Stronki na blogu

niedziela, 9 sierpnia 2020

„Dom umarłych” (2017)

 

Roger, jego dziewczyna Lisa i jego nastoletnie dzieci, Colin i Summer, organizują weekendowy wypad do chatki w lesie. Zabierają ze sobą najlepszego przyjaciela Colina, Jasona, który podkochuje się w jego siostrze. Tuż po dotarciu na miejsce młodzi postanawiają obejść okolicę. Po niedługiej przeprawie przez las przed ich oczami wyrasta dom z zagraconym podwórzem. Buszowanie w śmieciach przerywa im powrót właścicielki w towarzystwie dwóch nowo poznanych mężczyzn. Kiedy cała trójka wchodzi do środka Jason, Summer i Colin podglądają ich przez okno. Kobieta na ich oczach usypia swoich gości i karmi nimi żywe trupy. Spanikowani młodzi ludzie rzucają się do ucieczki. I zostają zauważeni przez swoją tymczasową sąsiadkę.

Kanadyjski horror komediowy, zombie movie, „Dom umarłych” (oryg. „Dead Shack”), to pełnometrażowy debiut reżyserski Petera Ricqa, którego scenariusz stworzył wespół z Davilem LeBlankiem i Philem Ivanusikiem. Zapytany o inspirację Ricq powiedział, że duży wpływ miało jego dzieciństwo, które przypadło na lata 80-te XX wieku. A konkretniej filmy, którymi wówczas z wypiekami na twarzy się raczył. Między innymi takie obrazy, jak „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Postrach nocy” Toma Hollanda i „Pogromcy duchów” Ivana Reitmana. Reżyser „Domu umarłych” zawsze lubił opowieści z udziałem dzieci i nadal jest wiernym fanem kina grozy, również tego doprawionego humorem. Chciał więc połączyć te pasje w niepospolitym filmie o żywych trupach. Nie interesowało go podczepianie się pod wyeksploatowaną konwencję apokalipsy zombie – postanowił podać to w skali mikro. Na wesoło, ale bez przesady. Tak by komedia nie dominowała nad horrorem. „Dom umarłych” był wyświetlany w 2017 roku na różnych festiwalach filmowych, w tym na FrightFest w Wielkiej Brytanii i Splat!FilmFest w Polsce, a szerszą dystrybucję (w Internecie) rozpoczęto w roku 2018.

Drewniana chatka w lesie. Zabójcze sąsiedztwo. I zwariowane dzieciaki walczące ze złem. Prosty przepis na dobry horror. Horror o żywych trupach mieszkających w domu pod lasem. Horror komediowy, ale jak obiecał dyrektor tego widowiska, Peter Ricq, humor nie przysłania walorów horrorowych. Z lokacją wynikło mało zamieszanie, bo początkowo pozytywnie nastawiony do użyczenia filmowcom swojej akurat nieużytkowanej nieruchomości, człowiek, zmienił zdanie, gdy dowiedział się jakiego rodzaju obraz zamierzają kręcić. Jednak już dwa dni później udało im się znaleźć idealny dom, jak się okazało mającego mniej uprzedzonego właściciela, który swoją drogą i tak planował w najbliższym czasie zburzyć ten dom oraz zaskakująco chętnych do współpracy w tych okolicznościach tymczasowych mieszkańców (z uśmiechami na twarzach opuścili lokum). Po generalnym sprzątaniu, w zakres którego weszło również pozbywanie się czarnej pleśni, filmowcy mogli przez nikogo nie niepokojeni ruszyć ze zdjęciami. To właśnie dom umarłych – miejsce zamieszkania jasnowłosej kobiety, której imienia nie znamy oraz jej nietypowych podopiecznych. Młodociani bohaterowie tej opowieści, Summer, Colin i Jason – wspaniale kreowani przez odpowiednio Lizzie Boys, Gabriela LaBelle'a i warsztatowo trochę im ustępującego Matthew Nelsona-Mahooda – niczym, również nastoletni, Charley Brewster z „Postrachu nocy” Toma Hollanda, w podobny sposób, odkrywają, że wspomniana kobieta z własnej, nieprzymuszonej woli pozyskuje świeże mięso dla swoich potwornych „dzieci”. Zanim jednak to nastąpi długoletni wielbiciele kina grozy prawdopodobnie będą mieć przed oczami głównie „Martwe zło” Sama Raimiego. I nie tylko dlatego, że pozytywne postacie przybywają do zaniedbanej drewnianej chaty w lesie, ale i przez charakterystyczny sposób filmowania zadrzewionej okolicy (najazdy kamery). Atmosfera panująca w tym miejscu jest, jak na nowszy horror komediowy, zaskakująco mroczna i ponura. W czym zasługa nie tylko stosownych zdjęć Christophera Charlesa Kempinskiego, ale także nastrojowej ścieżki dźwiękowej, skomponowanej przy użyciu syntezatorów z lat 80-tych XX wieku. Ale choć poczyniono pewne starania w kierunku przywołania ducha kina grozy z przedostatniej dekady poprzedniego stulecia, nie spotykamy się tutaj ze zdecydowaną stylizacją retro. „Dom umarłych” bardziej wpada w nowoczesne, acz nieplastikowe widowisko. Nie tylko dla entuzjastów żartobliwego podejścia do horroru. W moim poczuciu „Dom umarłych” zachowuje na tyle powagi, żeby przyciągnąć także osoby nieprzepadające za mieszaniem horroru z komedią. Istnieje też szansa, że wizja Petera Ricqa, Phila Ivanusica i Davila LeBlanca zainteresuje też tych, którzy są już zmęczeni opowieściami o zombie. Czują przesyt tymi wszystkimi filmami o końcu znanego nam świata na skutek zarazy zamieniającej ludzi w nieumarłe bestie łaknące mięsa swoich niedawnych bliźnich. W „Domu umarłych” mamy bardzo wąskie grono tych konkretnych potworów (charakteryzacja wprawdzie niezbyt śmiała, ale też trudno mówić o minimalizmie – w sumie przekonująca robota, ale niewywołująca silniejszych emocji) i dość wąską przestrzeń. Dwa niewielkie domy i kawałek mrocznego lasu, tj. obszar rozciągający się pomiędzy tymi posępnymi nieruchomościami. Krew, ludzkie wnętrzności, odcięte kończyny, eksplodujące głowy – wszystko to dostaniemy w praktycznej (całkiem przekonującej) formie, ale w bardzo ograniczonych dawkach. No może poza substancją udanie imitującą posokę, bo ta chwilami bryzga na prawo i lewo. Koloruje podłogi i ściany dwóch nieruchomości na gęsto zadrzewionym kawałku kanadyjskiej ziemi.

Pomysł na zawiązanie akcji „Domu umarłych” trudno uznać za ogromny powiew świeżości (wspomniany już „Postrach nocy” Toma Hollanda, ale i wcześniejsze „Okno na podwórze” Alfreda Hitchcocka wyszły od podobnej koncepcji, żeby wymienić tylko te dwa tytuły), ale coś nowego przy okazji przemyca. A przynajmniej ja nie widziałam jeszcze opowieści o człowieku mieszkającym z zombiakami, które dobrowolnie i nie w celach badawczych, eksperymentalnych, karmi ludźmi. Krokodyla owszem - „Zjedzeni żywcem” Tobe'a Hoopera – ale żeby żywe trupy? Nie, nie przypominam sobie takiego szaleństwa. Matkowania takim bestiom, u których na dodatek znajduje się posłuch. Zombiastyczni podopieczni bezimiennej blondynki w średnim wieku, generalnie są jej posłuszni. Zazwyczaj stosują się do jej poleceń, ale ich opiekunka (raczej bezbarwny występ Lauren Holly) woli dmuchać na zimne. Przetrzymywać ich w szczelnie zamkniętym pomieszczeniu, a na spacery wyprowadzać na łańcuchu. W każdym razie na zażywanie świeżego powietrza może liczyć jeden jej podopieczny – nie wiadomo, czy pozostała dwójka w ogóle wyściubia nosy z domu. Po drugiej stronie barykady tymczasem mamy zwariowaną rodzinkę i towarzyszącego im czternastolatka imieniem Jason, który skrywa niejedną tajemnicę. Jedna z nich dotyczy trochę starszej od niego, nastoletniej siostry jego najlepszego przyjaciela, który to wmiksował go w ten weekendowy wypad w leśną głuszę. Z nieodpowiedzialnymi dorosłymi: swoim ojcem Rogerem i jego nową dziewczyną Lisą (przyzwoite kreacje Donavona Stinsona i Valerie Tian), mającą ogromny pociąg do alkoholu. Większy nawet od ojca Colina i Summer. Ani alkohol, ani nawet praktykowane przez Rogera skakanie z kwiatka na kwiatek, nie ma jednakże niszczącego wpływu na ich relację z rodzicielem. Colin i Summer często na niego narzekają, ale raczej pro forma. Tak dla zasady, bo w rzeczywistości cieszą się, że mają tak ekstremalnie swobodnie podchodzącego do życia i rodzicielstwa ojca. Co innego Lisa – jej nie lubią i tego nie ukrywają. Nad czym zresztą Lisa nie ubolewa. W ogóle ją to nie obchodzi. Właściwie to sprawia wrażenie, jakby liczył się dla niej wyłącznie alkohol. A Roger... No cóż, przydaje się jako kompan do butelki. Bohaterowie w moich oczach stanowią największą siłę napędową scenariusza „Domu umarłych”. Pomysł wyjściowy, choć chwytliwy, nie umywa się do przedstawienia pozytywnych postaci. Zwłaszcza małoletnich, a już szczególnie Summer, ale Rogerowi i Lisie też nie mogę odmówić przebojowości. Klimat, wybrane motywy fabularne i czarne charaktery pasują do horroru, ale już pozytywne jednostki i ich reakcje na poszczególne zdarzenia bardziej pachną komedią. Niegłupkowatą. Nieprzedobrzoną. Nienachalną. Można się pośmiać, ale i z jako takim napięciem śledzić nierówny pojedynek nastoletnich (i nie tylko) mieszczuchów z potworami i „ich mamusią”. Bo los tych dzieciaków i ich nieodpowiedzialnego ojca autentycznie leżał mi na sercu. Pewnie dlatego, że to niepozbawione indywidualności, niepowierzchownie wykreślone, pasujące do sobie, ale też wyraźnie odrębne postaci, emanujące odżywczą młodzieńczą beztroską, która wprawiła mnie w iście sentymentalny nastrój. Powrót do okresu, w którym najpierw się działało, a dopiero potem myślało. Do okresu, w którym włamanie się do domu kanibali pod przewodnictwem pijanego dorosłego pewnie nie wydawałoby się aż tak ryzykownym posunięciem, żeby się na niego nie zdobyć. Bo co się może stać? Przecież nas nie zjedzą... Summer i Jason co prawda nie palą się do pomysłu Rogera, ale dochodzą do wniosku, że lepiej iść z nim, niż usilniej starać się przemówić mu do rozumu. Z pijanymi ludźmi trudno przecież dyskutować. A zwłaszcza takimi, którzy po paru głębszych zamieniają się w nieustraszonych pogromców potworów. Siekiera w rękę i heja na sąsiadów! To nie może skończyć się dobrze, ale cóż poradzić, jak tata się uparł? Roger oczywiście nie dowierza gadającym o kanibalach młodym ludziom, ale jego zamroczony alkoholem umysł i tak każe mu to sprawdzić. W sumie to Roger wydaje się być typem człowieka, który na trzeźwo zrobiłoby dokładnie to samo. Wszedł do czyjegoś domu bez pytania, po uprzednim wysłuchaniu fantastycznie brzmiącej relacji dzieciaków o mieszkających tam istotach żywiących się ludzkim mięsem. Bo to może być naprawdę niezła przygoda, a Roger lubi przygody chyba nawet bardziej od swoich nieletnich dzieci. Dalej, jak można się tego spodziewać, czekają nas starcia z nieumarłymi kreaturami i ich uzbrojoną opiekunką. Czasami zabawne, z lekka makabryczne bijatyki i strzelanki nocą. W lesie pod gołym niebem i w dwóch domach, które staną się dla naszych dzielnych przyjezdnych (odwagą młodzieńczą, spontaniczną, można powiedzieć szaloną, bo nieważącą całego, potężnego przecież, ryzyka) zarazem chwilowym schronieniem, jak śmiertelnie niebezpieczną pułapką (skojarzenia z
„Nocą żywych trupów” George'a Romero gwarantowane). Warstwa gore mogłaby być bardziej rozbudowana, a i wolałabym, żeby trochę spowolniono akcję – więcej bazowania na klimacie i tych niesamowicie przyciągających bohaterach, a mniej regularnej, dynamicznej rąbanki. Ale i tak bawiłam się całkiem nieźle. A i jest też przesłanie: pieniądze szczęścia nie dają, pamiętajcie o tym, drodzy dorośli.

Kanadyjski horror komediowy o zombie. Przyznam, że nie brzmiało to dla mnie zbyt zachęcająco. Ale jako że akurat nie miałam bardziej obiecujących filmowych widoków „skoczyłam na tę głęboką wodę”. Też trochę dlatego, że z lekka zaintrygował mnie skrótowy opis fabuły, a konkretniej motyw kobiety mieszkającej z żywymi trupami, które zaopatruje w świeże ludzkie mięso. Leciutko. I dobrze się stało, że „Dom umarłych”, pełnometrażowy debiut reżyserski Petera Ricqa, moje oczy zobaczyły. Znać rękę wieloletniego fana gatunku, ze wskazaniem na dzieła starsze, których magicznego ducha udało się w tym widowisku przywołać. Z dużą delikatnością, ale tyle wystarczyło by poprawić mi nastrój. I ta zwariowana fabuła, i jeszcze bardziej zwariowani bohaterowie. I ta lekkość, ten bezpretensjonalny, łatwo przyswajalny styl. Czysta, całkiem zadowalająca rozrywka. Jakkolwiek dziwacznie może to komuś zabrzmieć (fanów gatunku to oczywiście nie dotyczy) w odniesieniu do horrorowej rąbanki z udziałem żywych trupów i małoletnich bohaterów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz