Stronki na blogu

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Edward Strun „Nadir”


Grupa więźniów od kilkudziesięciu lat przemierza przestrzeń kosmiczną na pokładzie Nadira, statku, którym przez cały czas steruje komputer. Skazańcy są jedynymi pasażerami. Nie znają celu tej podróży, nie mogą nawet być pewni, że dokądś zmierzają. Wiedzą jedynie, że to kara za zbrodnie popełnione na Ziemi, na którą prawie na pewno nigdy już nie powrócą. Jednym z pasażerów Nadira jest Logan Millfox, oczytany mężczyzna, który pewnego dnia zostaje wezwany na dolny pokład przez samozwańczego przywódcę tego latającego obiektu. Okazuje się, że dokonał on niepokojącego odkrycia. Odkrycia mogącego świadczyć o tym, że na pokładzie Nadira jest szpieg, że wśród nich jest ktoś pracujący dla rządu. Nieformalny przywódca statku jest zdeterminowany by poznać tożsamość tej osoby, a w tym celu zamierza wykorzystać Logana. Nie trzeba długo czekać, aż poszukiwania szpieg zamienią się w poszukiwania bezwzględnego mordercy. Człowieka, który z jakiegoś sobie tylko znanego powodu kolejno eliminuje przymusowych pasażerów Nadira.

Pierwsza powieść, pt. „Wolność urojona”, polskiego autora piszącego pod pseudonimem Edward Strun ukazała się w 2014 roku, a na kolejną jego fanom przyszło czekać aż pięć lat. Absolwent Wydziału Budownictwa Politechniki Śląskiej i zapalony miłośnik hard science fiction, czerpiąc inspirację z „Symetrii” Konrada Niewolskiego i „Robota” Adama Wiśniewskiego-Snerga skonstruował opowieść będącą połączeniem jego ulubionego gatunku z nie tak znowu klasycznym kryminałem. Nasuwający co prawda skojarzenia z „Morderstwem w Orient Expressie” Agathy Christie, ale tylko w szczegółach. W ogólności „Nadir” kroczy inną ścieżką. Ścieżką, która w zasadzie powinna połączyć „dwa (nie)zwaśnione rody” - fanów science fiction i miłośników kryminałów.

Seryjny morderca na pokładzie statku kosmicznego. I nie jest to ósmy pasażer „Nostromo” tylko prawdopodobniej homo sapiens. Przypuszczalnie jeden z przestępców skazanych na tę międzygwiezdną podróż... donikąd? To możliwe, ale równie prawdopodobne jest to, że tytułowy statek kosmiczny w końcu gdzieś wyląduje. Na Ziemię już raczej nie wróci, a w każdym razie przymusowi pasażerowie Nadira zdają się być już pogodzeni z tą myślą. Kiedy ich poznajemy mają już za sobą prawie pięćdziesiąt lat przeprawy przez przestrzeń kosmiczną. Aktualnie znajdują się mniej więcej czterdzieści lat świetlnych od domu i przynajmniej na razie nie mają powodów, by sądzić, że w najbliższym czasie wydostaną się ze swojego więzienia. Bo Nadir w gruncie rzeczy jest ich więzieniem. Więzieniem, na który w zupełności sobie zasłużyli? Edward Strun stawia swoich czytelników przed tym dylematem, aczkolwiek nie powiedziałabym, że to najtrudniejsza kwestia, jaką porusza w omawianej powieści. Nie, nie najtrudniejsza. To niewłaściwe słowo. Trafniejsze pewnie będzie „najbardziej niewygodna”. Bo autor „Nadira”, najczęściej ustami niejakiego Franka, formułuje tezy, które osobom przekonanym o wspaniałości gatunku ludzkiego (a takowych jest zaskakująco wielu), o niezmierzonym miłosierdziu chrześcijańskiego Boga i w ogóle całej naszej ziemskiej egzystencji, mogą dać do myślenia. Albo nielicho zbulwersować. Nie należy przez to rozumieć, że Strun przelał na karty „Nadira” jakieś szerzej nieznane twierdzenia, ale na pewno wciąż budzące kontrowersje. Strun nie narzuca nam jakichś swoich poglądów na świat i człowieka przekonanego, że Ziemia jest jego własnością (Matka Natura pewnie pęka ze śmiechu). Wyraźnie „nie opowiada się po żadnej stronie”, już prędzej zadaje pytania, na które sami, jeśli zechcemy, musimy sobie tak czy inaczej odpowiedzieć. Zaprasza nas do dyskusji, zamiast robić z siebie jakiegoś guru, pokroju na przykład pierwszego lepszego polskiego polityka. Frank formułuje swoje, dla niektórych pewnie śmiałe, przemyślenia, ale my wcale nie musimy się z nimi zgadzać. Nie tylko dlatego, że padają one z ust mordercy, a więc człowieka niekoniecznie godnego zaufania. Po prostu możemy z nim polemizować. Strun zostawia nam taką przestrzeń, samemu będąc kimś w rodzaju arbitra. Narrator Logan Millfox wprawdzie nie wdaje się z Frankiem w zażarte dysputy, ale czyni nieśmiałe uwagi, które można nazwać opozycyjnymi. Ale to taka opozycja z niższej półki – niezbyt zaangażowana, też raczej niegodna zaufania, niemniej mogąca stanowić swego rodzaju kotwicę dla osób patrzących na świat w mniej czarnych barwach od Franka. Pewności jednak nie mam, bo... Miałam ten komfort, że nie musiałam stawać przeciwko Frankowi w tych niezbyt długich dyskusjach o, ogólnie rzecz ujmując, tak zwanym człowieczeństwie. Owszem, zdarzało się, ale to były raczej detale. Nie mogę powiedzieć, że udzielał mi się jego skrajnie pesymistyczny ogląd świata, że zaraził mnie swoim, jak by na to nie patrzeć, przygnębiającym spojrzeniem na rzeczywistość, bo generalnie wyrażał to, co już dawno zdążyłam sama zaobserwować. Człowiek to drapieżnik, a życie to niekończące się pasmo cierpień – swego rodzaju (o)błędne koło. Zakaźna choroba śmiertelna. Bezsensowny, marny żywot naznaczony złudną nadzieją pokładaną w kolejnych pokoleniach. Może nasze dzieci odwrócą tę złą passę, może będą uczyć się na naszych błędach, może wyciągną trafne wnioski z krwawej historii ludzkości. Cóż, Frank w to nie wierzy, a Logan... Logan od zadręczania swojego umysłu rzeczami, których i tak nie może zmienić, woli podziwiać niecodzienne widoki rozciągające się za iluminatorami Nadira i znajdywać piękno tam, gdzie niewielu jest w stanie je dostrzec. Logan jest wszak turpistą obdarzonym niemałą inteligencją, aczkolwiek bardzo możliwe, że na pokładzie tytułowego statku, oprócz Franka, jest ktoś przewyższający go, nawet jeśli nie inteligencją, to na pewno sprytem.

(źródło: https://www.facebook.com/Edward-Strun-618379494938309/?fref=tag)
„Nadir” dzieli się na dwie niezbyt rozbudowane części. I to jest mój główny zarzut do tej powieści. Naprawdę chciałoby się, żeby ta historia trwała dużo dłużej. Nie tylko w celu przedłużania między innymi mojej przyjemności płynącej z obcowania z tą nader interesującą i w miarę klimatyczną opowieścią będącą idealnie wyważoną mieszanką science fiction i kryminału. Jak już nadmieniłam utworem delikatnie kojarzącym się z „Morderstwem w Orient Expressie” Agathy Christie, aczkolwiek sam autor zastrzega, że podobieństwa są zupełnie przypadkowe, że natchnęły go inne dzieła. „Obcego – 8. pasażera Nostromo” Ridleya Scotta nie wymienia, ale przypuszczam, że niejeden odbiorca „Nadira” pomyśli też o tej ponadczasowej historii. Ale raczej nie będzie upierał się przy tym, że w tym blaszanym więzieniu przebywa pozaziemski organizm wrogo nastawiony do swoich współpasażerów. Wróg najprawdopodobniej jest człowiekiem z krwi i kości. Podejrzewa się, że mordów dopuszcza się któryś z przestępców skazanych na Nadira, ale czytelnik musi brać też pod uwagę inną możliwość. Na pierwszy rzut oka może wydać się ona nieco naciągana, ale z drugiej strony... Dolny pokład. A ściślej zamknięte pomieszczenie znajdujące się na najniższej kondygnacji Nadira. Co jeśli za tymi tajemniczymi drzwiami umieszczono kogoś jeszcze? Kogoś, kto albo sam znalazł sposób na wydostanie się z tego pomieszczenia, albo po prostu od początku miał być wykonawcą ostatecznej kary przewidzianej dla przestępców osadzonych w tej klaustrofobicznej maszynie. Tak czy inaczej skazańcy, jeśli chcą przeżyć, muszą jak najszybciej znaleźć najprawdopodobniej człowieka, dla którego stali się zwierzyną łowną. Wszyscy? To się okaże. Na pewno jednak każdy z nich byłby do tego zdolny. Tę niewesołą gromadkę tworzą bowiem ludzie, którzy dopuścili się przeróżnych odrażających zbrodni. Czy w takim razie powinniśmy im kibicować w tej nieoczekiwanej walce na śmierć i życie z doprawdy tajemniczym osobnikiem? W sumie byłam rozdarta. Śmierć z jednej strony nie wydawała mi się nazbyt surową karą za czyny, których ci ludzie dawno temu dopuścili się na Ziemi. Ale miałam wątpliwości, czy wszystkie te postacie naprawdę można wrzucić do worka z napisem „zwyrodnialcy”. Rzecz nie w „mitycznej” resocjalizacji (szczery żal za grzechy, nie tyle mocne postanowienie poprawy, ile faktyczna zmiana na lepsze), ile w pewnych ziarnach wątpliwości najpewniej celowo zasiewanych przez autora. Mówiąc wprost nie miałam absolutnej pewności co do winy jednej z postaci wykreowanych na potrzeby „Nadira”. Nie miałam wprawdzie powodów by wątpić w to, że ta osoba dopuściła się przynajmniej jednego zabójstwa, ale czy tego chciała? Nie wiedziałam, a przez to moje nastawienie do tego mężczyzny było dosyć rozproszone. Niejednoznaczne. Była jeszcze kwestia ofiary: człowieka od lat gwałconego przez przynajmniej jednego ze współpasażerów, człowieka maltretowanego, poniżanego, będącego czołowym „workiem treningowym” na Nadirze. Nie wiem, co do niego czułam. Może i było to współczucie, może i Strunowi udało się uruchomić moją empatię, ale znając zbrodnicze czyny mężczyzny, którego cierpienia odmalowywał... Powiedzmy, że nie potrafiłam patrzeć na niego całkowicie litościwym okiem. A jego oprawcy byli jeszcze gorsi – ludzie już do szczętu zepsuci, istoty doprawdy skrajnie antypatyczne, postacie o los, których niepodobna zadrżeć. Strun potrafi jednak wykrzesać z tej niecodziennej sytuacji niemało napięcia. Bez widocznego trudu wciągnął mnie w rozgrywkę pomiędzy złem i... jeszcze większym złem? Frank zapewne powiedziałby teraz, że nie ma czegoś takiego jak zło i dobro, że w naturze taki podział nie funkcjonuje, że to nazbyt uproszczone, wręcz kłamliwe hasła. Szufladki, do których zwykliśmy wrzucać drapieżników, bo tak jest wygodniej. Tak, drapieżników, bo według Franka wszyscy nimi jesteśmy. My ludzie. Ssaki, zwykłe zwierzęta, którym nałożono niezbyt silne kajdany w postaci nakazów i zakazów. Bo według Franka człowiek nie jest stworzony do takiego życia, jakiego oczekuje się w tak zwanych cywilizowanych krajach. Jego natura jest inna. Jakkolwiek strasznie może to zabrzmieć w uszach co poniektórych, naturalniejsze dla człowieka może być (Frank uważa to za pewnik) prawo dżungli, które notabene panuje na Nadirze. Czy rozum może przezwyciężyć tę hipotetyczną zwierzęcą naturę? Strun naturalnie nie udzieli Wam na to odpowiedzi. Nawet nie będzie Was usilnie przekonywać do racji Franka. I chyba dobrze, prawda? Filozoficzne, socjologiczne, psychologiczne i teologiczne wynurzenia, to jedno, ale „Nadir” to także mroczny, nieprzewidywalny kryminał osadzony w kosmicznej scenerii oraz science fiction, z jakim jeszcze się nie spotkałam. Strun co prawda kompletnie nie unika klasycznych, dobrze znanych motywów, ale ujawniony dopiero w drugiej części „Nadira” (w dalszej partii książki) fundament tej opowieść jest w najgorszym razie mało pospolity. Czy oryginalny pewna być nie mogę – mogę powiedzieć jedynie tyle, że jeszcze się z czymś takim nie spotkałam. Nie oznacza to, że ów fortel zastosowany przez autora przyniósł mi wyłącznie korzyści. Dla mnie zwrot akcji był nazbyt drastyczny. To znaczy niełatwo było mi się tak nagle przestawić na te inne tory, a gdy wreszcie udało mi się na powrót w „Nadira” zaangażować niewiele już go zostało. I w ten oto sposób wracamy do początku tego akapitu: największym grzechem popełnionym tutaj przez Edwarda Struna, moim zdaniem, jest niewystarczające rozwinięcie tej powieści. Sądzę, że to materiał na zdecydowanie obszerniejszą publikację. Podkreślić jednak muszę, że wcale nie uważam, iż Strun go zaprzepaścił, że w takim kształcie „Nadir” żadnej wartości sobą nie przedstawia. Wręcz przeciwnie: myślę, że na uwagę tak amatorów science fiction, jak kryminałów utwór ten jak najbardziej zasługuje.

Fani science fiction i fani kryminałów łączcie się nad powieścią „Nadir” pióra polskiego pisarza tworzącego pod pseudonimem Edward Strun. Nie musisz przepadać za oboma tymi gatunkami, by dać się wciągnąć w mroczną podróż na pokładzie tytułowego Nadira. Wystarczy sympatia do jednego z nich, by odnaleźć się w tej niebanalnej, przystępnie rozpisanej intrydze rozgrywającej się dziesiątki lat świetlnych od Ziemi. Stańcie u boku skazańców i weźcie udział w starciu na śmierć i życie z seryjnych mordercą przyczajonym na pokładzie sterowanego przez komputer statku. Śmiało, wejdzie do środka i przeżyjcie to niejako na własnej skórze. Edward Strun zaprasza, a ja pozwolę sobie dopisać się do tego zaproszenia. A więc... w drogę międzygwiezdni podróżnicy!
 
Za książkę bardzo dziękuję jej autorowi

Oficjalny fanpage Edwarda Struna:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz