Stronki na blogu

czwartek, 22 lipca 2021

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”

 

Dziesięcioletnia Jas Mulder mieszka na holenderskiej farmie z rodzicami, starszymi braćmi, Matthiesem i Obbem oraz młodszą siostrą Hanną. Rodzina należy do Kościoła reformowanego i rygorystycznie stosuje się do nauk swojego zboru. Ich życie zmienia się po nagłej śmierci Matthiesa. Każdy na swój sposób próbuje poradzić sobie z traumą. Jas ucieka w świat fantazji i nigdy nie zdejmuje swojej czerwonej budrysówki. Jej zachowanie, podobnie jak zachowanie Obbego, stopniowo zmienia się na gorsze. Pogrążeni w żalu rodzice niczego nie dostrzegają. Dzieci czują się zaniedbywane, niekochane i obawiają się, że matka i ojciec prędzej czy później ich opuszczą.

Uhonorowana Międzynarodową Nagrodą Bookera 2020 debiutancka powieść holenderskiej osoby niebinarnej Marieke Lucasa Rijneveld, która na rynku wydawniczym zadebiutowała w roku 2015 tomikiem poezji pt. „Kalfsvlies”. W 2019 roku ukazał się drugi: „Fantoommerrie”. „Niepokój przychodzi o zmierzchu” (oryg. „De avond is ongemak”, ang. „The Discomfort of Evening”) swoją światową premierę miał w roku 2018, a pisał się aż sześć lat. Zasadniczo to fikcja literacka, ale niektóre motywy zostały zaczerpnięte z życia Rijneveld/a – dorastanie na farmie, w wiosce oddalonej o pięćdziesiąt mil od Amsterdamu, w głęboko wierzącej, protestanckiej rodzinie, śmierć brata (w wypadku komunikacyjnym). Rijneveld zapragnął/a zostać powieściopisarzem w szkole podstawowej, po przeczytaniu pierwszej części przygód Harry'ego Pottera autorstwa J.K. Rowling. Studiował/a, żeby zostać nauczycielem/nauczycielką języka holenderskiego, ale ostatecznie porzucił/a te plany na rzecz realizowania swojego marzenia z dzieciństwa. W wieku dziewiętnastu lat Rijneveld przyjął/a drugie imię Lucas, gdyż utożsamia się zarówno z płci żeńską, jak i męską. Co oczywiście przysporzyło mu/jej problemów w szkole średniej (prześladowania). I w kręgu rodzinnym, ale wedle słów Rijneveld/a tutaj sytuacja z czasem uległa poprawie.

Niepokój przychodzi o zmierzchu” zbiera głównie pozytywne recenzje – powieść odniosła międzynarodowy sukces, którego zwieńczeniem jest Międzynarodowa Nagroda Bookera. Różnie jest klasyfikowana – jako dramat rodzinny, mocna powieść obyczajowa, utwór egzystencjalny, thriller psychologiczny, a nawet horror. Mnie przypominała trochę „Fabrykę Os” Iaina Banksa: podobna forma, narracja, ale i przewija się w debiutanckiej powieści Marieke Lucasa Rijneveld/a trochę fabularnych motywów, które wzmacniają owo skojarzenie. Które zapewne by się nie pojawiło, gdyby nie wspomniany sposób snucia opowieści. Trudno bowiem uznać rzeczone rozwiązania za osobiste, unikatowe wizytówki „Fabryki Os”. Znaki rozpoznawcze, rzeczy na tyle charakterystyczne, żeby zawsze nasuwały wspomnienia tej jednej publikacji. Narratorką jest Jas Mulder, mała dziewczynka mieszkająca wraz z rodzicami i rodzeństwem na holenderskiej farmie. Akcja rozpoczyna się w dziesiątym roku jej życia, a kończy gdy ma lat dwanaście. „Niepokój przychodzi o zmierzchu” to opowieść o traumie z perspektywy dziecka. Dziecka z wybujałą wyobraźnią, w której po nagłej śmierci starszego brata coraz bardziej się zatraca. Jas ucieka w świat fantazji, co może mieć dla niej albo zbawienny, albo katastrofalny skutek. Relacja z trzech lat życia tej małoletniej osoby na głębokiej holenderskiej prowincji, jest rozproszona, nieusystematyzowana, chaotyczna. Ale w tym chaosie jest metoda. W końcu jesteśmy w poplątanym umyśle dziecka. Dziecka samotnego, rozpaczliwie łaknącego uwagi opiekunów, tęskniącego za utraconym bratem, w głębi ducha przypisującego sobie winę za jego tragiczny koniec na tym brudnym padole; żyjącego na cichej, nieco oddalonej od innych zabudowań farmie, w bogobojnych społeczeństwie, które z pewnością nie zaakceptowałoby „mrocznej” fascynacji, jaka bez ostrzeżenia budzi się w nim i pozostałych dzieciach Mulderów. I nie mam tutaj na myśli niezdrowej fascynacji śmiercią. Starszy brat Jas, Obbe, nawet nie próbuje się jej oprzeć. A przynajmniej tak to wygląda z punktu widzenia dziewczynki w czerwonej kurtce. Jas i jej młodszą siostrę, Hannę, coraz bardziej niepokoi zachowanie Obbego. Niepokoi, ale i pociąga. Zwłaszcza naszą małą narratorkę, która w tym samym czasie odkrywa w sobie inną „wstydliwą przypadłość”. Zwyczajne(?) przebudzenie seksualne. Proces dojrzewania, na który Jas nie jest gotowa. Nie rozumie, co się z nią dzieje, ale wie, że nie powinna wtajemniczać dorosłych w swoje rozterki. To, czemu się oddaje pod osłoną nocy prawdopodobnie spotkałoby się z potępieniem nie tylko rodziców, ale w ogóle wszystkich dorosłych mieszkańców wioski. Marieke Lucas Rijneveld w swojej pierwszej opublikowanej powieści na dosyć ekstremalnym przykładzie przedstawia skutki wychowywania dziecka w niewiedzy na temat, bądź co bądź, naturalnych procesów zachodzących w jego ciele. Telewizor Mulderów odbiera tylko trzy kanały. Jedyne bezpieczne, jedyne, w których nie znajdzie się wstrętnej golizny. Rodzice Jas, jak na wzorowych chrześcijan przystało (za takowych w każdym razie się uważają) brzydzą się epatowaniem w przestrzeni publicznej wszystkim, co kojarzy im się z seksem. I robią wszystko, co w ich mocy (no prawie, bo jakoś codziennej kąpieli to nie dotyczy), żeby trzymać swoje dzieci z dala od tego obrzydliwego trendu. Od grzesznych myśli i uczynków. Po śmierci pierworodnego starają się już mniej, dużo mniej. Pogrążają się w jak najbardziej zrozumiałej rozpaczy, a zatem nie poświęcają Jas, Obbemu i Hannie tyle uwagi, co przedtem. Budują coś w rodzaju murów obronnych. Uciekają do wewnątrz, w głąb siebie. Podobnie zresztą jak ich latorośle.

Marieke Lucas Rijneveld przenosi nas w swoim głośnym powieściowym debiucie na holenderską wieś, która stanowi swego rodzaju literacki odpowiednik miejsca, w którym sam/a dorastał/a. Wieś, którą na kartach „Niepokój przychodzi o zmierzchu” przedstawia bez przebierania w słowach. W sposób brutalny, nieestetyczny, niesmaczny, odrażający. O miłośników mroczniejszych klimatów (horrorów, odważniejszych thrillerów) jestem spokojna, ale nie mogę tego samego powiedzieć o pozostałych odbiorcach omawianej powieści. Mówiąc wprost: świat przedstawiony mocno rozminie się z wrażliwością, tak zwanym zmysłem estetycznym co poniektórych czytelników. Gdyby książka nie wzbraniała się tak zaciekle przed szufladkami gatunkowymi - gdyby sprzedawano ją jako thriller, o horrorze już nie wspominając - to zapewne trudniej byłoby wyłowić głosy krytyczne w stosunku do bezpośrednich, wstrętnych opisów poczynionych ręką osoby, która, o czym warto pamiętać, w pewnym stopniu opiera się na własnych doświadczeniach. Na wspomnieniach z dzieciństwa w takiej niewielkiej miejscowości rolniczo-hodowlanej. Można więc chyba bezpiecznie założyć, że cały ten brud, cała ta brutalność, a nawet fetor, który, przysięgam, docierał do moich nozdrzy (tak sugestywne są to opisy – niedługie, ale treściwe, obrazowe, pobudzające właściwie wszystkie moje zmysły), to twardy realizm. Nie żaden artystyczny środek obliczony na budzenie w odbiorcach nieprzyjemnych emocji. Nie horror ekstremalny tylko życie ekstremalne. Surowa, niemal bezduszna rzeczywistość, w której wprawdzie dużo mówi się o miłości do bliźniego, gdzie na każdą okoliczność ma się jakiś ustęp z Pisma Świętego, gdzie Słowo Boże jest najważniejsze - ważniejsze nawet od krów, które na farmie Mulderów zdają się cieszyć większymi względami gospodarzy niż ich rodzone dzieci – ale gdy sąsiadom gorzej się wiedzie, na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy nie odwracają wzroku, którzy okazują im jakieś widoczne wsparcie. Bóg na ustach, a egoizm w sercach. Chociaż nie, nie do końca. Bo jednak w tej niewielkiej społeczności nie brakuje ludzi żywotnie zainteresowanych tym, jak układają się Mulderom sprawy po stracie najstarszego dziecka. Nie tyle jest to jednak gotowość do pomocy niewyobrażalnie cierpiącym ludziom, ile sprawdzanie, czy aby nie zbaczają ze ścieżki Pana. Pilnowanie, by trzymali się reguł. Tymczasem wiara w sercach Mulderów powoli wygasa. Odbywa się to prawie niedostrzegalnie, ale chociaż nasza narratorka tak daleko idących wniosków, przynajmniej do pewnego momentu, nie wyciąga, to niekoniecznie bezstronny obserwator wydarzeń na farmie, w zachowaniu gospodarzy pewnie bez trudu wypatrzy dowody świadczące o ich najpewniej nieświadomym oddalaniu się od Boga Wszechmogącego. Jas i Hanna obawiają się, że rodzice niebawem pożegnają się z tym światem. Podążą za swoim pierworodnym. Albo po prostu odejdą z farmy, w poszukiwaniu lepszego życia. Osiądą w jakimś innym miejscu na ziemi, nie oglądając się przy tym na resztę swoich dzieci. Odejdą oboje albo tylko jedno z nich. Jas i Hanna ufają, że będą pierwsze, że ubiegną rodziców w osiedleniu się gdzie indziej. Z dala od tej mrocznej, pozbawionej wszelkiej nadziei (poza nikłą nadzieją, choć trzeba zaznaczyć, że i obawą - jeden z lęków Jas - na zmartwychwstanie Matthiesa), zdesperowanej, skąpanej w bezdennej rozpaczy, farmy, do której wkradają się coraz to nowe nieszczęścia. Zupełnie, jakby na Mulderów spadło jakieś przekleństwo. Straszliwa klątwa. Najpierw okrutny los zabrał Matthiesa, potem w pewnym sensie rodziców i co gorsza nie mamy powodów przypuszczać, że teraz może być już tylko lepiej. Wręcz przeciwnie: wszystko wskazuje na to, że pazerna Śmierć zadomowiła się na tej coraz to bardziej obskurnej, przygniatająco ponurej farmie gdzieś w Holandii, że to nie koniec okropnych niespodzianek, jakie już na nich czekają. W nieodległej przyszłości, może już jutro. Może na następnej stronie, w następnym rozdziale. Tak czy inaczej nie miałam absolutnie żadnych wątpliwości, że będzie tylko gorzej. Zepsucie, zgnilizna, rozpad, ekskrementy, degrengolada młodych umysłów i co najwyżej malutkie iskierki światła w tym niekończącym się koszmarze. Iskierki, które nie dość, że nie są w stanie rozproszyć ciemności, których tak obawia się narratorka, a które odczuwalnie nawet za dnia przykrywają ziemie Mulderów, to na dodatek niepowstrzymanie gasną. Jedna za drugą. Nie ukrywam, że nie raz nie dwa zagubiłam się nieco w tym, zamierzenie nieuporządkowanym, potoku słów (obrazki z teraźniejszości bez ostrzeżenia przeplatają się ze wspominkami, a wszystko podlane dziecięcą fantazją) małej straumatyzowanej dziewczynki, ale z drugiej strony trudno oczekiwać od osoby w tak młodym wieku bardziej składnego, poukładanego, sprawozdania. Nie wspominając już o stanie jej ducha, coraz to mocniej destabilizującej się psychice i środowisku, bliższym i dalszym otoczeniu, z którego czerpie wzorce. Najgorsze, że głównym autorytetem staje się dla niej człowiek najwidoczniej jeszcze bardziej pogubiony od niej. „Niepokój przychodzi o zmierzchu” z pewnością nie jest jedną z najodważniejszych, najmocniejszych powieści jakie w życiu przeczytałam, ale niewątpliwie porusza - subtelnie, poprzez aluzje, dosyć wyraźne, czytelne, ale jednak tylko sugestie - trudne, cięższe tematy. Nie boi się Marieke Lucas Rijneveld zapuszczać na grunt tak zwanego tabu. Ale jest i odrobina humoru, czasami smoliście czarnego (tak czarnego, że w angielskim wydaniu książki został wycięty: żart o Adolfie Hitlerze, o którym zresztą będzie więcej - można powiedzieć, że ten straszny pan często gości w umyśle naszej biednej narratorki), najczęściej będącego wyrazem niespożytej, nienasyconej, barwnej wyobraźni jeszcze nie wszystko pojmującej istoty. I, jak to dziecko, tłumaczącej sobie przeróżne „zagadki wszechświata” na swój własny, wyjątkowy sposób.

Niepokój przychodzi o zmierzchu”, debiutancka powieść urodzonej i mieszkającej w Holandii osoby niebinarnej, Marieke Lucas Rijneveld, w Polsce ukazała się mniej więcej trzy lata po jej światowej premierze pod szyldem Wydawnictwa Literackiego. Wydanie w twardej oprawie z roku 2021. Ładne wydanie depresyjnej, klaustrofobicznej opowieści o ludziach, którym bardzo źle się wiedzie. Opowieść o różnych sposobach (nie)radzenia sobie z potężną traumą, o bezdennej rozpaczy, smutku, który wydaje się być nie do przezwyciężenia, o uciekaniu w świat wyobraźni, dojrzewaniu i wkraczaniu na straceńczą ścieżkę. O patrzących w otchłań. I cierpiących. Okrutnie cierpiących. Polecam, ale nie wszystkim. Na pewno nie osobom poszukującym bardziej przystępnej, mniej wymagającej, po prostu łatwiejszej lektury. I może też nie tym, którzy mają bardzo niską tolerancję na niepiękne, brudne obrazki.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz