Stronki na blogu

czwartek, 29 kwietnia 2021

Dan Simmons „Pieśń bogini Kali”

 

Lata 70-te XX wieku. Robert Luczak poeta i dziennikarz pracujący dla amerykańskiego czasopisma literackiego, przyjmuje zlecenie od innej gazety, polegające na dostarczeniu z Kalkuty najnowszego rękopisu od kilku lat zaginionego poety M. Dasa. Luczak ma też napisać artykuł na jego temat i jednocześnie relację ze swojego pobytu w Indiach. Dziennikarz ma nadzieję, że uda mu się przeprowadzić wywiad z ukrywającym się przed opinią publiczną sławnym poetą, bo to znacznie podniosłoby wartość jego tekstu. Zgodnie z życzeniem jego zleceniodawców, Luczakowi w podróży, w charakterze tłumaczki, towarzyszy żona Amrita. Para zabiera ze sobą swoją kilkumiesięczną córkę, Victorię. Do miasta pełnego nędzy, rozpaczy i bezrozumnego okrucieństwa. Miasta, które ma swoje mroczne tajemnice. Które rządzi się okrutnymi prawami. Miasta opanowanego przez jakieś niepojęte siły. Siły, które teraz skoncentrują się na Robercie Luczaku.

Rok 1985 w historii światowej literatury zapisał się między innymi jako rok powieściowego debiutu, uważam, wybitnego amerykańskiego pisarza Dana Simmonsa, protegowanego nieżyjącego już Harlana Ellisona, innego mistrza pióra, który praktycznie przeszedł już do legendy. A na początku była pieśń. Uhonorowana World Fantasy Award „Pieśń bogini Kali” (oryg. „Song of Kali”), horror nadprzyrodzony, psychologiczny i... ekstremalny. Bo Dan Simmons nie lubi się ograniczać. To pisarz wszechstronny, wyśmienicie odnajdujący się w złożonym, szerokim świecie horroru, ale i niestroniący od innych gatunków. Science fiction, powieści historyczne/literatura faktu, thrillery, kryminały noir, proza egzystencjalna, a nawet poezja. Czystsze gatunkowo pozycje w jego dość obszernej bibliografii spotykają się z nie mniej zjawiskowymi mieszankami „różnych kultur”. Czyli dla każdego coś miłego. Ale na początku (tj. pierwsza opublikowana powieść Simmonsa) była mrożąca krew w żyłach pieśń. Na początku był pełnokrwisty horror częściowo zainspirowany osobistymi doświadczeniami Dana Simmonsa w nadzwyczaj przygnębiającym podówczas indyjskim mieście.

Niektóre miejsca są tak złe, że nie powinny istnieć. Niektóre miasta są tak nikczemne, że nie da się ich znieść. Kalkuta jest takim właśnie miejscem. Przed Kalkutą śmiałbym się z takich słów. Przed Kalkutą nie wierzyłem w zło – z pewnością nie w zło jako siłę istniejącą odrębnie od ludzkich działań. Przed Kalkutą byłem głupcem.”

Pieśń bogini Kali” miała być opowiadaniem, ale autor między innymi późniejszego „Terroru” i cyklu „Hyperion Cantos”, w trakcie prac nad tym utworem, uświadomił sobie, że choćby bardzo się starał, nie da rady pomieścić tej historii w takim formacie Doszedł do słusznego skądinąd wniosku, że opowieść o mieszkającym w Stanach Zjednoczonych fikcyjnym poecie i dziennikarzu z polskimi korzeniami, Robercie Luczaku, powinna przybrać kształt powieści. Nowe polskie wydanie „Pieśni bogini Kali”, w twardej oprawie, od wydawnictwa Vesper (rok 2021), standardowo opatrzono mrocznymi grafikami (autorstwa mistrza Macieja Kamudy), a na deser Piotr Gociek przygotował omówienie twórczości Dana Simmonsa, oczywiście ze wskazaniem na przedmiotową pozycję. Niezbyt obszerną powieść - jak na zdolności Simmonsa – którą różnie można interpretować. Autor „Pieśni bogini Kali” nie daje jednoznacznych odpowiedzi; sugeruje, nie wykłada. Naprowadza czytelnika na takie czy inne wyjaśnienie koszmarnych przeżyć swojego bohatera w Kalkucie w drugiej połowie lat 70-tych XX wieku, ale nie przesądza. Bodaj najważniejsza kwestia też pozostaje otwarta. Tytułowa bogini, hinduska bogini czasu i śmierci, bogini Kali, w pieśni Simmonsa zaznacza się w nader zagadkowy sposób. Główny bohater książki i zarazem narrator, Robert Luczak, z całą pewnością widzi ją w snach, ale czy te, bądź co bądź, podniecające koszmary wnikną do realnego świata, przedostaną się do rzeczywistości tego coraz bardziej zagubionego, pognębionego człowieka, takiej pewności Simmons nam nie daje. Czy bezwzględna bogini z czterema rękami i wampirzymi kłami jest jedynie projekcją umęczonego umysłu, albo nadal tylko senną marą, mężczyzny, któremu tak naprawdę zagrażają zwykli śmiertelnicy? Zakładając, że jakieś zagrożenie z zewnątrz dla niego i jego bliskich, w ogóle zaistniało. Bo i tutaj łatwo o wątpliwości. UWAGA SPOILER Kluczem do rozwiązania zagadki może być urodziwa młoda kobieta podająca się za siostrzenicę M. Dasa – zwraca uwagę jej imię, które autor wrzuci również w sen o bogini Kali KONIEC SPOILERA. Tajemnicza to więc opowieść, wielce zagadkowa intryga w mieście, które Simmons przedstawia jak oddzielny, żywy, pulsujący organizm. Kalkuta w „Pieśni bogini Kali” to w istocie główny czarny charakter, najpotężniejszy, gargantuiczny potwór odzierający ludzi z godności, a następnie nieśpiesznie, kawałek po kawałku pożerający ich ciała i dusze. Jak to zwykle u Dana Simmonsa bywa (choć wydaje mi się, że ten wirtuoz pióra poszedł tutaj trochę dalej), dostajemy szczegółowe, tym razem boleśnie plastyczne opisy scenerii. Opisy tego odrażającego, depresyjnego, cuchnącego, aż lepiącego się od brudu, miejsca. Indyjskiego miasta skąpanego w niewyobrażalnej, odbierającej dech beznadziei (przypomnijmy: są lata 70-te XX wieku). Gdyby powieściowy debiut zyskał taki gabaryt, do jakiego Simmons zdążył już przyzwyczaić swoich fanów – w tym miejscu wypada jednak dodać, że nie brakuje też w jego, imponującym pod każdym możliwym względem pisarskim dorobku, krótszych utworów: powieści i opowiadań – to pewnie nie towarzyszyłoby mi tak silne przekonanie, że Kalkuta walczy w nim o centralne miejsce z Robertem Luczakiem. Nie będę sędzią w tej sprawie – nie potrafię wskazać zwycięzcy tej pasjonującej konkurencji. I dobrze, ale z drugiej strony...

myślę, że przydałoby się nieco rzecz rozwinąć. Rozwinąć intrygę, w którą potencjalnie został wmieszany główny bohater „Pieśni bogini Kali”. Poza tym nie zaszkodziło jeszcze poszerzyć, i tak niewąski przecież, portret naszego narratora. Dać jeszcze większy wgląd w udręczony umysł Roberta Luczaka. Pozostałe postacie celowo pomijam, bo mimo że żadna z nich nie wydawała mi się zbędna (praktycznie każda dokłada swoją cegiełkę do tej niejednoznacznej historii), to, że tak to ujmę, rzecz rozbija się o Roberta Luczaka, Kalkutę i tytułową boginię. To w moim pojęciu jest jądro tej raz nieznośnie subtelnej, a innymi razy nieznośnie dosadnej umownej relacji z podróży do Kalkuty. Relacji wysłannika amerykańskiej gazety, Roberta Luczaka, który wbrew ostrzeżeniom swojego przyjaciela, właściciela i redaktora naczelnego czasopisma literackiego, dla którego nasz narrator pracuje na stałe, zabiera do Indii swoją rodzinę: żonę Amritę i ich jedyne dziecko, maleńką Victorię. Łatwo się domyślić, że szybko zacznie tego żałować. Właściwie już zaraz po wylądowaniu w Kalkucie, w drodze z lotniska do hotelu, w którym mają zatrzymać się Luczakowie, rodzi się w nim awersja do tego miejsca, której wprawdzie on sam w pełni nie jest w stanie zrozumieć. Tak jakby odbierał jakieś złe wibracje, wyczuwał jakąś tajemną energię, którą skażony jest ten kawałek indyjskiej ziemi. To wrażenie szybko minie, ale ten bardziej komfortowy stan bynajmniej nie utrzyma się do końca pobytu Luczaków w tym „opuszczonym przez bogów” miejscu. Miejscu, w którym co prawda nie brakuje ludzi głęboko wierzących, gdzie pełno jest świątyń obleganych przez wiernych, w których oddaje się hołd, a może nawet składa krwawe ofiary hinduistycznym bóstwom, Simmons daje nam jednak rozliczne dowody na to, że jeśli szukać jakiegoś miejsca na świecie, w którym ponad wszelką wątpliwość modły nie zostają wysłuchane (chyba że przez demoniczną Kali), to jest nim, a w zasadzie była, Kalkuta w drugiej połowie XX wieku. Na tym okresie w każdym razie autor się skupia, a ściślej „Pieśń bogini Kali” przenosi nas do roku 1977, nie licząc ostatniej partii, która stanowi swego rodzaju przebieżkę po paru kolejnych latach. Taki fragmentaryczny wgląd w epokę „po Kalkucie” (pierwszy pobyt). Podobnie jak w późniejszej, moim zdaniem zjawiskowej powieści Marishy Pessl pod tytułem „Nocny film”, czy choćby w kultowym filmie Johna Carpentera, „W paszczy szaleństwa”, akcję „Pieśni bogini Kali” napędza nie tak znowu silne, ale wystarczająco, by przysporzyć mu kłopotów, postanowienie Roberta Luczaka, by odnaleźć sławnego człowieka. Poetę M. Dasa, o którym wszelki słuch zaginął przed ośmioma laty. Wprawdzie uznano go zmarłego – konkretnie ofiarę zabójstwa – ale policyjne śledztwo nie zostało jeszcze zamknięte. Tak będzie dopóki zwłoki poety się nie odnajdą. Bo choć najnowsze doniesienia wskazują na to, że Das nadal jest wśród żywych, tylko z jakiegoś powodu ukrywa się przed światem, to Luczak nie może mieć takiej pewności, dopóki odmawia się mu spotkania z tym wielkim człowiekiem. Listy i tym bardziej kilkustronicowy rękopis z poematem tak drastycznie odmiennym od wszystkiego, co wcześniej wyszło spod pióra Dasa, o niczym jeszcze nie świadczą. Owszem, nasz bohater jest skłonny uwierzyć, że nie jest to próba oszustwa - czytelnik przypuszczalnie będzie bardziej sceptyczny - ale tak czy inaczej zamierza trochę powalczyć o wywiad z tym wybitnym indyjskim poetą. Błąd? Z taki nastawieniem w każdym razie weszłam w tę coraz bardziej przygnębiającą opowieść, w której swoją drogą nie brakuje opisów, jakich pozazdrościć Simmonsowi mógłby sam Edward Lee (Clive Barker już niekoniecznie - on też tak potrafi). Opisów makabrycznych, odrażających, na które muszę przyznać sama przygotowana nie byłam. Jakoś Simmons nie kojarzy mi się z horrorem ekstremalnym, bo tego rodzaju powieścią „Pieśń bogini Kali”, moim zdaniem, też jest. Na dokładkę do horroru psychologicznego i nadprzyrodzonego, bo bez względu na to, jaką interpretację przyjmiemy, Simmons tę swoją konstrukcję w jakimś stopniu oparł na tych fundamentach. Różne więc tradycje, różne znajome oblicza literatury grozy, spotykają się na kartach „Pieśni bogini Kali” z nie mniej fascynującymi produktami wyobraźni Simmonsa. Soczystymi owocami, które nie prezentują się już tak swojsko. W końcu „Pieśń bogini Kali” to dzieło człowieka, który nie dał się poznać, jako pisarz, który umiłował sobie ciasne konwencje, który przemierza utarte ścieżki, który zwykł uporczywie trzymać się reguł wyznaczanych przez innych. Dan Simmons już raczej jest jednym z tych prozaików, którzy tworzą własne zasady, do których na domiar dobrego, nie przywiązują się na trwałe. Rzadko więc, jeśli w ogóle, wkrada się w ich twórczość straszliwa monotonia, nieprzyjemna powtarzalność, a co za tym idzie ogromna przewidywalność. Były w „Pieśni bogini Kali” momenty jakiegoś zawieszenia. Autor krążył wokół tematu jakby w poszukiwaniu punktu zaczepienia. Sposobu na pchnięcie akcji do przodu - co, jak można się się domyślić, zawsze prędzej czy później następowało. Niemniej uważam, że dałoby się tego uniknąć, gdyby Simmons rozbudował wątki o zabarwieniu kryminalnym (śledztwo policyjne i dochodzenie Roberta Luczaka) oraz jeszcze niżej pochylił się nad motywem sekty i psychicznymi katuszami, przez jakie niewątpliwie przechodzi nasz umowny sprawozdawca w dosłownie wyciskającym łzy z oczu mieście, być może przejętym przez demoniczną boginię Kali. Mroku i bólu w każdym razie Wam nie zbraknie. Podejrzewam, że ta historia skruszy nawet najtwardsze serca. Wstrząśnie nawet częstymi zjadaczami bezkompromisowej prozy. Wy ludzie o mocnych nerwach też nie możecie czuć się bezpieczni, słysząc ten śpiew. Niszczycielską pieśń bogini Kali.

Tu zaczyna się powieściopisarka kariera Dana Simmonsa. Od tej przerażającej pieśni, „Pieśni bogini Kali”. To pierwsza opublikowana powieść jednego z mistrzów literatury... różnej. Czy bez tej pieśni nie byłoby „Terroru”, „Trupiej otuchy”, „Leniej nocy”, „Abominacji, „Hyperiona”? Jakoś w to wątpię. Wątpię, żeby „dało się ukryć”, zmarnować taki chodzący talent, jakim jest Simmons. Fakt, że jego wola walki swego czasu znacznie osłabła, że miał zamiar porzucić swoje pisarskie ambicje, przynajmniej w beletrystyce, ale to było przed opublikowaniem w 1982 roku jego debiutanckiego tekstu, opowiadania „Pod prąd Styksu". Zresztą nawet bez tego sukcesu przypuszczam, że nie wytrwałby w tym postanowieniu. Pan Talent raczej by mu na to nie pozwolił. I Harlan Ellison. Ale dość tych dywagacji. Lepiej posłuchajmy pieśni hinduskiej bogini. Krwiożerczej bogini Kali. Bo warto się w nią wsłuchać. Tak uważam, mimo że nie jest to jedno z najlepszych dzieł Dana Simmonsa, jakie miałam przyjemność poznać. Ale i tak smaczne.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


1 komentarz:

  1. Intryguje mnie ta książka. Nie jestem co prawda osobą zaczytującą się w horrorach, ale do tej historii wyjątkowo mnie ciągnie. I to cudowne wydanie Vespera <3

    OdpowiedzUsuń