Stronki na blogu

środa, 18 grudnia 2019

„Próba” (2018)


Studenci pierwszego roku, David, Justin i Ethan, bezskutecznie starają się wkupić w łaski jakiegoś bractwa. Po kolejnej poniżającej porażce David namawia kolegów do skorzystania z zaproszenia nieznanej im studentki i udania się do pewnego elitarnego klubu. Cała trójka jest mile zaskoczona serdecznym przyjęciem, jakie spotyka ich po dotarciu do położonego na uboczu, okazałego domu studenckiego. Trwa impreza, a oni i dwóch innych pierwszoroczniaków, Ben i Sam, są traktowani nieomal jak goście honorowi. Nazajutrz dostają propozycję dołączenia do klubu, którą ochoczo przyjmują. Ale aby stać się pełnoprawnymi członkami tej grupy muszą przejść próbę, która okazuje się dużo poważniejsza, niż zakładali.

Twórca między innymi horroru komediowego pt. „Uncaged” (2016), Daniel Robbins, swój następny film, amerykański horror/thriller „Pledge” (pol. „Próba”) stworzył pod natchnieniem dokumentu Todda Phillipsa i Andrew Gurlanda zatytułowanego „Frat House”. On i scenarzysta „Próby”, Zack Weiner, który wcielił się również w postać Davida, poza przestudiowaniem tamtego materiału przyjrzeli się praktykom niektórych amerykańskich bractw studenckich. I na tym fundamencie wznieśli swoją, zasadniczo fikcyjną, opowieść, która według nich jest mieszanką horroru i komedii, ale oficjalnie sklasyfikowano ją jako hybrydę horroru i thrillera. Pierwszy pokaz filmu odbył się w lipcu 2018 roku na Fantasia Film Festival, a do szerszego obiegu został on wpuszczony w roku 2019.

„Próbę” otwiera szaleńczy bieg przez las. Bieg, od którego zależy życie młodego mężczyzny. Potem przechodzimy do trzech studentów pierwszego roku, Davida (Zack Weiner), Justina (Zachery Byrd, który uważam, że wypadł tutaj najlepiej) i Ethana (Phillip Andre Botello), pragnących wejść, do któregoś z popularnych środowisk studenckich. Zakrapiane całonocne imprezy i piękne kobiety, w których mogliby przebierać – o tym marzą bohaterowie „Próby”, tak właśnie wyobrażają sobie swoje życie na uczelni. Mają jednak świadomość, że samo do nich nie przyjdzie, że muszą się wystarać o wejście do wymarzonego towarzystwa. Chadzają więc na imprezy organizowane przez różne bractwa, w nadziei, że w końcu trafią na taką, z której nie zostaną „grzecznie” wyproszeni, gdzie będą jak najbardziej mile widziani. Ich starania w końcu przynoszą efekt – David, Justin i Ethan znajdują dom studencki, w którym nie tylko nie są traktowani jak pariasi, ale wręcz cieszą się specjalnymi względami starszych studentów. Wchodzący w skład tego tajemniczego klubu Ricky i Max (znośne kreacje Camerona Cowperthwaite'a i Aarona Dalla Villa), otaczają ich szczególną troską. Z nawiązką spełniają ich potrzeby, by wreszcie wprost przedstawić im jakże obiecującą propozycję wejścia do ich elitarnego klubu. W uszach odbiorców „Próby” wybrzmi ona jednak zgoła inaczej niż w uszach teraz już piątki bohaterów filmu Daniela Robbinsa. Kandydatami bowiem są też niejacy Sam i Ben, w których wcielili się Jean-Louis Droulers i Joe Gallagher. Publiczność, w przeciwieństwie do nich, przez cały czas ma być świadoma prawdziwych zamiarów grupki dobrze sytuowanych studentów względem wybranych pierwszoroczniaków. Sporo zdradza już sam prolog, ale myślę, że i bez niego mielibyśmy pewność, że to źli ludzie są. Raz, że w kinie grozy bractwa studenckie mają już ugruntowaną pozycję (oczywiście nie zawsze są niebezpieczne, ale na tyle często, żeby patrzeć na nie z podejrzliwością), a dwa, że zachowanie Ricky'ego i jego przyjaciół wprost emanuje fałszem. Życzliwość, jaką okazują piątce studentów pierwszego roku, bardziej wymuszenie prezentować się już chyba nie mogła. Rozumiem, że Daniel Robbins chciał uruchomić wszystkie dzwonki alarmowe w głowach widzów, ale skąd myśl, że tylko taka nachalność zda egzamin? Czyżby wychodził z założenia, że subtelniejsze sygnały nie trafią do odbiorców? Nie wiem, ale za to z całą stanowczością mogę powiedzieć, że twórcy „Próby” wybrali zdecydowanie mniej efektywne podejście do filmu grozy. To znaczy nierobiące większego wrażenia na mnie, niewykluczone jednak, że uwypuklanie fałszywości członków tajemniczego bractwa znajdzie swoich zwolenników. Bo po co tracić czas na grę pozorów? Po co zasiewać wątpliwości w odbiorcach? Po co tworzyć metaforyczne maski częściowo przysłaniające prawdziwe oblicza „szacownych” studentów ostatniego roku? Lepiej natychmiast napełnić nas pewnością, że ten klub, to bractwo, czy co to tam jest, to w istocie banda zwyrodnialców, która właśnie obrała sobie nowe cele. Dobrze, dobrze, nie wszystko miało być skrajnie oczywiste – scenariusz przewiduje drobne niespodzianki. Albo inaczej: zwroty akcji, które co poniektórych widzów mogą zaskoczyć, ale chyba nawet oni nie uznają tych zabiegów za godne zapamiętania. Nic wstrząsającego, nic szczególnie wyszukanego. To samo zresztą można powiedzieć o całej reszcie. „Próba” trwa niespełna osiemdziesiąt minut. Na więcej nie starczyło pieniędzy. Trochę szkoda, bo możliwe, że silniejsze rozwinięcie akcji przysłużyłoby się tej historii. Albo i nie. Zależy co i jak zechciano by dopowiedzieć. Pogłębienie postaci, zwłaszcza pozytywnych, w mojej ocenie najbardziej by się przydało, ale nie pogardziłabym też poszerzeniem warstwy gore. A raczej wypracowaniem jej, bo męki zadawane naszym naiwnym protagonistom doprawdy trudno podpiąć pod gore. Najprawdopodobniej to kolejne następstwo mocno napiętego budżetu.

Położony nieopodal lasu, niebrzydki budynek będący siedzibą elitarnego klubu studenckiego szybko (za szybko) staje się śmiertelnie niebezpieczną pułapką dla grupki studentów pierwszego roku, nade wszystko pragnących stać się częścią jakiegoś popularnego towarzystwa. Szansa pojawiła się właśnie tutaj (niczym bohaterowie „Hostelów” Eliego Rotha przyjmują oni zaproszenie od obcej osoby) i... dosyć szybko wyparowała. Bo większość kandydatów nie potrzebowała dużo czasu, by dojść do słusznego skądinąd wniosku, że nic dobrego ich tutaj nie czeka. Innymi słowy, szybko opuszcza ich ochota na stanie się częścią tego zaklętego kręgu. David stara się co prawda przekonać swoich kolegów, że nie jest aż tak źle, ale najwyraźniej tylko Ben podziela jego optymizm. Pozostali jakoś nie potrafią przyjąć do wiadomości, że cierpienia, jakie im zgotowano to zwyczajne kocenie. Nic groźnego, naprawdę. Przecież przykładanie do nagiego ciała rozgrzanego do czerwoności pręta to nic nadzwyczajnego. Ot, próba jaką przechodzą kandydaci do niejednego amerykańskiego bractwa studenckiego... Ale to dopiero początek. Otrzęsiny mają trwać czterdzieści osiem godzin. Dwie doby mąk fizycznych i psychicznych, po których jak zapewniają pełnoprawni członkowie owego klubu, ich ofiary staną się ich braćmi. Warto więc pocierpieć, prawda? Bo przecież każdy młody człowiek marzy o dostąpieniu takiego zaszczytu. Taaa... W każdym razie akcja nie tylko zawiązuje się szybko, ale i toczy się w dosyć zawrotnym tempie. Nie ma czasu na intensyfikowanie emocji w tym niezbyt klimatycznym miejscu. Wystrój domu i leśny krajobraz wokół obiecują więcej, niż dają. Bo ani zdjęcia, ani tym bardziej ścieżka dźwiękowa nie pomagają w tworzeniu należytego klimatu. Zupełnie jakby Daniel Robbins uznał, że dobry wybór miejsca akcji wystarczy, by widz czuł się mocno nieswojo, by wyrwać go ze strefy komfortu. Zamiast gęstego mroku, ponurości i jakże zasadnego w tego typu filmach brudu, mamy ciepłe barwy przetykane albo nazbyt rozpraszanymi ciemnościami, albo (chwilowo) nieprzeniknioną czernią. Nihilizm widać tak naprawdę tylko w zachowaniu Ricky'ego i jego kumpli. Oprawa audiowizualna „Próby” może i nie stoi w całkowitej sprzeczności z jej fabułą, ale powiedziałabym, że to taka atmosfera rodem z najgrzeczniejszych XXI-wiecznych amerykańskich thrillerów. Trąciło mi to specyfiką home invasion z niższej półki. Również dlatego że nieomal całą akcję zamknięto w jednym budynku, ale kolorystyka zdjęć też miała w tym swój udział. Ze wszystkich tortur zaserwowanych przez twórców „Próby” paradoksalnie wyróżnia się ta, której nie sposób oddać oryginalności. Stara, (nie)dobra akcja ze szczurem. Metalowe wiaderko, palnik i gryzoń – pewnie już to znacie, niemniej to właśnie to wykonanie jest najśmielsze. Najdłuższe i najbardziej drastyczne, ale nie należy przez to rozumieć, że ostre w ogóle. W porównaniu z pozostałymi mękami, przez które przechodzą poszczególne postacie wykreowane na potrzeby „Próby”, to jest najmocniejsze, ale niewątpliwie nie aż tak, żeby poruszyć miłośników nawet umiarkowanie krwawych horrorów. W tej materii mogę wyszczególnić jeszcze jedno ujęcie – moment, w którym kamera na moment skupia się na zainfekowanej ranie jednego z bohaterów filmu. Całkiem realistyczny efekt. Powiedziałabym, że nawet ciut bardziej od obrażeń zadanych przez wspomnianego już gryzonia. Na plus odnotowuję też nieprzewidywalną kolejność zgonów oraz... brak większej nudy. Tak, przy wszystkich tych niedogodnościach, jakie zewsząd na mnie spływały podczas seansu omawianej pozycji, nie odczuwałam ogromnego znużenia. Może dlatego, że ta wątpliwej jakości przygoda nie trwała długo, a może po prostu miałam akurat nie najgorszy nastrój na takie klimaty. Uproszona, niezobowiązująca, nic nie wnosząca do gatunku, wręcz naiwna opowiastka o młodych ludziach walczących o życie w dosyć przestronnej siedzibie studenckiego klubu. Jest schematycznie, a wręcz banalnie. Jest szybko, ale nie spektakularnie. Nie ma silniejszych emocji, nie ma zapadających w pamięć uderzeń, ani nawet satysfakcjonująco przedstawionych postaci (aczkolwiek troszkę absorbował mnie Justin), ale na jednorazowe spotkanie z wyłączonym myśleniem może się nadać. Jeśli oczywiście nie ma się nic przeciwko ugrzecznionym rąbankom o psychopatycznych, dobrze ustawionych młodych ludziach i ich niewiele młodszych ofiarach. Amerykańskich studentach, którym w głowach się poprzewracało. Tak, spróbować zawsze można, ale zachęcać nikogo nie zamierzam.

Łącząca w sobie stylistykę thrillera i horroru (dobrze, z domieszką komedii) „Próba” Daniela Robbinsa to w moim pojęciu film jakich wiele. Niczym niewyróżniająca się rąbanka dla ludzi o słabszych nerwach, która może i dążyła do czegoś głębszego (patrz: inspiracja reżysera i scenarzysty), ale na zamiarze moim zdaniem się skończyło. „Próba” to generalnie konwencjonalny, dosyć płytki, prosty i niegwarantujący silniejszych emocjach obraz o młodych ludziach, którzy na swoje nieszczęście przyjmują zaproszenie do prestiżowego klubu studenckiego. Banda marzycieli kontra banda zwyrodnialców. Oj, będzie się działo! Taki żarcik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz