Stronki na blogu

poniedziałek, 30 listopada 2020

Jennifer Hillier „Małe sekrety”

 

Seattle w stanie Waszyngton. W trakcie świątecznych zakupów ze swoją mamą czteroletni Sebastian zostaje porwany przez niezidentyfikowaną osobę w stroju świętego Mikołaja. Piętnaście miesięcy później majętni rodzice Sebastiana, słynna stylistka fryzur Marin i dyrektor dochodowej firmy zajmującej się zdrową żywnością Derek Machado, nadal mieszkają razem, ale rzadko się widują. Marin korzysta z pomocy terapeuty i uczestniczy w spotkaniach grupy wsparcia dla rodziców, których dzieci zaginęły, ale nie stara się pozbyć rozpaczy, w którą wpadła po zniknięciu swojego synka. Obwinia się i wciąż uporczywie trzyma nadziei, że Sebastian się odnajdzie. Niedługo po jego porwaniu, w tajemnicy przed mężem, Marin wynajęła prywatną detektyw, Vanessę Castro, do poszukiwań swojego jedynego dziecka, która przypadkiem odkrywa, że Derek ma romans z dwudziestoczteroletnią studentką i baristką, McKenzie Li. Na wieść o tym w Marin budzi się gniew. Gniew na młodą kobietę, która w jej przekonaniu próbuje ukraść jej męża, na co Marin nie zamierza jej pozwolić.

Urodzona w Toronto, ale od kilku lat mieszkająca w okolicach Seattle w stanie Waszyngton wraz z mężem i synem, Jennifer Hillier pisać zaczęła już w dzieciństwie. Naturalnie „do szuflady”. Na poważnie zajęła się pisarstwem po przekroczeniu trzydziestki i przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych. Na rynku literackim zadebiutowała w 2011 roku powieścią „Creep”, która już w następnym roku doczekała się kontynuacji noszącej tytuł „Freak”. Po dwóch kolejnych powieściach kariera Hillier nabrała rozpędu za sprawą thrillera psychologicznego „Jar of Hearts”. Na tej fali płynie jej wydana w 2020 roku powieść „Little Secrets” (pol. „Małe sekrety”). Pierwsza opublikowana w Polsce książka Jennifer Hillier, autorki porównywanej między innymi do Jima Thompsona i Cornella Woolricha.

Jennifer Hillier pisze mroczne thrillery, ale uważa się za dość strachliwą osobę. Zdradziła, że boi się między innymi porcelanowych lalek i klaunów, nie czuje się komfortowo przechodząc przez ulicę i stara się unikać następowania na włazy w jezdniach/chodnikach. Ale najstraszniejszą rzeczą, jaką potrafi sobie wyobrazić jest nagłe zniknięcie jej dziecka. Największy lęk wielu rodziców, który w życiu Hillier tylko raz, i na szczęście tylko na chwilę, się urzeczywistnił – jakiś czas temu na lotnisku dosłownie na moment straciła swojego synka z oczu, ale był to najbardziej przerażający moment w jej życiu. Stąd wziął się pomysł na „Małe sekrety”, powieść, która, jak przyznaje jej autorka, niełatwo się pisała. Mogłoby się wydawać, że najcięższe dla Hillier było przedstawienie samego porwania czteroletniego chłopca, otwierającego tę fikcyjną opowieść, ale z tym poszło w miarę gładko, ponieważ bez trudu mogła wczuć się w sytuację pierwszoplanowej postaci, Marin Machado, matki porwanego chłopca imieniem Sebastian. Schody zaczęły się, gdy trzeba było pochylić się nad następstwami tego strasznego wydarzenia. Hillier musiała sobie wyobrazić, jak ona sama czułaby się w obliczu takiej tragedii. Jak wyglądałoby jej życie kilkanaście miesięcy po porwaniu jej dziecka. Dziecka, którego los wciąż byłby nieznany. „Małe sekrety” niejako zmusiły Hillier do wejrzenia w najczarniejszą otchłań. W wyobraźni weszła w swój najgorszy koszmar – najgorszy koszmar wszystkich kochających rodziców – i w efekcie powstała depresyjna, trzymająca w napięciu opowieść, która łączy w sobie motyw porwania dziecka z motywem zdrady małżeńskiej. Wątki często wykorzystywane w thrillerze - zdawać by się mogło historia, jakich wiele w dziale beletrystyki - ale raczej nieczęsto idą one w parze. Zazwyczaj powieściopisarze skupiają się na jednym z nich - albo rzecz o porwaniu, albo o „zakazanym” romansie. Można więc powiedzieć, że Hillier wypłynęła na szersze wody w swoich „Małych sekretach”. Thrillerze psychologicznym o niekoniecznie złych ludziach, ale z całą pewnością dokonujących złych wyborów. Derek Machado, jak odkrywa jego żona Marin, parę miesięcy po porwaniu ich syna uwikłał się w romans z dużo młodszą od siebie kobietą, który nadal trwa. Wychodzi więc na to, że bez skrupułów oszukiwał swoją i tak ledwo radzącą sobie żonę. Żonę, która ma za sobą już przynajmniej jedną próbę samobójczą, o czym Derek doskonale wie, ale może nie zdawać sobie sprawy z tego, że Marin nadal stoi nad przepaścią. Główna bohaterka „Małych sekretów” nauczyła się bowiem ukrywać swoją rozpacz. Oprócz jej terapeuty, najlepszego przyjaciela i może ludzi z jej grupy wsparcia, nikt nie ma powodów przypuszczać, że Marin nie porzuciła jeszcze zamiaru odebrania sobie życia. Najpierw jednak chce się dowiedzieć, co spotkało jej syna. Nadal wierzy, że Sebastian żyje, ale gdyby okazało się, że zginął, ona także odejdzie z tego świata. Jest zdecydowana zakończyć swoje życie, jeśli tylko dowie się, że jej dziecka nie ma już wśród żywych. Póki co trzyma się jednak nadziei. „Małe sekrety” mówią między innymi o tym, jak niszczących wpływ na poszczególne jednostki może mieć nadzieja. Mówi o tym, że niewiedza o losie dziecka może być dla jego rodzica dużo gorsza od pełnego przekonania o jego śmierci. Wiedza, nawet tak straszna, czasami może być lepsza niż niepewność. Ale Marin w to nie wierzy – ona nie ma wątpliwości, że lepiej już trwać w takim swoistym zawieszeniu, w jakim pozostaje już od przeszło roku, niż dowiedzieć się, że twoje dziecko jest martwe. Lepiej mieć tę iskierkę nadziei, niż nie mieć jej wcale.

Portret psychologiczny Marin Machado to w moim odczuciu najsilniejsza składowa „Małych sekretów”. Niesamowicie smutny obrazek kobiety, którą przy życiu tak naprawdę trzyma jedynie ta wątła iskierka nadziei, że jej synek w końcu odnajdzie się cały i zdrowy. Kobiety, która od piętnastu miesięcy bardziej udaje, że żyje, niż naprawdę żyje. Kobiety, która nie zamierza ruszyć do przodu dopóki nie odzyska swojego jedynego dziecka. Porwanego dosłownie sprzed jej nosa na targu tuż przed Świętami Bożego Narodzenia przez niezidentyfikowaną osobę w stroju świętego Mikołaja. Co ma być przestrogą dla rodziców, a w każdym materiałem do przemyślenia. Hillier zauważa bowiem, że choć odpowiedzialni rodzice uczą swoje pociechy niezadawania się z obcymi ludźmi, to wielu z nich nie myśli o tym, żeby uczulać je na „świętych Mikołajów”, a wręcz budują w nich bezgraniczne zaufanie do brodaczy w czerwonych strojach rozdających wymarzone prezenty. Za których przebrać może się każdy. Także porywacz, o czym boleśnie przekonali się Marin i Derek Machado, zajmujące postacie wykreowane na użytek „Małych sekretów” przez „zamerykanizowaną Kanadyjkę”. Pisarkę, która może i nie zdobyła się tutaj na jakąś większą oryginalność, bo jak by na to nie patrzeć swoją opowieść zbudowała na wielokrotnie już wykorzystywanych w literaturze, ale i w kinie, motywach, ale nie pozostawiła mi wątpliwości, że sztukę budowania suspensu ma w małym palcu. Wie, jak sprawić, by czytelnik z niecierpliwością oczekiwał rozwoju poszczególnych zdarzeń wkradających się w życie ważniejszych postaci. Jennifer Hillier najmocniej pozwala nam wniknąć w umysł Marin Machado oraz McKenzie Li, kochanki męża tej pierwszej. Dwudziestoczteroletniej kobiety pracującej w kawiarni i studiującej na akademii sztuk pięknych. Li wydaje się być modelową przedstawicielką tak zwanego pokolenia Y, millenialsów. Jak wielu młodych ludzi sporo czasu poświęca budowaniu swojego wirtualnego wizerunku. Jej konto na Instagramie ma dziesiątki tysięcy obserwujących. Tak zwanych znajomych, z których McKenzie tak naprawdę zna jedynie garstkę osób. I ta garstka zna prawdziwą Kenzie – reszta musi się zadowolić starannie wyreżyserowanym, fałszywym wizerunkiem swojej internetowej idolki. Chociaż nie jest powiedziane, że i ci nieliczni obserwujący profil McKenzi na Instagramie, z którymi zna się także w realu, znają jej całe prawdziwe oblicze. Niektórzy tak, ale czy wszyscy? Bo Kenzie ma powody także w twardej rzeczywistości ukrywać niektóre co istotniejsze fakty ze swojego życia. Na przykład taki, że od paru miesięcy spotyka się z żonatym mężczyzną, który przeszło rok wcześniej stracił swoje jedyne dziecko. Kiedy Marin Machado dowiaduje się, że jej mąż Derek zdradza ją z tą obcą dla niej kobietą, z miejsca dochodzi do wniosku, że to McKenzie jest tutaj czarnym charakterem. W pojęciu Marin to kochanka Dereka jest najbardziej winna jego zdrady. Gdyby nie ona, mężczyzna, którego wciąż darzy miłością, pomimo tego, że w ostatnich miesiącach znacznie się od siebie oddalili (skutek porwania Sebastiana), pewnie by jej tego nie zrobił. Hillier na kartach „Małych sekretów” przedstawia dwa spojrzenia na kwestię zdrady małżeńskiej. A ściślej: każe nam zastanowić się, kto w takim przypadku jest bardziej winny. Niewierny mąż czy jego kochanka? Czy o McKenzie powinno się myśleć jak o złodziejce mężów, tak jak robi to Marin, czy raczej przyjąć tłumaczenie, że przecież to nie niezamężna osoba ma moralny obowiązek się pilnować, tylko jej zaobrączkowany kochanek? Pilnować to znaczy nie wdawać się w romanse z żonatymi mężczyznami. O Kenzie można powiedzieć to samo, co o Marin. Kobiety Dereka charakterem (wyglądem zresztą również) bardzo się od siebie różnią, ale łączy je wytrwałość w dążeniu do celu i przede wszystkim niejednoznaczna natura. Autorka „Małych sekretów” nie poszła po linii najmniejszego oporu konstruując dwie pierwszoplanowe żeńskie postacie tej emocjonującej i dość zaskakującej opowieści, która przez większość czasu, przynajmniej pozornie, bardziej skupia się na „zakazanym” romansie i jego konsekwencjach niż na motywie porwania. Hillier unika jaskrawego podziału na tych dobrych i tych złych. Pokazuje, że pozory mogą mylić – że dobrzy ludzie mogą dopuszczać się rzeczy strasznych, a ci, których początkowo mogliśmy uważać za tych złych, po bliższym przyjrzeniu okazują się podobni nam. Tak czy inaczej to zwykli ludzie, którzy nie mają w życiu lekko. Radzą sobie tak, jak umieją. Ich sposoby bywają co najmniej wątpliwe moralnie, nie są najszlachetniejsze, ale ciężko tutaj mówić o jakiejś zimnej, wyrachowanej, skrajnie egoistycznej kalkulacji. To już prędzej próba ratowania siebie i/lub swoich bliskich. Poprawienia komfortu życia, a właściwie to przeżycia na tym depresyjnym padole. Bo „Małe sekrety” utrzymano właśnie w takiej depresyjnej tonacji. Tkwimy w poczuciu beznadziei, w oddali jednak cały czas dostrzegając światełko w tym ciemnym tunelu, jakim jest egzystencja rodziców, którzy stracili dziecko, ale też żywot ludzi, którzy na każdym kroku przekonują się, że pieniądze wcale nie są tak mało ważne, jak próbują nam wmówić co poniektórzy idealiści. Którzy w większości zapewne składają się z tych, co to nigdy w biedzie żyć nie musieli. Derek wie jak to jest. Podobnie jak jego młoda kochanka, która jednak w przeciwieństwie do niego jeszcze od finansowego dna się nie odbiła. I być może nigdy się to jej nie uda. Być może jest skazana na życie nie tyle w skrajnej nędzy, ile zdecydowanie skromniejsze od jej oczekiwań. Zakładając, że uda jej się wyjść cało z sytuacji, w którą wpakowała się rozpoczynając swój luźny związek z bogatym mężczyzną, który niedawno stracił dziecko w podejrzanych okolicznościach.

Kto porwał czteroletniego chłopca i czy dziecko, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, nadal żyje? Jak daleko może się posunąć zdradzona kobieta kierująca ostrze swojego gniewu na kochankę męża? A następnie może samego małżonka...? I wreszcie, jak daleko posunie się kochanka, niechcący zakochująca się w życiowym partnerze innej kobiety? Jestem prawie pewna, że mało kto nie da się zaskoczyć przygotowanym przez mającą już doświadczenie w powieściowych thrillerach psychologicznych, Jennifer Hillier, gwałtownym zwrotom akcji tej spisanej prostym, acz treściwym językiem, dość mrocznej, trzymającej w napięciu i przede wszystkim smutnej opowieści, która kończy się... U mnie skończyło się potokiem łez, a u Was? Jeśli jeszcze tego nie sprawdziliście, to zachęcam. Wszystkich fanów thrillerów psychologiczny, a już zwłaszcza marriage thrillerów oraz dreszczowców opartych na motywie porwania dziecka.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz