Stronki na blogu

niedziela, 16 sierpnia 2020

„W cieniu Bangor. Antologia inspirowana prozą Stephena Kinga”


JULIUSZ WOJCIECHOWICZ, ANNA MUSIAŁOWICZ, MAREK ZYCHLA, SANDRA GATT OSIŃSKA, KRZYSZTOF MACIEJEWSKI, FLORA WOŹNICA, KORNEL MIKOŁAJCZYK, AGNIESZKA OSIKOWICZ-CHWAJA, PRZEMYSŁAW KARBOWSKI, BARBARA MIKULSKA, PIOTR SAWICKI, JOANNA PYPŁACZ, JACEK PIEKIEŁKO, DAGMARA ADWENTOWSKA, GRZEGORZ KOPIEC, AGNIESZKA KWIATKOWSKA, KACPER KOTULAK, AGNIESZKA BISKUP

Osiemnaścioro polskich pisarzy i pisarek. Dwadzieścia pięć opowiadań. I jedna myśl: Stephen King. A przynajmniej taka była koncepcja. Pomysł na antologię „W cieniu Bangor” przyszedł do głowy Juliuszowi Wojciechowiczowi. Nie pierwszy raz zresztą zaprosił on kolegów po piórze do projektu pomyślanego jako hołd dla mistrza współczesnej literatury grozy, Stephena Kinga. Mowa o wydanym w 2015 roku nakładem wydawnictwa Gmork
„Pokłosiu” - skromniejszej objętościowo antologii powstałej z inicjatywy właśnie Wojciechowicza. „W cieniu Bangor” wyszło pod szyldem wydawnictwa Dom Horroru, a przepiękną okładkę, bezsprzecznie utrzymaną w klimacie twórczości Kinga, zaprojektował niedościgniony Maciej Kamuda. Książka liczy sobie trochę ponad sześćset pięćdziesiąt stron, drobnym drukiem. Zawiodą się jednak ci, którzy nastawią się na kopiowanie Króla. Inspiracje i fabularne, i klimatyczne, nawiązania, oczka puszczane do fanów prozy Stephena Kinga – oczywiście odnajdujemy to w niniejszym dość ambitnym przedsięwzięciu, ale w bardzo małych dawkach. Udział w tym wydarzeniu wzięli bowiem na tyle duzi indywidualiści, pisarze i pisarki z już wyrobionym własnym stylem, żeby duch prozy Kinga nie zachował takiej wyrazistości, jakiej z pewnością niejeden jego czytelnik będzie od antologii reklamowanej jego nazwiskiem, oczekiwał. Trochę wbrew tytułowi, moim zdaniem, lepiej będzie więc, jeśli po „W cieniu Bangor” sięgną osoby albo nieobyte z bibliografią Kinga, albo po prostu tacy, dla których zachowanie niełatwego do podrobienia stylu ich mistrza w tej długiej podróży przez obszary leżące w cieniu Bangor, nie będzie warunkiem bezwzględnym. Wartością nadrzędną, konieczną do dobrej, mrocznej zabawy.

Trudno było mi wybrać najlepsze z najlepszych. Jeszcze przed lekturą „W cieniu Bangor. Antologii inspirowanej prozą Stephena Kinga” umyśliłam sobie, że wyróżnię maksymalnie pięć tekstów. Nie pytajcie skąd ta liczba – tak sobie strzeliłam. Oczywiście zakładałam, że moja czołówka opowiadań zamieszczonych w omawianej grubaśnej publikacji nie będzie składała się z akurat tylu tekstów. Tyle że jak na zatwardziałą pesymistkę przystało myślałam, że będzie ich mniej. Stało się inaczej. Zawzięłam się, że ma być pięć (pięć i i już!), ale widać za słabo, bo ostało się pięć plus jeden (taka pisownia, bo taka teraz moda w Polsce). Nie zrozumcie mnie źle, to wcale nie oznacza, że jedynie sześć z aż dwudziestu pięciu opowiadań odebrałam na plus, bo tak naprawdę zdecydowana większość w jakimś zakresie do mnie przemówiła, ale ta szóstka w moich oczach błyszczy najjaśniej. Aż razi... geniuszem? Może to za mocne słowo, ale autorzy tychże niewątpliwie się popisali. O kim mowa? Na początek Kornel Mikołajczyk i jego „Psy Rafała Kuzio”. Dość długie opowiadanie o artyście opiekującym się poważnie chorą żoną w domku pod lasem, coraz śmielej nawiedzanym przez sforę zdziczałych psów. Autor zdradza, że boi się tych stworzeń, a jego strach ma szansę udzielić się czytelnikom. W swoim komentarzu (tylko część autorów/autorek opatrzyło swój tekst komentarzami, co swoją drogą zwykł czynić też sam King w swoich publikacjach) Mikołajczyk zdradził, że inspirację czerpał z „Tajemniczego okna, tajemniczego ogrodu”, „Polaroidowego psa” i oczywiście „Cujo”. Ten ostatni przede wszystkim spoziera z kart jego, co ważne, niepozbawionego indywidualności utworu: bestyjka wielka jak bernardyn, imię żony głównego bohatera i w ogóle najwyraźniej oszalałe psy, tym razem w liczbie mnogiej. I jeszcze jedna rzecz: niektóre nieproszone myśli, konstrukcja tj. przerywniki w nawiasach, ewidentnie w stylu Kinga. Konsekwentnie zagęszczająca się aura nie do końca zdefiniowanego zagrożenia, niejednoznaczne postacie i skoncentrowany na detalach, plastyczny warsztat autora. Następna: Agnieszka Osikowicz-Chwaja i jej pomysłowy, diablo klimatyczny „Cmentarz na wyspie”. Od razu zaznaczam: to nie jest hołd dla „Smętarza dla zwierzaków” aka „Cmętarza zwieżąt” Kinga. Bardziej kojarzyło się z „W wysokiej trawie” napisanym wspólnie z jego synem tworzącym pod pseudonimem Joe Hill. Podobny rodzaj straszenia lub jak kto woli zasiewania niepewności w odbiorcach. Tytułowa wyspa i jej magiczne właściwości. I grupa młodych ludzi rozpaczliwie starająca się wydostać z tej zaskakującej pułapki... bez wyjścia? Karyna. Czego spodziewałam się po Piotrze Sawickim, autorze wspaniałego leksykonu „Odrażające, brudne, złe. 100 filmów gore”? Cóż, właśnie tego! Krwawej jazdy bez trzymanki, w której nie bierze się jeńców. Stephen King nie jest znany z literatury ekstremalnej (choć jedno naprawdę mocne opowiadanko w tym klimacie stworzył), ale paradoksalnie właśnie taki kawałek ze wszystkich zamieszczonych w „W cieniu Bangor” ma najwięcej wspólnego z jego prozą. A konkretniej, z powieścią „Christine”. Tylko tym razem rzeź urządzi sobie Syrenka, duma polskiej motoryzacji w takim kolorze, jak Kingowski Plymouth Fury. Kolorze komunistów, jak zaznacza obdarzony dość ciętym, sarkastycznym poczuciem humoru mistrz Sawicki. Ten styl. Ta kreatywność w odbieraniu życia ludziom - och, to tankowanie! - w tym „dzisiejszym największym wrogom ojczyzny” (powiem tak: polskiemu rządowi taki wózek teraz mógłby się przydać...). Ten wspaniały humor. Idealnie wyważona groteska. Pozostaje tylko dręczące pytanie: czemu o Piotrze Sawickim tak mało się słyszy na polskim rynku literackim? Gdzie żeś się, zdolniacho, schował? Joanna Pypłacz i jej utrzymana w uwielbianym przez tą panią klimacie gotyckim, „Mabel”. Akcja rozgrywa się „w ojczyźnie tego rodzaju literatury”, w Wielkiej Brytanii, a ściślej na jednej z angielskich wsi. Trzyosobowa rodzina i prawdopodobnie nawiedzone wiekowe domostwo. Domniemana klątwa, zagęszczająca się aura nadnaturalnego zagrożenia, szczypta paranoi i zdaje się wybór najlepszego wariantu na koniec. Bardziej czuć tu Shirley Jackson i Daphne du Maurier niż Stephena Kinga, ale chyba żaden fan opowieści z dreszczykiem się za to na Popłycz nie pogniewa. Grzegorz Kopiec i „Jessy”. Mmm, miód dla moim zmysłów. „Witamy w Strefie Mroku!” - niejedną fabułę rozpostartą w „W cieniu Bangor” można podsumować takimi słowami, ale według mnie historia pewnego policjanta przybywającego do Orono w stanie Maine, gdzie jak wiemy studiował Stephen King, małego amerykańskiego miasteczka, w którym najpierw ma się spotkać ze swoim zleceniodawcą, ta historia zdecydowanie najmocniej emanuje... tym czymś dziwnym, niepojętym, odkształconym, co zwykłam nazywać po prostu Strefą Mroku. Trochę „Dzieci kukurydzy”, trochę „Mają tu kapelę jak wszyscy diabli”. W komentarzu autor zaznaczył, że podobieństwo było niezamierzone (inspirację czerpał m.in. z opowiadania „Willa”) – z jego słów wnoszę, że pisząc „Jessy” nawet nie znał tego opowiadania, co jest dość niesamowite, bo ja naprawdę od początku o tym tekście przede wszystkim myślałam. Podobna atmosfera, to charakterystyczne zagubienie w czasie i przestrzeni w wersji mikro. Akcja fenomenalnego opowiadania Kopca została osadzona w latach 60-tych XX wieku. W iście kingowskim małym miasteczku w Stanach Zjednoczonych, gdzie dzieją się rzeczy niepojęte.Ostatnie wakacje w Zawadach” Agnieszki Biskup to opowiadanie, które dopiero po namyśle zdecydowałam się umieścić w mojej osobistej czołówce tekstów widniejących w omawianym tomiszczu. Myślałam, czy by go nie wyrzucić, ale przeważył klimat troszkę w duchu „To” Kinga. I uczucie, z jakim autorka pisze tutaj o legendarnym „Coś” Johna Carpentera. I wspomniana już Strefa Mroku. Wyjaśnienie całej tej wakacyjnej zagadki z lat 80-tych XX wieku z lekka mnie rozczarowało, ale biorąc po uwagę całokształt – tak większość treści, jak solidną atmosferę groźnej nadnaturalności towarzyszącą praktycznie przez cały czas – muszę pochylić czoło.

(źródło, zwiastun książki: https://www.youtube.com/watch?v=1mJyiki7S5g)

Wyśmienite teksty już za nami, teraz więc parę słów o tych tylko (tylko?!) dobrych. Subiektywnie patrząc, rzecz jasna. Pomysłowe, zwariowane „Niedopałki” Juliusza Wojciechowicza, które wielbicielom prozy Stephena Kinga pewnie skojarzą się z jego opowiadaniem „Quitters, Inc.”, ale tylko motywem nałogowego palacza powoli uwalniającego się od nikotynowych kajdan. Bo wszystko, co wokół, a to jest najlepsze (trochę chore, ale lubimy chore klimaty, prawda?), to już zupełnie inna bajka.Jak kamień w wodę” Anny Musiałowicz traktuje o prześladowanym w nowej szkole nastolatku i tajemniczych zniknięciach jego oprawców. Empatyczna, mroczna opowieść o tragicznym żywocie można powiedzieć po części z życia wziętym. W zbliżone nuty Musiałowicz uderza w „Napisz o mnie”. Dramatycznej, poruszającej serce opowieści pewnego małego chłopca, który upatrzył sobie mało znanego i niezbyt płodnego pisarza, który jakoś sobie jego towarzystwa nie ceni. Niepowierzchowny i uczuciowy styl Musiałowicz powinien zrekompensować poszukiwaczom oryginalności niedostatek takich charakterystycznych elementów.Krzyś” Sandry Gatt Osińskiej bazuje na bodaj najbardziej mrożących krew w żyłach wydarzeniach z „Miasteczka Salem” Stephena Kinga. Mały chłopiec nachodzony przez swojego niedawno zmarłego kolegę. Nocą, w swojej własnej sypialni. I jego coraz bardziej przerażona matka i... Potężny ładunek tak zwanej grozy uosabianej przez prawdziwe, nie te świecące w słońcu, wampiry, które bez wątpienia właśnie biorą w posiadanie pewien niewielki zakątek Polski. Duch Kinga jest, ale bez uporczywych, denerwujących prób kalkowania niekoronowanego króla Nowego Horroru. Krzysztof Maciejewski w przedmowie do swojego „Lecząc księżyc” mówi, że to swego rodzaju wariacja stwierdzenia Stephena Kinga, że „potwory istnieją i duchy są prawdziwe. Żyją w naszych wnętrzach i czasami wygrywają”. „Lecząc księżyc” to spowiedź pewnego pedofila, do którego trudno wyrobić sobie jednoznaczny stosunek. Ambiwalencja uczuć. Słuszny gniew zmieszany ze współczuciem. Do pedofila, można więc poczuć lekki wstręt do samego siebie. Ale też, jak oceniam zgodnie z myślą przewodnią Maciejewskiego, zastanowić się, czy szufladkowanie kogokolwiek, nawet tak poważnych przestępców, jak pedofile, w absolutnie każdym przypadku jest uzasadnione. Trudne pytanie i ciężki temat. Dla ludzi lubiących myśleć powiedzmy trochę odważniej, zapuszczać się na te rzadziej odwiedzane przez współczesnych obszary zagadnień natury moralnej i prawnej. Bo sprawiedliwość naprawdę bywa ślepa...Strzępy skóry” Krzysztofa Maciejewskiego wcześniej ukazały się w „Gorefikacjach II”. Potencjalny demon na oddziale dermatologicznym pewnego szpitala. Troszkę gore, mrocznego oniryzmu i nie tak znowu standardowe, przykuwające uwagę podejście do motywu nawiedzenia obiektu. Albo szaleństwa szerzącego się wśród wierzących w zabobony pacjentów. Zbiorowa histeria czy łaknący krwi i/lub świeżego mięsa potwór, który w tym nieszczęsny szpitalu znalazł prawdziwy szwedzki stół? Jacek Piekiełko przedstawia „Chłopca z zapałkami”. Klimat nawet trochę jak u Kinga – wyłapałam jeden wyraźny ukłon w stronę powieści „To” (klaun), ale myślałam głównie o „Policjancie bibliotecznym”. Przez dość ciekawie zachowującą się bibliotekarkę, to fakt, ale było w tym też coś nieuchwytnego, coś, czego nie potrafię sprecyzować, a co kazało mi myśleć o tamtej szalonej minipowieści, do której mam duży sentyment, minipowieści Kinga, i to jeszcze przed „wejściem na scenę” tajemniczej dyrektorki biblioteki. Jeszcze bardziej tajemniczy jest nowy pracodawca głównego bohatera. Majętny ekscentryk, mieszkający w wielkim, oddalonym od innych zabudowań domu z piwnicą, do której jego nowemu pracownikowi nigdy, pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić. A jak gdzieś w horrorze wchodzić nie wolno, to wiadomo, że jest tam coś, co trzeba jak najszybciej odkryć. Albo odwrotnie: nie powinno się nawet tego oglądać. Tajemnicza, doprawdy intrygująca fabuła o bogatym domniemanym burzycielu, seryjnym podpalaczu, dziwnej bibliotekarce i, być może na swoje nieszczęście, goniącym za prawdą młodym kucharzu.

Opowiadania średnie i niezłe. Na pierwszy ogień „Wszystkie jego kobiety”, króciutka opowiastka Anny Musiałowicz, która przyjemnie skojarzyła mi się z krótkometrażowym filmem Nacho Cerdy, pt. „Genesis”, jedną z części jego „Trylogii Śmierci”. Też niedługa „Dziewczynka ze szczelin” Krzysztofa Maciejewskiego traktuje o pewnej mrocznej legendzie. A „Widzieć więcej” Flory Woźnicy skupia się na młodym mężczyźnie, który dzięki swojemu niezwykłemu darowi zyskuje pewność, że świat niedługo się skończy. W sumie fabuła trochę nijaka, ale warsztat Woźnica ma porządny. Jest też trochę gore i o niszczeniu Ziemi przez ludzkość, a to chyba ważny temat? Dalej mamy „Dzień z życia rzemieślnika” Przemysła Karbowskiego, czyli rzecz o pewnej niemoralnej, przestępczej wręcz propozycji danej niezbyt ambitnemu literatowi. Wspomnienie nazwiska Stephena Kinga (więcej dopasowań do podtytułu „W cieniu Bangor” tutaj nie wypatrzyłam), przystępny styl, ale nie do końca chwytliwy pomysł. Taki jakiś bezpłciowy. Następnie „Mój, tylko mój” Barbary Mikulskiej. Pisarki z solidnym warsztatem mówiącej o szaleńczej, chorobliwie zachłannej miłości kobiety poruszającej się na wózku inwalidzkim, która czuje, że utraciła miłość swojego męża. I chce ją odzyskać, a pomóc jej w tym może ktoś, kogo mogliśmy już poznać. W zależności od interpretacji. „Rechot” Dagmary Adwentowskiej fanom Kinga musi nasunąć na myśl „Porę deszczową”. Podobieństwa jak najbardziej zamierzone, wiemy to od samej autorki. W każdym razie obyło się bez większych fajerwerków. Taki sobie, niewyróżniający się pomysł, taki sobie klimat i taki sobie styl, ale całkiem lekko się czyta. „Zegarmistrzyni” Agnieszki Kwiatkowskiej zaczyna się jak „Bezsenność” Stephena Kinga. Główna bohaterka ma taką samą przypadłość jak Ralph Roberts, ale bardziej męczy ją jej własna matka. Najpierw telefonami i dowodami na to, że posiadła coś w rodzaju szóstego zmysłu. A że jest to egocentryczna i dość niemiła kobieta, mogą wyniknąć z tego nie lada kłopoty. O ile starsza pani rzeczywiście posiadła taki niezwykły dar. Nie mamy pewności, tak samo zresztą jak jej córka, nieoczekiwanie zmuszona do powrotu w rodzinne okolice, gdzie jak można się tego spodziewać, wydarzy się coś niewiarygodnego. Szczegółowo rozpisane (szczęśliwie dla mnie) dark fantasy oparte na niepospolitym, może nawet innowacyjnym pomyśle, który jednak obszedł mnie mniej niż bardziej typowe, można powiedzieć zrównoważone, wprowadzenie. A teraz ponownie „Witamy w Strefie Mroku!”, czyli na „Przystanku Poprzeczna” wzniesionym przez Kacpra Kotulaka. Coś w rodzaju autobusu widmo i okolica, z której niczym z pętli wydostać się niepodobna. Nie najlepszy wprawdzie rozwój i zarazem wyjaśnienie irracjonalnych zjawisk nagle zachodzących w otoczeniu głównego bohatera (moim zdaniem lepiej Kotulak by uczynił, pozostawiając zakończenie otwarte na interpretacje czytelników), ale aurą nadnaturalności, którą z pieczołowitością buduje zanim nastanie większy dynamizm i niesatysfakcjonujące tłumaczenia, bez wątpienia mnie porwał.

(źródło, zwiastun książki: https://www.youtube.com/watch?v=1mJyiki7S5g)

I na koniec garść opowiadań, w których pomimo najszczerszych chęci i dużych starań, nijak nie potrafiłam się odnaleźć. „Nienawistna spluwa” Juliusza Wojciechowicza, w której przewinie się niejaki Stephen Bachmann (!) to wprawdzie rzecz spisana przez człowieka, który nie operuje niepreferowanym przeze mnie powierzchownym, ani tym bardziej niepotrzebnie wulgarnym stylem, więc przynajmniej z tym nie miałam problemu. Ale poszatkowana forma, skakanie od postaci do postaci, którą gwoli sprawiedliwości narzucał tekst – rzecz o nadzwyczajnej dubeltówce, bo podporządkowującej sobie każdego właściciela – dezorientowało, irytowało. Po prostu nie pozwoliło należycie wejść w tę szaleńczo rozpędzoną opowiastkę o złym, ale to naprawdę złym przedmiocie. W „Jeanie Johnston” Marek Zychla zostawił dość sporo nawiązań do Stephena Kinga. A wspomnienie jego nazwiska to najmniejsze z nich. Język z „Desperacji” (kto czytał, wie o co chodzi), Ka i ka-tet z „Mrocznej wieży” i tak zwane Siostrzyczki z Callan, co ma się kojarzyć z „Siostrzyczkami z Elurii”, opowiadaniem osadzonym w uniwersum „Mrocznej wieży” i może z „Wilkami z Calla” piątą odsłoną tego powieściowego cyklu. Akcja toczy się w Irlandii, w której od lat wraz z rodziną mieszka ten urodzony w Polsce znany autor. W niewielkim miasteczku, w którym zaczyna źle się dziać. Takie pomieszanie z poplątaniem, istny chaos, w którym czułam się kompletnie zagubiona. No prawie, bo co nieco ogarniałam, czasami nawet coś tam mnie zainteresowało (chłopiec, w którym zostają obudzone psychopatyczne skłonności, czy tajemnicze zgony), ale to i jeszcze więcej tak niewygodnie dla mnie porozstawiano i tak nieciekawie poprowadzono, że nie mogłam się już doczekać następnego dania. A trochę to trwało, bo Zychla jak na złość się rozpisał. Osadzona w drugiej dekadzie XX wieku w Polsce i w Rosji opowieść pod tytułem „Śmierć wilkołaka” pióra Przemysława Karbowskiego ma w sobie coś z „Carrie” i już w mniejszym stopniu z „Podpalaczki”. Archaiczna polszczyzna, w takim raczej ciężkawym wydaniu (znam też inną, przepiękną), rozproszona i w ogólnym rozrachunku nijaka fabuła, choć na początku może się wydawać, że to jakiś bardziej wyszukany kawałek opowieści z dreszczykiem. Z jakim dreszczykiem? Horror z tego w sumie żaden. Ciężko się czytało, mocno wiało nudą i banałem. Bo jeśli zabrać całe te historyczne tło, to co pozostaje? Odpowiedzcie sobie sami. I to już naprawdę koniec. „Full Plastic Jacket” Kacpra Kotulaka. Chyba nie muszę mówić, do jakiego tytułu nawiązuje autor w swoim? Co więcej, wiernym fanom prozy Kinga pewnie sama ta nazwa wystarczy, żeby domyślić się do jakiego jego utworu Kotulak się tutaj odnosi. Tak, oczywiście chodzi o „Pole walki”, jedno z najmniej lubianych przeze mnie tekstów Stephena Kinga. Ażeby być precyzyjną: nielubianego. Męczącego, prawie tak samo jak „Full Plastic Jacket”. Czyli humorystyczny obraz wojny plastikowych żołnierzyków z klockami LEGO w domu pewnej nieświadomej tych niezwykłości zwyczajnej rodziny.

W cieniu Bangor. Antologia inspirowana prozą Stephena Kinga” może i nie broni się jako wielki hołd dla twórczości jednego z największych pisarzy kojarzonych z horrorem. Ale według mnie broni się jako po prostu zbiór opowiadań z dreszczykiem od różnych autorów i autorek. Naszych, polskich. Mnóstwo wspaniałych, dobrych i całkiem niezłych opowiadań. Trochę przyjemnych średniawek i naprawdę niewiele nużących przepraw. Przez miejsca leżące w cieniu Bangor, miasta prawie tak Kingowskiego, jak Kingowskie są Castle Rock i Derry. Miejsca, które musicie odwiedzić. Również te, w których ja się nie odnajdywałam, bo ilu czytelników, tyle zapatrywań. Więc wsiądźcie na te wszystkie konie, na te dwadzieścia pięć siodeł i dajcie się poprowadzić w cień. W cień Bangor. Gorąco zachęcam!

2 komentarze:

  1. Ale się rozpisałaś!
    Które opowiadanie Kinga miałaś na myśli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o to krwawe, to "Szkoła przetrwania" ze zbioru "Szkieletowa załoga". Mocna rzecz!

      Usuń