Stronki na blogu

wtorek, 31 marca 2020

„Deerskin” (2019)


Georges kupuje kowbojską kurtkę ze skóry daniela i zatrzymuje się w hotelu we francuskiej wiosce alpejskiej. Mężczyzna znajduje się pod wielkim urokiem swojego drogiego nabytku i jest przekonany, że w oczach innych prezentuje się w nim bardzo stylowo. Georges lubi toczyć rozmowy ze swoją kurtką i przesiadywać w tutejszym barze. Obsługuje go młoda kobieta imieniem Denise, przed którą Georges udaje reżysera. Kobieta marzy o zostaniu montażystką filmową, nowo poznany mężczyzna proponuje jej więc współpracę nad projektem, którym aktualnie się zajmuje. Nad filmem, który staje się jednocześnie początkową fazą realizacji jego największego marzenia, mającego związek z jego ukochaną kurtką.

„Mordercza opona”. I wszystko jasne. Francuski twórca między innymi tego kuriozalnego horroru komediowego, Quentin Dupieux, tym razem skupił się na skórzanej kurtce z frędzlami i jej dumnym posiadaczu. Niespełna osiemdziesięciominutowy film pt. „Deerskin” (oryg. „Le daim”) powstał na podstawie jego własnego scenariusza, którego pierwsza, anglojęzyczna, wersja powstała z myślą o produkcji amerykańskiej. Ale Dupieux nie uznał go za dostatecznie dobry. To się zmieniło dopiero, gdy przełożył go na swój ojczysty język, co okazało się pomocne w nadaniu mu zadowalającego Dupieux kształtu. Kosztujący mniej więcej cztery miliony euro „Deerskin” w całości został więc zrealizowany we Francji, a rola pierwszoplanowa przypadła w udziale Jeanowi Dujardinowi. Reżyser i zarazem scenarzysta tego przedsięwzięcia powiedział, że dla niego jest to opowieść o delikatnym szaleństwie, ale przede wszystkim o wolności. O tym, jak ją wykorzystujemy.

Pierwsze i zarazem najtrudniejsze pytanie: do jakiego gatunku wpisuje się „Deerskin” Quentina Dupieux? Artysta ten nie ukrywa swojego zamiłowania do mieszania gatunków i z takim właśnie eksperymentem spotykamy się tutaj. W „Deerskin” można odnaleźć elementy surrealistycznego dramatu, czarnej komedii, a nawet horroru. Gdybym jednak miała wskazać gatunek, do którego moim zdaniem tej produkcji jest najbliżej, to byłby to thriller psychologiczny. Co nie znaczy, że „Deerskin” w zupełności nim jest. Zabawa polega na tym, że nie jest on rasowym członkiem żadnego ze znanych gatunków filmowych. Dlatego tak trudno odgadnąć jak potoczy się ta opowieść. Zwłaszcza że nigdy wcześniej, z takim pomysłem na fabułę się nie spotkało. Wprawdzie motyw obsesji jest częstym bywalcem kina, ale żeby obsesja na punkcie kurtki... Nie, czegoś takiego z pewnością jeszcze nie widzieliście. Jeśli oglądaliście „Morderczą oponę”, to wiecie, że Quentin Dupieux nie boi się stosować jeszcze niewypróbowanych rozwiązań. Rozwiązań, które jakimś cudem wykluwają się w jego wyobraźni. Dostrzec materiał na filmową postać w samochodowej oponie... Kto by na to wpadł? A teraz kurtka. Człowiek, który nietanio sprzedaje Georgesowi (bardzo dobra kreacja Jeana Dujardina) to skórzane wdzianko zapewnia, że powstało ze skóry daniela, co wydaje się mieć ogromne znaczenie dla nabywcy. Nie można z całą pewnością stwierdzić, czy człowiek, od którego Georges odkupił tę, według niego niezwykle szykowną, kurtkę, wmówił mu bądź był świadomy tego, że ma ona iście magiczne właściwości. Tak czy inaczej nasz (anty)bohater nabrał przekonania, że jego kurtka potrafi mówić. Czy rzeczywiście potrafi? Tę kwestię Dupieux pozostawia otwartą. Film otwiera podróż samochodowa Georgesa; jak dowiemy się trochę później, mężczyzny, któremu od rozstania z żoną doskwiera samotność. Teraz zmierza do człowieka, który ma mu odsprzedać wymarzoną kurtkę. Krótki przystanek na stacji benzynowej, podczas którego topi w sedesie swoją starą, zwyczajną kurtkę, po czym udaje się prosto po tę niezwyczajną. Wierzchnie okrycie z frędzlami w kowbojskim stylu, które w jego oczach nie tylko nadaje mu nigdzie indziej niespotykanego szyku, ale co jeszcze ważniejsze zapewnia mu towarzystwo. Kurtka staje się bratnią duszą Georgesa. A skoro doskonale widać, że to on użycza jej głosu, to nie pozostaje nam nic innego, jak uznać, że trochę w głowie mu się pomieszało. Niby tak, ale... Poprzestańmy na tym, że jest jakieś „ale”. W tym przypadku lepiej szczędzić słowa na temat rozwoju fabuły, bo łatwo zepsuć komuś radość z odkrywania absurdalnych, ale i niepozbawionych egzystencjalnej głębi kart tego oryginalnego scenariusza. O Georgesie bezpiecznie można jednak powiedzieć, że ma najprawdziwszą obsesją na punkcie swojej nowej kurtki, że jest człowiekiem samotnym i ma skłonności do konfabulacji. W alpejskiej wiosce, w której prawdopodobnie tylko tymczasowo się zatrzymuje, kreuje się na reżysera filmowego. Kamera cyfrowa, którą dostał w gratisie do swojego najcenniejszego zakupu w życiu, przynajmniej jego zdaniem bardzo pomaga mu w tworzeniu swojego nowego, fałszywego, wizerunku. Według Georgesa nie tak zupełnie kłamliwego, bo mężczyzna ten zauważa, że przecież w tych czasach każdy użytkownik kamery jest reżyserem. Czyżby kąśliwy komentarz społeczny? W każdym razie wydaje się, że nowa znajoma Georgesa, barmanka o imieniu Denise (przekonujący występ Adele Haenel), wierzy w jego łgarstwa, że w swojej naiwności zaczyna dostrzegać w nim swego rodzaju przepustkę do wielkiej kariery, o której od lat marzy. Do realizowania się w charakterze montażystki filmowej. Zawodowej, a nie jak dotychczas jedynie hobbystycznej. Georges tymczasem dostrzega tutaj okazję do pozyskania funduszy niezbędnych do nakręcenia jego, jak wiemy, amatorskiego filmu, ale i najzwyczajniej w świecie potrzebnych mu do życia. Typowy naciągacz? W pewnym sensie tak, ale... i Georges, i Denise naprawdę chcą nakręcić ten film. Oboje bardzo tego pragną. Mężczyzna ma jednak jeszcze jedno, większe, marzenie. Diablo ambitne, a przy tym.. nader dziwaczne.

Scenariusz i reżyseria to nie jedyne działki, które Quentin Dupieux wziął na siebie w pracy nad „Deerskin”. Zdjęcia i montaż to również jego robota. Dość oszczędną – niezbyt zróżnicowaną i nieczęsto dochodzącą do głosu - ścieżką dźwiękową zajął się Janko Nilovic. I muszę przyznać, że ten minimalistyczny wkład wspaniale skomponował się z naturalistycznymi obrazami poczynionymi przez Dupieux. Przygaszonymi, bladymi zdjęciami prowincjonalnej scenerii Francji. Górski krajobraz, zapadła wioska, w której nie ma żadnych perspektyw dla co ambitniejszych młodych ludzi, ale za to można liczyć na ciszę, spokój i oczywiście bliskość natury. W „Deerskin” iście ponurej, ale i posiadającej niezaprzeczalne piękno. Daniele, zaśnieżone szczyty, płaskie pola i ciężkie, brudnoszare chmurzyska kłębiące się nad tym zacisznym zakątkiem Ziemi. I nic w tym dziwnego, bo akcja filmu rozgrywa się na przełomie jesieni i zimy. Ale moim zdaniem nie tylko dlatego jest tak posępnie. Ten klimat można też traktować jako odbicie psychicznej kondycji Georgesa. Doszukiwać się w nim symboliki jego samotności, zagubienia w świecie, w którym jedynym promykiem nadziei zdaje się być skórzana kurtka i beznadziejnym, a nawet szaleńczym poszukiwaniem swojego nowego „ja”. Nic to, że fałszywego. Ważne, żeby służył spełnieniu marzenia, które jest tak dalece absurdalne, że naprawdę trudno się nie roześmiać. Ale raczej nie będzie to beztroski, wesoły śmiech, tylko coś bliższego histerycznemu chichotowi. Bo to groźne marzenie. Tak dla otoczenia Georgesa, jak dla niego samego. Czy na pewno? Czy realizacja najambitniejszego planu, z jakim dotychczas spotkałam się w kinematografii, naprawdę może bardziej zaszkodzić, niż pomóc temu udręczonemu mężczyźnie? A może Georges w ten sposób wreszcie pozbędzie się psychicznych kajdan i zacznie czerpać maksimum przyjemności z życia? Wreszcie odetchnie pełną piersią. Choćby nawet w swoim szaleństwie. Bo jeśli dzięki niemu jest szczęśliwy, to po co z nim walczyć? Może, lepiej dla niego, już zawsze trwać w tej obsesji na punkcie kowbojskiej kurtki i realizacji dalekosiężnego marzenia. Marzenia z gatunku „niemożliwych do spełniania”, ale to też może dobrze dla niego, bo już samo działanie w tym kierunku daje mu pewne spełnienie. Osiągnięcie celu niekoniecznie okazałoby się dla niego równie zbawienne, co samo dążenie do niego. Podkreślam jednak, że to tylko moja interpretacja perspektywy Georgesa. Można odczytać to inaczej, Quentin Dupieux, nawet zdaje się zachęcać do odczytywania tego w dowolny sposób. Naturalnie w granicach wykreślonej przez niego koncepcji. Potrzeby Georgesa wchodzą jednak w poważny konflikt z bezpieczeństwem ludzi w jego otoczeniu. Dla czołowej postaci „Deerskin” kurtka i marzenia, które przynajmniej w jego mniemaniu z nią dzieli może być swoistym wybawieniem od depresyjnej egzystencji, ale już na pewno nie dla jego otoczenia. Obiektywnie rzecz biorąc zajęcie, któremu z zapałem oddaje się Georges zasługuje na najwyższe potępienie. Absolutnie nie czyni z niego sympatycznego człowieka, na którego łatwo spojrzeć litościwym okiem. Można dokonać tej niełatwej sztuki. Nie mówię, że nie, ale... Tak, kolejne „ale”. Dla mnie najbardziej zdumiewające w Georgesie (poza jego niespotykanymi obsesjami, rzecz jasna) jest to, że choć został wykreślony w zaledwie kilku zdaniach, to zauważyłam, że w tych ramkach wiele można pomieścić. Dupieux wiele na jego temat nie zdradza. Sam nie zagłębia się zanadto w jego osobowość, ale zachęca do tego widza, poprzez nie zawsze jednoznaczne sugestie. Odbiorca może więc zbudować sobie w głowie nieomal dowolny wizerunek Georgesa. Prawie, bo należy dopasować go do szkieletu wzniesionego przez scenarzystę. Albo dwóch szkieletów. Bo wcale nie musimy mieć tutaj do czynienia z przypadkiem chorobowym. W każdym razie nie z takim, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Bo załóżmy, że jego nowa kurtka naprawdę posiada zdolność mowy. Tak, tak, wiem jak to brzmi, ale ten kto zna choćby „Morderczą oponę” tego samego twórcy, to nie powinien się zbytnio dziwić, że w takie odmęty absurdu sobie zawędrowałam. Nie sama, przewodnikiem jest przecież Quentin Dupieux. Człowiek, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, a więc kurtka może równie dobrze mówić, co opona samochodowa z własnej inicjatywy zabijać. Szkoda tylko, że ten arcypomysłowy artysta w pełni nie wykorzystał możliwości, które niosła mu ta koncepcja. Albo inaczej: to moje oczekiwania nie do końca spełnił, bo gdy już pojawił się zwiastun dalszej życiowej działalności Georgesa, gdy już nabrałam pewności jakiego rodzaju więź będzie odtąd łączyć głównych (anty)bohaterów (czyli Georgesa i jego skórzaną kurtkę), to oczekiwałam troszkę większego nacisku na ten przecież istotny wątek. Efekty specjalne z rzadka się uwidaczniają, a jak już, to są to zaledwie szybkie migawki UWAGA SPOILER – trochę jak w tanim slasherze, którego twórcy musieli oszczędzać na scenach okaleczeń i mordów - KONIEC SPOILERA ale to akurat niezbyt mi przeszkadzało. Bardziej irytował mnie pośpiech, jaki narzucono tej warstwie scenariusza. I w związku z tym niewystarczająca intensywność przekazu (niestety nie jest to styl chociażby „Koko-di Koko-da” Jahannesa Nyholma, czy „Domu, który zbudował Jack” Larsa von Triera). Podobnie z relacją Georgesa i Denise – nie mogłam oprzeć się nieprzyjemnemu wrażeniu, że sklecono ją naprędce. Pomysł był, pobudzający ciekawość kierunek też został wytyczony (niezły finał!), ale podawano to w dość nieskoordynowany, zbyt poszarpany oraz szczątkowy sposób. A chciałoby się na dłużej tutaj zatrzymać, podumać i po prostu nacieszyć się towarzystwem tej egzotycznej parki. Filmowców. Co powinno ucieszyć przede wszystkim fanów found footage. Ostrzegam jednak: to nie jest tradycyjny przedstawiciel tej popularnej gałęzi kinematografii. I jeszcze jedno: Quentin Dupieux nie zamierzał też robić tradycyjnego filmu w filmie. Ale czy po twórcy „Morderczej opony” w ogóle można się spodziewać standardowego podejścia do procesu tworzenia? Już prędzej takiego wariactwa, jakiego nigdy wcześniej Wasze oczy nie widziały. I choć nie wszystko mnie w „Deerskin” usatysfakcjonowało, to tak: mój apetyt na świeżość pociągniętą do wybornego absurdu, bądź co bądź, w tym przypadku został zaspokojony. I mała uwaga: pomiędzy napisami jest jeszcze jedna scenka.

Podobnie jak w „Morderczej oponie”, Quentin Dupieux w „Deerskin” przemierza dziewicze tereny. Rozsnuwa przed nami opowieść, która nie tylko wymyka się ścisłej klasyfikacji gatunkowej, ale i... w sumie to wszelkim wyobrażeniom. Nie oglądaliście jeszcze czegoś takiego, to Wam mogę zagwarantować. Może nawet nie czuliście się jeszcze tak skołowani i zarazem tak zaintrygowani, jak macie szansę poczuć się podczas oglądania tego... tego czegoś. Przepraszam, tego oryginalnego dzieła o pewnej skórzanej kurtce i jej dumnym posiadaczu. Doprawdy absurdalna historia, która bynajmniej głębi pozbawiona nie jest. W ogólnym rozrachunku wyszłam z tego niezwykłego spotkania z tarczą. Choć nie wszystko mi tu harmonijnie wybrzmiało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz