Stronki na blogu

sobota, 11 stycznia 2020

„X - człowiek, który widział więcej” (1963)


Doktor James Xavier pracuje nad poszerzeniem spektrum widzialnego światła u człowieka. Chce doprowadzić do tego, by zmysł wzroku mógł działać na zasadzie rentgena, przenikać przez materię najlepiej w nieograniczonym zakresie. Naukowiec wierzy, że w ten sposób człowiek dowie się wreszcie jak naprawdę wygląda świat, a może nawet wszechświat. Zaniepokojona przedłużającym się brakiem postępów w pracach fundacja finansująca jego eksperyment wysyła do doktora Xaviera w charakterze obserwatorki doktor Diane Fairfax. Naukowiec na zwierzęciu prezentuje jej oszałamiające możliwości opracowanych przez siebie kropli do oczu, które niedługo potem aplikuje sobie. I na własnej skórze przekonuje się, że jego specyfik działa. Jamesowi wprawdzie nie przychodzi łatwo przyzwyczajenie się do nowych możliwości swojego zmysłu wzroku, niemniej jest nimi zafascynowany. Nie wszyscy jednak podzielają jego entuzjazm. Na domiar złego dochodzi do tragicznego w skutkach wypadku, który zmusza doktora Xaviera do ukrycia się.

Wyróżniony w 2010 roku honorowym Oscarem amerykański reżyser, producent i aktor, mistrz kina niezależnego Roger Corman, w światku grozy zasłynął przede wszystkim cyklem filmów opartych na twórczości Edgara Allana Poego, ale w jego bogatej filmografii nie brakuje innych, mniej i bardziej docenianych, horrorów i thrillerów. Jednym z tych jego dzieł, które obrosły niemałym kultem jest „X – człowiek, który widział więcej” aka „Człowiek z rentgenem w oczach” (oryg. „X” aka X: The Man with the X-Ray Eyes”), przez jednych klasyfikowany jako thriller science fiction, przez innych jako horror science fiction, zrealizowany za około dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, kolorowy obraz oparty na scenariuszu Roberta Dillona i Raya Russella, swoją światową premierę miał w 1963 roku. Nakręcono go w trzy tygodnie, a pomysł pochodził od samego Cormana, który rozważał też uczynienie głównego bohatera muzykiem jazzowym, nie naukowcem, ale ostatecznie przystał na to pierwsze, standardowe rozwiązanie. Po latach zastanawiał się nad uwspółcześnieniem tej produkcji, ale na planach się skończyło. Tim Burton i Bryan Goluboff poszli jeszcze dalej – razem opracowali scenariusz remake'u „X”, ale na tym projekt stanął.

W swoim „Danse Macabre” Stephen King rekomenduje „X – człowieka, który widział więcej”, największe uznanie wyrażając dla jego finału, ale i nie pozostawiając swoim czytelnikom wątpliwości, że cała ta historia potrafi napędzić człowiekowi stracha. King dopatrzył się w niej wpływów H.P. Lovecrafta, tj. elementów silnie kojarzących się z jego prozą. I nie on jedyny. Tytułowa postać horroru science fiction Rogera Cormana (osobiście skłaniam się ku takiej klasyfikacji), doktor James Xavier, w miarę przekonująco wykreowany przez Raya Millanda, niezbyt pasuje do modelu klasycznego, często spotykanego w fantastyce naukowej burzyciela, szalonego naukowca, który nie cofnie się przed niczym w swoich ryzykowanych badaniach. Nowatorski projekt Xaviera od początku ma u odbiorcy budzić sprzeciw, działać alarmistycznie, ale sam ten człowiek antypatycznie się nie przedstawia. Nie jest czarnym charakterem, tylko dociekliwym naukowcem, troskliwym, przepracowującym się lekarzem, który najprawdopodobniej nigdy nie zdobyłby się na poświęcanie pojedynczych ludzi dla osiągnięcia swoich ambitnych celów. James Xavier wprawdzie marzy o zrównaniu się z Bogiem, twierdzi nawet, że powoli go dogania, ale nie chce niepodzielnej władzy nad wszechświatem. Nie kieruje nim również pragnienie wzbogacenia się. On po prostu chce dać sobie i w ogóle całemu gatunkowi ludzkiemu superwzrok. Rentgen w oczach i to nie byle jaki. Xavier wierzy, że jest w stanie stworzyć substancję, która pozwoli człowiekowi sięgać daleko poza Ziemię. Cały wszechświat w zasięgu jego wzroku... Brzmi pięknie? Raczej nie. A przynajmniej twórcy „X – człowieka, który widział więcej” nie chcą byśmy podzielali optymistyczne zapatrywania bohatera na ten śmiały projekt. To jeden z tych eksperymentów naukowych, którego nie powinno się nawet planować. Pewnie nie wszyscy się z tym zgodzą, ale Roger Corman i jego ekipa zdają się tutaj mówić, że człowiek nie powinien wiedzieć wszystkiego, że niektóre rzeczy powinny na zawsze pozostać dla nas tajemnicą. Na przykład to jak naprawdę wygląda świat, w którym żyjemy. Bo może się okazać, że nie będziemy w stanie znieść obiektywnego widoku Ziemi, wszechświata i... Być może stworzony przez doktora Jamesa Xaviera płyn pozwoli dotrzeć wzrokiem jeszcze dalej, poza wszechświat, w inny wymiar. Albo po prostu ujrzeć coś, z istnienia czego naprawdę lepiej nie zdawać sobie sprawy. Pachnie prozą Lovecrafta, prawda? Działa na wyobraźnię. Można poczuć się nieswojo i... zapragnąć zobaczyć to, czego z pewnością widzieć nie powinniśmy:) Wiemy to choćby z reakcji małpki, której doktor Xavier w ramach pokazu dla doktor Diane Fairfax (takie sobie wykonanie Diany Van der Vlis) aplikuje swoje straszne krople. Zwierzę dostrzega wówczas coś, co wywołuje u niego natychmiastowy atak serca. Nieszczęsne stworzenie umiera, ale to bynajmniej nie zniechęca ambitnego naukowca do wejścia w kolejną fazę swojego eksperymentu. Teraz królikiem doświadczalnym będzie on. Lekarz przetestuje środek na sobie i jak można się tego spodziewać wkrótce tego pożałuje. Substancja ta ma mieć krótkotrwałe działanie. Została pomyślana tak, by nie wywoływać trwałego efektu na obiekcie badań. Tak to miało wyglądać, ale doktor James Xavier niebawem boleśnie przekona się, że się pomylił, że stworzony przez niego płyn nie działa zgodnie z jego oczekiwaniami. Wcześniej jednak zostanie niejako zmuszony do ucieczki. Znajdzie kryjówkę, w której jednakże nie będzie mu dane w spokoju leczyć ran, które w istocie sam sobie zadał.

„X – człowiek, który widział więcej” to zarazem obraz, w którym niemało się dzieje, który rozwija się dosyć dynamicznie oraz całkiem klimatyczne dziełko z dodatkiem przyjemnie kiczowatych efektów specjalnych. Naprawdę mam słabość do takiego kiczu, do takich trącących myszką, przynajmniej z punktu widzenia współczesnego widza tandeciarskich dodatków, bo... kicz kiczowi nierówny. Roger Corman od czasu do czasu pozwala nam patrzeć oczami doktora Jamesa Xaviera i to właśnie te subiektywne wstawki są nosicielami kiczowatych efektów wizualnych. Obiektywnie rzecz biorąc fragmenty te mocno się zestarzały, ale pozostałe zdjęcia już całkiem nieźle zniosły próbę czasu. Film nie był kręcony wyłącznie w studiu, Corman i jego ekipa wybrali się też w plener (także tam, gdzie w następnej dekadzie Steven Spielberg nakręcił swój kultowy „Pojedynek na szosie”), o czym wspominam tylko dlatego, że w tamtych czasach nie tak znowu często stawiano też na otwarte przestrzenie. Film otwiera długie ujęcie wyłupionego oka, które przyznam się praktycznie przyśrubowało mnie do ekranu. I w takim oto stanie wzmożonego zainteresowania weszłam w pierwszych rozdział tej opowieści. Później, zdarzały się co prawda słabsze chwile, ale przez zdecydowaną większość czasu nie miałam najmniejszych trudności z zaangażowaniem się w niepospolite dzieje doktora Jamesa Xaviera. Naukowca, przed którym właśnie rozciągają się nowe możliwości. Może na przykład przenikać wzorkiem przez ubrania ludzi w swoim otoczeniu (przezabawna scenka), co dla niektórych (na pewno dla jego późniejszego wspólnika) może i byłoby największą korzyścią wynikającą z długoletnich badań Xaviera nad zmysłem wzroku, ale dla niego najpewniej ważniejsze jest wykorzystanie tej nowo nabytej umiejętności w praktyce lekarskiej. I pozwolę sobie wyrazić przypuszczenie, że odbiorcy filmu też uznają, że zastosowania dla tej substancji należałoby szukać właśnie w tej dziedzinie. Możliwość wejrzenia w głąb organizmu pacjenta znacznie zwiększa szanse lekarza na wyleczenie pacjenta. Nawet na uratowanie życia, które w zasadzie wisi już na włosku. Tak, nie ma wątpliwości, że doktor James Xavier, człowiek z rentgenem w oczach, mógłby zrewolucjonizować medycynę. I przekazać tę moc innym, czego od początku swoich niezwykłych badań nie wykluczał – według mnie marzenie dość naiwne, bo taka potęga w rękach człowieka prawdopodobnie wyrządziłaby też poważne szkody, czego naukowiec zdawał się nie brać pod uwagę. W każdym razie Xavierowi nie będzie dane znacząco poprawić jakości leczenia, bo... Myślę, że twórcy „X - człowieka, który widział więcej” dotykają tutaj kwestii krótkowzroczności gatunku ludzkiego, że przeszkoda, którą napotyka chcący nieść pomoc schorowanym jednostkom główny bohater filmu, w postaci innego lekarza niepotrafiącego przyjąć do wiadomości, że błędnie zdiagnozował pacjentkę, ma nam mówić, że brakuje wśród nas osób, które nawet z tak niskich pobudek są gotowi hamować postęp. Bo co by nie mówić o wynikach wieloletnich badań doktora Xaviera, trzeba to nazwać postępem. Nienaturalnym wejściem w nową fazę rozwoju człowieka. Niekoniecznie jednak mogącą przynieść więcej korzyści niż strat. „X - człowiek, który widział więcej” w istocie wykorzystuje doskonale znany motyw zagrożeń, jakie rodzi postęp. Taki czy inny. W tym przypadku przestrogą jest niezwykły naukowy dorobek doktora Jamesa Xaviera, w postaci, jak to nazwał Stephen King w swoim „Danse Macabre”, superrentgena w oczach. Sama ta koncepcja budzi pewien dyskomfort, ale atmosfera groźnej tajemniczości, potworności wręcz, zagęszcza się dzięki coraz liczniejszym sygnałom o... Witamy, Panie Lovecraft. Potworność, którą oczyma głównego bohatera być może już wkrótce ujrzymy, w domyśle będzie ostatecznym, niezbitym dowodem na to, że człowiek nie powinien widzieć więcej. Dla Xaviera na pewno, ale czy dla nas? Roger Corman może i chciał nam powiedzieć „nie idźcie tą drogą”, na pewno poruszył wyobraźnię wielu, ale bądźmy szczerzy nie jest to wizja z gatunku najbardziej prawdopodobnych. Co nie umniejsza mojego przekonania, że to jedna z ciekawszych XX-wiecznych filmowych propozycji science fiction (bardziej fiction niż science). Z bardzo dobrym zakończeniem, aczkolwiek Stephen King zapoznał mnie z lepszym pomysłem na zamknięcie tej bez wątpienia tragicznej opowieści. W „Danse Macabre” stwierdził, że krążyły plotki o dodaniu do ostatniego ujęcia dwóch naprawdę mrożących krew w żyłach słów, z których jednak Roger Corman ostatecznie zrezygnował. Reżyser tego nie potwierdził. To znaczy jedne źródła mówią o tym, że ów pomysł był omawiany, ale w Internecie można znaleźć też informację, że Corman po raz pierwszy „usłyszał” o tym od Kinga. I podobno przyznał, że wersja autora „Danse Macabre” jest lepsza od właściwego zakończenia „X - człowieka, który widział więcej”.

Horror czy jak kto woli thriller science fiction w reżyserii legendy niezależnego kina Rogera Cormana, który wypada znać. Nie trzeba go zaraz kochać, ale „X - człowiek, który widział więcej” to z pewnością pozycja obowiązkowa dla wieloletnich miłośników kina grozy. I oczywiście fantastyki naukowej. Wprawdzie nie nazwałabym tego wybitnym osiągnięciem sztuki filmowej (Stephen King mógłby się tutaj nie zgodzić), ani też dziełem, który wyszedł całkowicie obronną ręką z próby czasu. Ale przednią rozrywką? Iście klimatyczną i dosyć pomysłową produkcją, którą ogląda się z najprawdziwszym zainteresowaniem? A i owszem! Tak przede wszystkim widzę tę pasjonującą podróż u boku doktora Jamesa Xaviera, człowieka z suerrentgenem w oczach. Też się w nią wybierzcie i to jak najszybciej. O ile jeszcze tego nie zrobiliście, rzecz jasna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz