Stronki na blogu

niedziela, 13 października 2019

„Przeklęty hotel” (2016)


Po wyjściu z więzienia Nicky, wraz ze swoim przyjacielem Jimmym, odnajduje swoją córkę Elizę. Młodą kobietę związaną z uzależnionym od narkotyków Bogdanem, która okradła własną matkę. Nicky i Jimmy, wbrew ich woli, zabierają zakochanych na nocną przejażdżkę po leśnej drodze gdzieś w Karpatach, podczas której dochodzi do wypadku. Nie ma wśród nich ofiar śmiertelnych, ale samochód nie nadaje się do jazdy, a oni znajdują się na kompletnym pustkowiu. W pobliżu stoi jednak opuszczona nieruchomość, niegdysiejszy hotel, w którym postanawiają się schronić. Wkrótce odkrywają, że nie są w nim sami, że w budynku osiadła grupa kanibali, która urządza sobie tutaj polowania na ludzi.

Rumuński anglojęzyczny horror „Hotel of the Damned” („Przeklęty hotel”) jest dziełem debiutującego w pełnym metrażu Bobby'ego Barbacioru, który poza reżyserią zajmuje się również pisaniem scenariuszy i produkcją filmów. Scenariusz, pod roboczym tytułem „Hotel Kill”, napisali Luca Bercovici, najprężniej rozwijający się w aktorstwie i niemający doświadczenia w branży filmowej Paul Petcu Budżet filmu zauważalnie nie był wysoki, co przełożyło się również na dystrybucję. Choć „Przeklęty hotel” niewątpliwie został nakręcony z myślą o arenie międzynarodowej, to został rozprowadzony na dosyć wąską skalę. Szerszą jednak w Stanach Zjednoczonych niż w swojej rodzimej Rumunii – VOD i DVD.

Wpadająca w oko animowana czołówka „Przeklętego hotelu” nastroiłam mnie w miarę optymistycznie na ten tworek Bobby'ego Barbacioru. A pierwsze sceny filmu nie tylko tego optymizmu nie przytłumiły, ale wręcz go podsyciły. Burzliwa sytuacja, która już na początku się zarysowała obiecywała bowiem coś niekoniecznie innowacyjnego, ale na pewno mniej rozpowszechnionego w krwawym/umiarkowanie krwawym kinie grozy. Mamy oto człowieka, który właśnie wyszedł z więzienia i wraz ze swoim najlepszym przyjacielem odszukał niesforną córkę, po drodze dowiadując się, że okradła ona własną matkę i związała się z narkomanem, który wciągnął ją w narkotyki i prawdopodobnie ma względem niej dużo potworniejsze plany. Ojciec chce wyrwać córkę z tej matni, w którą sama się wpędziła, ale jej jest dobrze tak jak jest. Ta szybko staczająca się młoda kobieta ma na imię Eliza i bynajmniej nie jest zadowolona z widoku ojca. Nie chce mieć z nim nic wspólnego i tego przed nim nie ukrywa. Nicky, bo takie imię nosi jej tata, nie zamierza jednak pozwolić by jego dziecko zmarnowało sobie życie. Z pomocą swojego przyjaciela Jimmy'ego zaciąga więc Elizę i jej chłopaka Bogdana do samochodu i ruszają w leśne ostępy. Konflikt pomiędzy Nickym i Elizą oraz nienawiść tego pierwszego (i Jimmy'ego) do jej partnera napędzają scenariusz, pomimo ewidentnego przerysowania tych postaci. Louis Mandylor (Nicky), Roxana Luca (Eliza), Peter Dobson (Jimmy) oraz Bogdan Marhodin (Bogdan), delikatnie mówiąc, nie wypadają przekonująco. Myślę jednak, że większa w tym wina reżysera i scenarzystów niż aktorów. Nierzadkie egzaltowane wybuchy złości bohaterów kojarzyły mi się z podrzędnymi przedstawieniami teatralnymi. Z amatorskimi inscenizacjami, w których aż roi się od nie do końca uzasadnionych monologów i dialogów. Tak wiem, że do słownych starć pomiędzy, powiedzmy, pozytywnymi postaciami, nie dochodziło bez powodu, ale to, jak powpychano je w fabułę i w jaki sposób to odegrano, nie wyglądało naturalnie. Coś w stylu: przerywamy audycję, by na siebie powrzeszczeć. A potem jak gdyby nigdy nic kontynuujemy wspólną walkę o przetrwanie. Po niedługim wstępie, podczas którego poznajemy bohaterów, wracamy do sceny z prologu – wypadku samochodowego, do którego dochodzi w karpackim lesie. Pojazd wypada z drogi, ale szczęściem wszyscy pasażerowie wychodzą z tego cało. O tyle o ile, bo Eliza odnosi niegroźne obrażenia głowy, a Jimmy jest na tyle poważnie ranny, że ledwo chodzi. Na początku, bo jego ciało, niczym wampirze, szybko się regeneruje – jeszcze tej samej nocy będzie biegał i walczył wręcz z kanibalami, które zaanektowały stojący na tych terenach niszczejący budynek. Tytułowy hotel, w którym czwórka naszych bohaterów postanawia przeczekać noc. Sceneria niemało obiecuje. Skąpany w gęstych ciemnościach (i sztucznej mgle, z którą zdecydowanie przesadzono) las otaczający zniszczony budynek zamieszkały przez kanibali. Akcja rozegra się w jego wnętrzu – w mrocznym, niefunkcjonującym już hotelu. W pozostawionej na pastwę żywiołów dużej nieruchomości, w której znajduje się niewiele mebli. Starych, zniszczonych sprzętów zalegających w obecnie zawilgoconych, obdrapanych pomieszczeniach. Nieprzenikniona ciemność spowija wszystkie kąty, ale na głównym planie jest na tyle rozpraszana, żeby widz nie miał większych problemów z rejestrowaniem szczegółów, nie mając przy tym bolesnego poczucia niedostatku mroczności, która przecież w takim miejscu i w ten nocnej porze panować musi. Więcej światła podkopałoby realizm. Z drugiej strony niezbyt wielka byłaby to strata, bo realizm i tak raz za razem jest podkopywany. Takim, a nie innym, prowadzeniem postaci. Nasi rozbitkowie wprawdzie wiedzą, że powinni zachowywać się cicho, bo polują na nich kanibale, ale pokusa powrzeszczenia na siebie bywa silniejsza. Mniejsza z tym, że mnie zjedzą, najważniejsze, żeby się wykrzyczeć. To w końcu działa oczyszczająco – jak już sobie powrzeszczę na kompanów, to wraca mi chęć do dalszej walki z prymitywami łaknącymi mojego soczystego mięska. Mogę już spokojnie wędrować ramię w ramię z osobami, które dopiero co tak donośnie atakowałem. Wędrować, wędrować i... tutaj niespodzianka: dalej wędrować. Raz powoli, ukradkiem, innymi razy biegiem i hałaśliwie, przemierzać mroczne korytarze niegdysiejszego hotelu w głębi lasu, wciąż i wciąż umykając brudnym osobnikom nieporozumiewającym się w żadnym języku. Najpewniej w ogóle nie potrafią mówić, ale dają sobie znaki – między sobą potrafią się porozumieć, między nimi jest jakiś prymitywny kontakt i oczywiście wielka zażyłość. W końcu łączy ich nietypowe zamiłowanie kulinarne. I najpewniej opóźnienie w rozwoju.

„Przeklęty hotel” Bobby'ego Barbacioru jest porównywany głównie do filmowej serii horrorów „Droga bez powrotu”. Nie bez powodu, bo przecież omawiany film też traktuje o niedorozwiniętych umysłowo kanibalach polujących na ludzi w leśnych ostępach. Najbardziej kojarzyło mi się to z czwartą odsłoną (prequelem) „Drogi bez powrotu” w reżyserii Declana O'Briena. Akcja „Przeklętego hotelu” nie rozgrywa się co prawda zimą, ale tutaj też mamy zaniedbany obszerny budynek usytuowany w lesie, który stanowi schronienie dla żywiącego się ludzkim mięsem klanu. I w którym prowadzi on swoją, tutaj dużo mniej, krwawą działalność. Odcięte kończyny (wygenerowane komputerowo) „ozdobią” napisy końcowe. Wcześniej radzę krwawych efektów nie wypatrywać, bo praktycznie ich nie ma. Jedna sekwencja kanibalistycznej uczty wprawdzie się pojawia, ale nie dość, że nie trwa długo, to na dodatek jest tak oszczędna w formie, na tyle wydelikacona, że podejrzewam, iż nawet osoby bardzo wrażliwe na takie widoki w filmach, będą na to nieczułe. A to i tak najlepsze (jakkolwiek dziwnie to brzmi) co mnie spotkało od chwili wyjścia Elizy z zapuszczonej łazienki w pozornie niezamieszkałym dawnym hotelu. W tej scence widać starania twórców w kierunku zaniepokojenia odbiorców, a przynajmniej podniesienia napięcia. Nie twierdzę, że to się udało, ale w coś w rodzaju drobnego dyskomfortu emocjonalnego ten incydent mnie wprawił. Coś tam czułam. Coś poza nudą, która nokautowała mnie potem. Moje powieki robiły się coraz cięższe i cięższe, aż w końcu odpłynęłam. Na parę sekund, ale nie musiałam długo czekać na powtórkę. I znowu, i znowu... Zamiast jednak wykorzystać okazję i osunąć się w ramiona snu, każdorazowo cofałam film o te minuty, które przegapiłam. I za każdym razem okazywało się to zupełnie niepotrzebne. Opuszczałam bohaterów gdy wędrowali po ciemnych korytarzach niegdysiejszego hotelu, a gdy do nich wracałam jeszcze wędrowali. A co się działo, gdy miałam zamknięte oczy? Tak Proszę Państwa: ich wędrówka trwała w najlepsze. Dobrze, trochę upraszczam. „Przeklęty hotel” tak naprawdę jest bardziej złożony – bohaterowie robią sobie krótkie postoje w niektórych pomieszczeniach tytułowego budynku, gdzie albo się kłócą, albo starają się odeprzeć ataki kanibali. Od czasu do czasu walczą z nimi wręcz, a jeszcze częściej strzelają do nich z pistoletów. Trzymają się razem – robią wszystko, by się nie rozdzielić, co im się chwali, bo w tego typu filmach częściej obiera się zgoła inną strategię. Ale później sytuacja się... hmm, komplikuje? Czy w tym przypadku w ogóle można użyć tak wielkiego słowa? To chyba trochę niestosowne, nie sądzicie? Bo przecież cała ta opowieść sprowadza się do czwórki ludzi ściganej przez grupę kanibali. W takcie jednej nocy, w domyśle od dawna niefunkcjonującym hotelu położonym w karpackim lesie. Ci uciekają, ci ich gonią. A od czasu do czasu ktoś kogoś zabije w niemalże bezkrwawy sposób (tj. nam widok substancji imitującej krew jest bardzo oszczędzany). Niejaką atrakcją (bez przesady) są ujęcia brudnych, czasami wykrzywionych w szkaradnych grymasach, twarzy agresorów. Charakteryzacja jest dosyć skąpa – dużo uboższa od tej zapamiętanej z horrorów spod znaku „Wrong Turn” („Droga bez powrotu”) - ale to akurat mi nie przeszkadzało. Lepszy daleko idący minimalizm od nadmiernego efekciarstwa, tak uważam. Ale fabuła to już zupełnie inna sprawa. Naprawdę tak trudno wymyślić coś, co chociażby z lekka ożywiłoby tę opowieść. Coś więcej niż tylko wędrówki, strzelanki i zapasy pomiędzy zdrowymi psychicznie osobnikami i tymi mniej zdrowymi. Tak, dało się! W ostatniej partii dochodzi do... No dobrze prawie dochodzi, ale to przecież już coś, prawda? Nie powiem, może i ta maksymalnie uproszczona ścieżka fabularna byłaby lepiej przyswajalna, gdyby postawiono na bardziej intymną pracę kamer. Miejsce akcji jest mroczne, ale niewiele z tego wynika. Zamiast z napięciem śledzić przebieg tej nocnej pogoni po skąpanym w całkiem gęstych ciemnościach, sporych rozmiarów budynku, zamiast niemal na własnej skórze odczuwać izolację bohaterów i z narastającą obawą wypatrywać czających się kanibali, zamiast z uwagą śledzić zdecydowane ataki, jakie przypuszczają na miastowych, z utęsknieniem wypatrywałam napisów końcowych. Obojętność to mało powiedziane – seans „Przeklętego hotelu” w większości był dla mnie zaciekłą walką. Walką z sennością (którą często przegrywałam, ale od czego jest funkcja cofania?), ze zniecierpliwieniem, coraz to większym i większym zniechęceniem. A w nagrodę za dotrwanie do planszy końcowej dostałam... No cóż, gdy wreszcie te męki dobiegły końca ogarnęło mnie poczucie kompletnego zmarnowania czasu. I wściekłość na siebie.

