Stronki na blogu

czwartek, 27 maja 2021

„Co widać i słychać” (2021)

 

Rok 1980. Catherine i George Claire oraz ich trzyletnia córka Franny przeprowadzają się z Manhattanu do wioski Chosen w stanie Nowy Jork, kiedy mężczyzna dostaje pracę na okolicznym uniwersytecie w charakterze wykładowcy historii sztuki. Podczas gdy George szybko się aklimatyzuje, jego zmagającej się z zaburzeniami odżywiania żonie, doskwiera samotność w ich nowym, odizolowanym domu. Domu, w którym zachodzą niepokojące zjawiska. Catherine nabiera przekonania, że odpowiedzialny za to jest duch kobiety, która niegdyś tutaj mieszkała, George jednak wychodzi z założenia, że jego małżonkę ponosi wyobraźnia. Ich relacja coraz bardziej się pogarsza, ich małżeństwo przechodzi poważny kryzys, który mężczyzna stara się załagodzić, ale Catherine wyraźnie ma już dość życia z człowiekiem, który myśli wyłącznie o swoich potrzebach.

Co widać i słychać” (oryg. „Things Heard & Seen”) to dystrybuowany przez Netflixa amerykański horror z nurtu ghost story wyreżyserowany przez będących w związku małżeńskim Shari Springer Berman i Roberta Pulciniego na podstawie ich własnego scenariusza, który z kolei został oparty na głośnej powieści Elizabeth Brundage z 2016 roku pod tytułem „All Things Cease to Appear”. Dodatkową inspirację Berman i Pulcini czerpali z „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, „Zemsty po latach” Petera Medaka, „Co kryje prawda” Roberta Zemeckisa i „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega. Dali też do zrozumienia, że jakiś udział w procesie powstawania „Co widać i słychać” miały „Lśnienie” Stanleya Kubricka i „Inni” Alejandro Amenábara. Trochę czasu zajęło im znalezienie odpowiedniej lokalizacji – szukali domu, który nie wyglądałby jak tradycyjny, w oczywisty sposób, nawiedzony budynek, aż w końcu Pulciniemu wpadł w oko stary wiejski domek stojący na odizolowanym, pięknym kawałku ziemi. Domek, który miał swoją historię.

Amanda Seyfried i James Norton w bezbłędnych kreacjach niezbyt dobrze poprowadzonych przez scenarzystów postaci z ewidentnymi problemami. Catherine i George Claire („Horror Amityville”) na pozór są szczęśliwym małżeństwem, które doczekało się uroczej córeczki, obecnie trzyletniej Franny (Ana Sophia Heger, która niestety nie miała tutaj dostatecznego pola do popisu). Ona jest konserwatorką dzieł sztuki, zdolną malarką, a on właśnie dostał upragnioną pracę w szkole wyższej jako wykładowca historii sztuki. Problem w tym, że z dala od ich miejsca zamieszania (Manhattan). Przyjęcie tej pracy wiąże się z koniecznością przeprowadzki i tym samym przerwaniem kariery zawodowej Catherine. Kobieta godzi się z tym – jak zwykle – i już przenosimy się na prowincję, do nowo zakupionego niewielkiego domu farmerskiego, w pobliżu którego nie ma innych zabudowań. Klasyka: nieśmiertelna przeprowadzka do nowego lokum, które – jakżeby inaczej – najprawdopodobniej jest już zamieszkałe. Przez istotę z zaświatów, a przynajmniej takiej pewności szybko nabiera zaniedbywana żona nawykła do spełniania wszystkich zachcianek swojego ambitnego męża. Shari Springer Berman i Robert Pulcini w swoim przekazie medialnym zaznaczyli, że w okresie, w którym toczy się akcja ich filmu (rok 1980) w Stanach Zjednoczonych wciąż dość powszechny był taki styl życia małżeństw, jaki klaruje się w „Co widać i słychać”. Wiele kobiet żyło niejako w cieniu swoich partnerów, bez słowa skargi egzystowało w pewnym sensie pod dyktando swoich mężów. Kariera zawodowa Catherine nie jest tak ważna jak kariera George'a. Jej ambicje, nawet dla niej samej, nie mają takiego znaczenia, jak ambicje jej męża. Bo przecież on pnie się w górę z myślą o całej ich rodzinie... Tak sobie to tłumaczy nasza „żona ze Stepford”. Na Manhattanie konserwatorka dzieł sztuki, a na prowincji gospodyni domowa, która już tylko hobbystycznie oddaje się swojej malarskiej pasji. Tymczasem George zawiązuje nowe przyjaźnie, również ze swoim przełożonym, który nie kryje zadowolenia z jego pracy ze studentami. Wpada mu też oko młoda kobieta imieniem Willis (wpadający w oko występ Natalii Dyer), która wprawdzie podczas ich pierwszej rozmowy daje mu do zrozumienia, że nie jest zainteresowana związkiem z żonatym mężczyzną, ale George musi czuć, że to tylko takie gadanie. Widzimy więc dwa światy, które trwają niejako obok siebie. Smutny, monotonny, samotny, można wręcz powiedzieć pusty (w pewnym zakresie) żywot Catherine oraz hulaszczy, towarzyski, pełen nowych możliwości, kolorowy byt zdecydowanie egoistycznego George'a. Tak bardzo zajętego sobą, że niemającego już ani czasu, ani energii na zajmowanie się potrzebami swoich bliskich. Również jedynego dziecka, trzyletniej Franny, która coraz bardziej działa mu na nerwy swoimi nocnymi lękami. Za nieprzyjemne pobudki w środku nocy (a przecież królewicz musi się wyspać), George obwinia głównie Catherine – jej kategoryczny sprzeciw co do zaproponowanej przez niego kuracji farmakologicznej (mężczyzna jest zdania, że tabletki pomogą Franny uporać się z lękami i co najważniejsze on wreszcie będzie się wysypiał), ale „wybitny nauczyciel akademicki” wyraźnie pracuje i na to, by jego córka też czuła się winna. Nie potrafi, albo nie chce, zapanować nad swoją złością w obecności dziecka, które „zawiniło” jedynie tym, że boi się spać samo. Mamy więc antypatycznego żywiciela rodziny i zagubioną gospodynię domową, której doskwiera samotność i która cały czas prowadzi nierówną walkę ze swoją chorobą, bulimią, a od niedawna zmaga się również ze świadomością dzielenia przestrzeni z istotą z zaświatów. Stopniowo zapoznaje się z – jakżeby inaczej - tragiczną historią domu, w którym zamieszkała wraz ze swoją rodziną, i jednocześnie powoli staje się niezależna. Zaprzyjaźnia się z ludźmi, którzy nie są przyjaciółmi jej męża (młodym mężczyzną, który w dzieciństwie mieszkał w jej domu oraz zdecydowanie wyzwoloną dojrzałą kobietą, która nie kryje swojej awersji do George'a) i prawie na każdym kroku daje swojemu zdezorientowanemu jej zachowaniem mężowi, odczuć, że skończyło się już jego panowanie, że teraz będzie musiał bardziej się liczyć z jej zdaniem. Z typowej bohaterki opowieści gotyckich, z naiwnej, uległej żony à la bezimienna narratorka „Rebeki” Daphne du Maurier albo Rosemary Woodhouse z „Dziecka Rosemary” Iry Levina w tak zwaną bohaterkę postmodernistyczną. W kobietę wyemancypowaną.

Gdyby ktoś jeszcze nie miał pewności, czy „Co widać i słychać” Shari Springer Berman i Roberta Pulciniego daje dużą przestrzeń tradycyjnym, doskonale znanym chyba wszystkim fanom gatunku, motywom, to wspomnijmy jeszcze seans spirytystyczny (latający obrus – śmiech), podejrzaną biżuterię (przeklęty przedmiot?) i spodziewaną, ale na wszelki wypadek UWAGA SPOILER, przemianę George'a Claire'a w Jacka Torrance'a, czy jego imiennika z „Horroru Amityville” Stuarta Rosenberga, filmu opartego na książce Jaya Ansona jakoby będącej relacją prawdziwych wydarzeń KONIEC SPOILERA. Powieści Elizabeth Brundage, która posłużyła za kanwę scenariusza autorstwa Shari Springer Berman i Roberta Pulciniego, nie czytałam (polskiego wydania ni ma), a szkoda, bo przypuszczam, że to ułatwiłoby mi obcowanie z „Co widać i słychać”. Dopóki nie zapoznam się z literackim pierwowzorem pewności w tym względzie oczywiście mieć nie mogę, ale wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby się okazało, że filmowcy powyrywali sobie z niego różne motywy, ale już znacząco, zanadto okroili ich obudowę. Takie skakanie po wątkach, które jakoś tam się ze sobą łączą, ale przydałby się większy porządek w narracji. Bo takie to jakieś porwane, podziurawione. Mogę się mylić, ale zakładam, że czołowymi twórcami „Co widać i słychać” kierowała potrzeba przełożenia na język filmu wszystkich kluczowych wątków z książki, a że nie starczyło już czasu na szerszą otoczkę informacyjną (film trwa mniej więcej dwie godziny), to trudno się dziwić, że niektórych odbiorców tego widowiska, w tym mnie, dopadło nieprzyjemne wrażenie przesytu. To w trakcie seansu, bo już po, obejmując myślą całokształt, uznałam, że paradoksalnie historia ta okazała się uboga w treść. Tyle motywów – znanych z nieliczonych nowszych i starszych dzieł i co do zasady przynajmniej przeze mnie lubianych – a taka pustka. Zastanawiające albo nie. W końcu nie od dziś wiadomo, że zwykle mniej znaczy więcej. Wniosek z tego taki, że niniejsza produkcja Shari Springer Berman i Roberta Pulcinieo mogłaby zyskać na pominięciu niektórych wydarzeń i zagospodarowaniu tym sposobem uzyskanej przestrzeni, rozwinięciem pozostałych. Na przykład historii nowego domu Claire'ów (ależ to zmarginalizowano, wprost uderzające zaniedbanie bądź co bądź ważnego, co nie znaczy oryginalnego, trybiku tej „zacinającej” się machiny), ze wskazaniem na rolę w owej historii pomocnika i zarazem nowego przyjaciela Catherine, młodego mężczyzny, który kiedyś w tym problematycznym domu mieszkał – wątek jemu poświęcony niewystarczająco klarowny. Potrzebny dla zaakcentowania wewnętrznej przemiany jednej z ważniejszych postaci, dlatego miast z niego rezygnować, moim zdaniem twórcy powinni nad nim trochę dłużej popracować. Co w takim razie wyrzucić? Może ten nieszczęsny seans spirytystyczny, może (przynajmniej skrócić) relacje Claire'ów z nowym szefem George'a i nową przyjaciółką Catherine. I malarstwo – do wrażliwości co poniektórych widzów będzie to przemawiało, nawet więcej: artystyczne dodatki mogą być odebrane jako powiew lekkiej świeżości w twardym schemacie ghost story (ludzi, którzy to lubią, a jeszcze nie widzieli, odsyłam do filmu „Dom, który zbudował Jack” Larsa von Triera, to znaczy polecam), ale mnie tam nic z tego nie wynikało. Chyba, że później... Też nie. Nie przemawia do mnie ta kombinacja, którą przygotowano na sam koniec. Pochwalić za to muszę wcześniejsze uderzenie – dość zaskakujący obrót spraw. A już wydawało się, że to jeden z tych mocno ugrzecznionych, „bezpiecznych straszaków”, takich co to delikatnie obchodzą się z widzem (wyjątkiem pewien sen – czyżby oczko puszczone do sympatyków body horrorów?). Ujął mnie też klimat, jaki udało się wypracować dla tej, przypomnijmy, rozgrywającej się na początku lat 80-tych XX wieku, historii. Nie jest to stylizacja na obraz powstały w tamtych latach – prawdopodobnie nikomu nie zapomni się, że obcuje ze współczesną produkcją, ale też chyba nikt nie będzie się co rusz napominał, że rzecz nie dzieje się w czasach współczesnych. Ładne kolorki. Takie przyblakłe. Przydałoby się jeszcze trochę napięcia z tego wykrzesać, niemniej nie umknęło mi, że twórcy byli dość niechętni nowoczesnym technikom tak zwanego straszenia, że z rzadka wspomagali się prymitywnymi jump scenkami i efektami komputerowymi. Z drugiej strony, jeśli chodzi o te ostatnie, to chyba i tak za dużo. Po co pokazywać ducha? Po co skoro to taki ciężkostrawny kicz (rzecz jasna, to zupełnie subiektywna ocena)? Wystarczyło poprzestać na niby samorzutnie wprawianych w ruch przedmiotach, samo włączających się urządzeniach elektrycznych, migających żarówkach i czego tam sobie jeszcze dusza zapragnie.

Co widać i słychać” w reżyserii i na podstawie scenariusza (opartego na jeszcze niewydanej w Polsce powieści „All Things Cease to Appear” autorstwa Elizabeth Brundage) małżeństwa Shari Springer Berman i Roberta Pulciniego to obraz w stylu między innymi „Co kryje prawda” Roberta Zemeckisa i „Dotyku przeznaczenia” Sama Raimiego. Tylko jakość słabsza. Horror o zjawiskach nadprzyrodzonych, historia o duchach, ale i małżeństwie przeżywającym poważny kryzys. Rzecz trochę chaotycznie, skokowo opowiedziana, dość mocno przewidywalna (twardy schemat), niedostatecznie rozwinięta/pogłębiona, mało emocjonująca, ale za to zachowująca całkiem smaczny klimacik (oprawa wizualna) i jakimś cudem niedłużąca się. Tak, szybko mi zleciało, choć powodów do ekscytacji to raczej nie miałam. Silniejszych wrażeń „Co widać i słychać” mi nie dostarczył, większego zainteresowania ta opowieść we mnie nie rozbudziła, ale jakoś dało się to to wchłonąć. Na bezrybiu i rak ryba:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz