznym czarnych charakterem, człowiekiem „pozbawionym przeszłości” i niemogącym budzić w widzach żadnych cieplejszych uczuć. Taylor postanowił to zmienić. To i kolor skóry antybohaterki. W tej roli od początku bowiem widział Octavię Spencer, aktorkę z którą już pracował („Służące”, „Get on Up”) i z którą ma przyjacielskie stosunki. Spencer przyjęła jego propozycję jeszcze przed lekturą scenariusza. Zanim pierwszy kwartał 2018 roku dobiegł końca thriller (oficjalnie klasyfikowany również jako horror) „Ma” był już gotowy. Ale na premierę przyszło mu czekać aż do końcówki maja 2019 roku. Kosztująca w przybliżeniu pięć milionów dolarów, szeroko dystrybuowana produkcja Tate'a Taylora, dotychczas przyniosła trochę ponad sześćdziesiąt milionów dolarów przychodu i dostała dwie nominacje do nagrody Saturna: najlepszy thriller i najlepsza aktorka Octavia Spencer. Wyniki zostaną ogłoszone we wrześniu 2019 roku.

Główna pozytywna rola (licealistki o imieniu Maggie) w „Ma” przypadła w udziale Dianie Silvers, która według mnie tego niezbyt trudnego zadania nie udźwignęła. Głównie przez „drewnianą” dykcję”. Juliette Lewis w roli matki Maggie, w mojej ocenie poradziła sobie nieporównanie lepiej, a bo i doświadczenie aktorskie ma dużo większe. Octavia Spencer jako Sue Ann zwana Ma, oczywiście świeciła najjaśniej. Bez dwóch zdań. Ale muszę też wyróżnić McKaley Miller, która wcieliła się w postać popularnej uczennicy liceum, Haley. Ta przebojowa, bezczelna osoba, szybko zaprzyjaźnia się z Maggie, która niedawno wprowadziła się do miasta. I która, jak to często z takimi relacjami w horrorach bywa (zwłaszcza w slasherach) znacznie się od niej różni. Do picia alkoholu Haley nie musi jej namawiać, ale już od innych używek Maggie w przeciwieństwie do niej stroni. Stosunek do tychże jest jednak zjawiskiem drugorzędnym – ważniejsze jest ich podejście do innych ludzi. Haley nie liczy się szczególnie z uczuciami innych. Zawsze mówi to, co myśli i nie obchodzi ją, że może tym kogoś urazić. Maggie ewidentnie ma zdecydowanie więcej empatii. Również dla osoby, w dobre intencje której przestaje wierzyć. Ale to potem, bo na początku jest tak samo oczarowana Sue Ann, jak wielu jej rówieśników. Scenarzysta „Ma” wyszedł od dosyć interesującego pomysłu. Motywu, z którym chyba jeszcze w kinie grozy się nie spotkałam. Znajomość Maggie, Haley, Andy'ego, Chaza i Darrella z czarnym charakterem, kobietą w średnim wieku, rozpoczyna się, gdy ta zgadza się kupić im alkohol. Brzmi znajomo? Ja w każdym razie dobrze to znam. Ale na szczęście nigdy nie natrafiłam na kogoś takiego, jak Sue Ann. W pewnym sensie można to traktować jako przestrogę (w „Ma” jest jeszcze jedna, ważniejsza) dla tych młodych osób, które godzinami wystają pod sklepem w nadziei na to, że znajdą kogoś, kto zgodzi się zaopatrzyć je w alkohol. Uważajcie młodzieży, bo możecie spotkać kogoś takiego, jak tytułowa postać omawianego filmu. Na początku pewnie będziecie wdzięczni losowi za kogoś takiego. Koniec problemów z zakupem alkoholu i szukaniem miejsca na huczne imprezy. Spełnienie marzeń, prawda? Nastoletni protagoniści „Ma” właśnie tak na to patrzą. W przeciwieństwie do odbiorcy filmu. W jego głowie już podczas pierwszego spotkania piątki młodych ludzi z Sue Ann, najpewniej odezwie się sygnał alarmowy. Nie zwiedzie ich miła twarz Octavii Spencer i wyrozumiałość, jaką jej bohaterka okazuje nastolatkom. Odbiorca nie będzie miał wątpliwości, że owa wyrozumiałość jest fałszywa, że postać ta ma względem nich jakieś niecne zamiary. Podczas tego pierwszego spotkania młodych ludzi z Sue Ann może jeszcze to nie nastąpi, ale niedługo potem najprawdopodobniej część widzów uzna, że ma do czynienia z bandą bezmyślnych małolatów. Powie sobie: ja byłbym mądrzejszy. Może i tak, ale ja tam takiego komfortu nie miałam. Nie mogłam spojrzeć tak krytycznym okiem na nastolatków ochoczo korzystających z gościnności obcej osoby, bo podejrzewam, że na ich miejscu (w ich wieku) postąpiłabym tak samo. Co nie znaczy, że wszystkie ich zachowania były dla mnie w pełni zrozumiałe. Gdy ich relacja z Sue Ann w końcu zaczęła się psuć, gdy zaczęły docierać do nich sygnały, że z tą kobietą jest coś nie tak, nie potrafili wytrwać w postanowieniu trzymania się z dala od jej piwnicy. Ciągle tam wracali, bo potrzeba uczestniczenia w hucznej zabawie była silniejsza od podejrzeń żywionych względem osoby, z gościnności której tak często korzystali.

„Ma” oficjalnie sklasyfikowano jako hybrydę horroru i thrillera, ale osobiście nie znalazłam w tej produkcji niczego, co mogłabym podciągnąć pod ten pierwszy z wymienionych gatunków. Niektórzy znaleźli w scenariuszu podobieństwa do dwóch obrazów opartych na powieściach Stephena Kinga. Ale te tematy dosyć często przewijają się w kinematografii. Kreśląc przeszłość Sue Ann Tate Taylor czerpał ze swoich wspomnień ze szkolnego okresu. Z doświadczeń kogoś innego, kogo smutny los miał nieprzyjemność obserwować. Reżyser „Ma” nie chciał by widz miał jednoznacznie negatywny stosunek do tytułowej postaci. Zależało mu na tym, żeby widownia miała dla niej trochę współczucia. Zależało mu na nostalgii. I jeśli o mnie chodzi to faktycznie spoglądałam na tę postać łaskawszym okiem. O tyle o ile. Jej przeżycia z czasów licealnych i obecne rozpaczliwe zabieganie o sympatię nastolatków budziły we mnie niemałe współczucie, ale (zgodnie z zamysłem Tylora) daleka jeszcze byłam od stanięcia po jej stronie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: UWAGA SPOILER wstrętem napawa mnie karanie dzieci za grzechy ich rodziców KONIEC SPOILERA. Z drugiej jednak strony nie jestem przekonana, czy całą tę niecodzienną sytuację można sprowadzić do tego jednego wymiaru. Odnosiłam bowiem wrażenie, że tytułową postacią kieruje przede wszystkim potrzeba nadrobienia tego, z czego tak naprawdę okradziono ją w okresie nastoletnim. A w każdym razie wówczas tego nie miała i bynajmniej nie dlatego, że o to nie zabiegała. Sue Ann nie jest tylko oprawczynią, ale również ofiarą. Ofiarą pragnień, które ma przynajmniej większość ludzi. Ofiarą rówieśników i ofiarą niezdrowej obsesji. Gdybym miała wystawić subiektywną ocenę „Ma” jedynie za tytułową postać, to byłaby ona wyższa, ale ta produkcja to nie tylko interesująca, chociaż niezbyt oryginalna, konstrukcja antybohaterki. To też plejada nieciekawych jednostek, włącznie z główną bohaterką, ale z pominięciem jej nowej przyjaciółki. Nie żeby ta ostatnia zachowywała się mądrze, ale jej rozrywkowy sposób bycia i dosyć wredny charakterek, bądź co bądź, były przyjemną przeciwwagą dla posiadającej cechy final girl, uczynnej, starającej się postępować właściwie Maggie. Grzecznej, ale i nudnej. Jednak potem... Powiedzmy, że sytuacja jest dynamiczna. Chociaż to też niezbyt adekwatne podsumowanie rozwoju wydarzeń. Bo po nadmiernie rozciągniętych w czasie beztroskich przygodach młodych ludzi (imprezy, imprezy, imprezy), okraszanych jasnymi sygnałami, że z ich dobrodziejką jest coś mocno nie tak, ale bynajmniej niepodawanymi w sposób, w którym widać by było jakieś większe starania w kierunku intensyfikowania napięcia, budowania jakiegoś mocniejszego nastroju od tego, którym najczęściej raczy nas współczesny mainstream, przychodzi pora na jeszcze trochę imprez i bardziej zdecydowane, ale wciąż niezatrważające, posunięcia Sue Ann. Innymi słowy: jest zdecydowanie za grzecznie. Zdjęcia nie trącą plastikiem – nie jest szczególnie mroczno, ani ponuro, ale i nie jest przesadnie kolorowo, warstwa wizualna nie jest zbyt mocno skontrastowana, ale i nie jest stosownie przymglona, o przybrudzeniu już nie wspominając. W każdym razie coś konkretniejszego z tych obrazów dałoby się sklecić, gdyby tylko popracowano nad ruchem kamer. Mniej pośpiechu, więcej intensywności. Bo nawet zakazane wędrówki nastoletnich dziewcząt po domu Sue Ann, te momenty, które z definicji powinny podsycać złe przeczucia, dawać odbiorcy silne poczucie znajdowania się u progu istnego koszmaru, nie działały tak, jak powinny. Zamiast z narastającym napięciem wpatrywać się w ekran, przyjmowałam to z obojętnością. Wychodzi więc na to, że chyba ów pośpiech, który twórcy „Ma” sobie narzucili nie był takim złym pomysłem, bo dzięki temu nie musiałam długo czekać na finalizacje tych nieefektywnych sekwencji. Nie żeby zrzucano wówczas na mniej jakieś bomby – nawet nie petardy, bo to w gruncie rzeczy bardzo przewidywalny obraz (korzystający z paru znanych motywów, których twórcom nie udało się przez odpowiednio długi czas przynajmniej przede mną ukryć), podany w dosyć łagodnej formie. Broniący się trochę warstwą psychologiczną – sylwetką tytułowej antybohaterki – w miarę łatwo przyswajalną, acz niezbyt emocjonującą narracją i końcówką, bo dopiero tam znalazłam bardziej charakterystyczne, nie tak ugrzecznione jak dotychczas wizualne akcenty. Nie żeby wcześniej było zupełnie niewinnie, ale nie sądzę, żeby miłośnicy filmowych thrillerów (i tym bardziej horrorów) uznali, że bywało równie drastycznie i/lub pomysłowo. Niemniej miażdżących ciosów radzę się im nie spodziewać – końcówka moim zdaniem jest najmocniejszą partią „Ma”, ale powiedzmy sobie szczerze: kino obdarowywało nas już nieporównanie śmielszymi akcentami.

Drugi, po „Dziewczynie z pociągu”, thriller w reżyserskiej karierze Tate'a Taylora, tak samo jak ten pierwszy, absolutnie mnie nie porwał. Przeciętny dreszczowiec, który nie wiedzieć czemu został też przypisany do horroru, z nieprzeciętną kobiecą kreacją. Wspaniale odegraną i dobrze rozpisaną antybohaterką i bandą nieostrożnych młodych ludzi, którzy na swoje nieszczęście ochoczo korzystają z jej gościnności. To jeden z tych filmów, których obejrzenia ani nie żałuję, ani się z tego nie cieszę. Jeśli nie ma się nic przeciwko filmowym thrillerów i jeśli nie ma się zbyt dużych wymagań, to myślę, że bez obaw można po to sięgnąć. Wątpię, żeby wielu widzów wyszło z tej przygody z maksymalną satysfakcją, ale jako taki zapychacz wolnego czasu „Ma” może się nadać.

1 komentarz:

  1. Lubimy takie historie, w których niby wszystko jest ok, a podejrzewamy, że jednak nie jest. Dlatego obejrzymy, gdy nadarzy się okazja. :)

    OdpowiedzUsuń