Moja wina. Nikt nie zmuszał mnie do seansu „Przeklętego hotelu” Bobby'ego Barbacioru. Nie ma obowiązku oglądania tego niskobudżetowego horroru kanibalistycznego, który przyszedł do nas z Rumunii. Wcale nie trzeba po to sięgać, nawet jeśli jest się fanem filmów grozy o ludziach żywiących się mięsem swoich bliźnich - tak podejrzewałam. Początek tchnął we mnie trochę entuzjazmu, oddalił złe przeczucia, ale stosunkowo szybko stało jasne, że ów optymizm był stanowczo przedwczesny. A skoro już popełniłam ten błąd zasiadając do „Przeklętego hotelu”, to mogłam przynajmniej przerwać seans. Oszczędzić sobie dalszych mąk. Ale nie, ja „mądra głowa”, postanowiłam trwać do końca. Zawziąć się i wytrzymać do zbawiennych napisów końcowych. Nie pytajcie co mną kierowało, bo ode mnie się tego nie dowiecie. Nie mam bladego pojęcia, po co mi to było. Dla wielu krótkich drzemek? Cóż, jeśli komuś, tak jak mnie, sen przychodzi z trudem, to ma to swoją wartość. Tym osobom polecam więc ten pełnometrażowy reżyserski debiut Bobby'ego Barbacioru. To może być skuteczniejszy środek od tabletki nasennej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz