Stronki na blogu

piątek, 22 października 2021

Joanna Dulewicz „Sukcesja”

 

W Węglanowie, małym miasteczku w województwie świętokrzyskim, dziedziczka fortuny, Sara Blosh, urządza przyjęcie dla rodziny i sąsiadów w swoim imponującym pałacyku. W pewnym momencie w jednym z pomieszczeń zostają odnalezione zwłoki jednego z gości: lokalnego przedsiębiorcy Tomasza Wileckiego. Przybyli na miejsce śledczy, po przeprowadzeniu wstępnych czynności, zatrzymują dwie najbardziej podejrzane osoby, ale szybko okazuje się, że zamordowany mężczyzna miał więcej wrogów. Wszystko wskazuje na to, że winnego należy szukać wśród ludzi goszczących u Blosh tego feralnego wieczora. Z takiego założenia wychodzi prowadzący śledztwo komisarz Borys Bulsa, ale nie tylko jego zespół stara się rozwikłać zagadkę śmierci nielubianego w tych stronach właściciela prosperującego tartaku.

Ukończyła filologię angielską i zarządzanie, obecnie pracująca nad doktoratem na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach, gdzie prowadzi zajęcia z literatury. Tłumaczka, lektorka, autorka prac naukowych i popularnonaukowych, a od 2020 roku również powieściopisarka. Joanna Dulewicz na rynku literackim debiutowała powieścią kryminalną pt. „Zakłamani”, która otwiera planowaną serię z Eryką Olbracht i Patrykiem Wrońskim – druga część, „Zastraszeni”, wyszła parę miesięcy po premierze „Zakłamanych”, a ze słów samej autorki wynika, że na tym nie koniec. Tymczasem swoich sił spróbowana w innym gatunku – nie do końca, bo jej wydana w 2021 roku, niepowiązana ze wcześniejszymi dokonaniami, powieść „Sukcesja” (znakomita okładka zaprojektowana przez Magdalenę Palej: wydawnictwo Czwarta Strona), to hybryda gatunkowa: smaczna mieszanka kryminału i thrillera psychologicznego, która, co Dulewicz zdradza w posłowiu, miała opowiadać o różnych, głównie ciemnych, obliczach miłości. Akcję umieściła w fikcyjnym miasteczku, „położonym” nieopodal jej rodzinnego miasta, a inspirację, jak zwykle, czerpała z życia. Z zasłyszanych autentycznych historii, w które oczywiście zmodyfikowała, dostosowała do swojej koncepcji.

Wśród największych zainteresowań Joanny Dulewicz są relacje międzyludzkie. Pisarka zdradziła, że już w dzieciństwie zdarzało jej się rozmyślać na przykład nad tym, dlaczego niektórzy źle traktują bliźnich, co sprawia, że zachowują się tak, a nie inaczej. Z czasem doszła do przekonania, że problem zwykle jest złożony, że zdrożne zachowania przeważnie są determinowane przez najróżniejsze czynniki. I że ludzie nie są jednowymiarowi, że przy bliższym poznaniu nawet najbardziej niesympatyczny osobnik może zasłużyć sobie na nasze współczucie i przeciwnie: ktoś, komu dobrze z oczu patrzy może mieć jakieś brudne sekrety. Dulewicz stara się - moim zdaniem z powodzeniem - tworzyć złożone osobowości, postaci, które trudno zaszufladkować. W portretach psychologicznych wypracowanych przez Dulewicz w „Sukcesji” jest mnóstwo odcieni szarości. Tutaj ofiara może być jednocześnie złoczyńcą. A pyszny, patrzący na innych z góry, tyranizujący maluczkich mężczyzna może tkwić w ciasnej klatce wzniesionej przez nadmiernie, wręcz chorobliwie opiekuńczą jednostkę. „Sukcesja” otwiera się jak klasyczny kryminał – w stylu Agathy Christie czy Arthura Conana Doyle'a. Przyjęcie w okazałej posiadłości, będącej częścią schedy, która trafiła się „królowej śniegu”, wyniosłej, enigmatycznej członkini rodu Aleksandrowiczów, która spory kawałek swojego życia spędziła za granicą. Mowa o Sarze Blosh, w moim odczuciu najbardziej frapującej, przyciągającej (działa niczym magnes) postaci w tym doprawdy barwnym, gronie „powołanym do życia” przez operującą dojrzałym, niepowierzchownych, poruszającym wyobraźnię, wspaniale grającym na emocjach warsztatem (jedyne do czego mogę się przyczepić to nadużywanie słowa „grzęzawisko”, ale z drugiej strony, czyż to nie szukanie dziury w całym?). Zagadka (nie)zamkniętego pokoju w robiącej wrażenie rezydencji w niewielkim miasteczku w województwie świętokrzyskim. W jednej z tych miejscowości, gdzie wszyscy się znają. A przynajmniej wszystkim wydaje się, że wiedzą wszystko o wszystkich. Dulewicz stawia na gęsto rozgałęzioną narrację – punkt widzenia (w trzeciej osobie) kilkorga postaci, sygnalizowany, poprzedzany ich nazwiskami oraz dwa okresy. Śledzimy wydarzenia z roku 2021 oraz z pierwszych lat XXI wieku (później już mniej odległej przeszłości). W prologu Dulewicz przedstawia nam natomiast częściowo autentyczną historię, która ponad wszelką wątpliwość ma jakiś związek – trudno zgadnąć jaki – z zabójstwem aroganckiego właściciela dochodowego tartaku w Węglanowie. Ze zbrodnią, do jakiej doszło na przyjęciu zorganizowanym przez zagadkową Sarę Blosh. Kuzynkę denata, która zauważalnie dystansuje się od reszty rodziny. Urządziła co prawda to małe rodzinne spotkanko, ale najwyraźniej nie po to, by odnowić od lat zaniedbywane, właściwie to zerwane więzi z tymi ludźmi. Nowa właścicielka bodaj najpiękniejszej nieruchomości w Węglanowie przez większość tego tragicznego w skutkach wieczora obserwuje wszystko z boku. Nie daje się wciągnąć w dłuższe rozmowy – ilekroć się na to zapowiada, taktownie, pod jakimś pretekstem, się oddala. Pytanie: po co Blosh zgromadziła pod swoim dachem ludzi, z którymi najwyraźniej nie chce budować bliższych relacji? Których widocznie nie zamierza dopuszczać do swojego życia, którzy w najlepszym razie są jej zupełnie obojętni, a w najgorszym... Czy przyjęcie miało być przemyślaną – na zasadzie „najciemniej jest pod latarnią” - przykrywką, zasłoną dymną, która poza oddaleniem podejrzeń od Sary, wedle jej przewidywań, przysporzy problemów wszystkim jej gościom? Ludziom, którzy w jakiś sposób się jej narazili? Ale to tylko jedna z możliwości. W zasadzie każdy mógł zabić czterdziestoletniego Tomasza Wileckiego, niekochającego męża i niezbyt troskliwego ojca dwóch chłopców, który bynajmniej nie jest lubiany w tych stronach. Wyjątek stanowi jego już mocno posunięta w latach matka, wdowa Valeria Wilecka, która dosłownie bez namysłu skoczyłaby za nim w ogień. Nie ma takiej rzeczy, której nie zrobiłaby dla swojego synka, łatwo więc wyobrazić sobie, jak bardzo przeżywa jego utratę. Przedwczesną śmierć ukochanego dziecka. Najważniejszej osoby w jej życiu. I jak myślała, jak sobie wmawiała, najważniejszej osoby w życiu jej synowej, Ingi Wileckiej, za panny Kotowskiej. Kobiety, której prawdziwe oblicze ujawni się dopiero po śmierci Tomasza. Zresztą to samo można powiedzieć też o innych osobach raczej chłodno ugoszczonych przez wielce podejrzaną, ale „dziwnie” charyzmatyczną spadkobierczynię pokaźnego majątku członkini rodu Aleksandrowiczów. Dumnego rodu, który ma swoje tajemnice. Trupy w szafach.

Ludzie najczęściej doskonale rozumieją to, co koresponduje z ich własnym charakterem, osobowością czy poglądami. Zwykle też postrzegają jako złe wszystko, czego nie potrafią zrozumieć. Otwartość na to, co inne, wciąż jest w naszym społeczeństwie jedynie pustym frazesem.”

Joanna Dulewicz w „Sukcesji” nie tylko przeprowadza nas przez śledztwo w sprawie zabójstwa przedsiębiorcy z fikcyjnej miejscowości. Wokół tego tematu krążą inne, bardzo życiowe historie, jeszcze bardziej elektryzujące od tradycyjnej pogodni za zbrodniarzem. Najbardziej poruszyły mnie – przyznaję, że parę łez poleciało – dzieje Mogilskich. Jedno wielkie pasmo nieszczęść, z pokolenia na pokolenie, przedstawione przez uważną i niewątpliwie niepozbawioną empatii obserwatorkę rzeczywistości [Dulewicz], której wielu woli nie dostrzegać. Twardych, brzydkich, potwornych realiów. Bohaterowie dnia codziennego. Cisi, prawie niewidzialni, przezroczyści ludzie, którym zawsze wiatr w oczy. Ubodzy, zepchnięty na margines społeczny, każdego dnia toczący zaciekłą i możliwe że skazaną na niepowodzenie walkę ze Śmiercią już zaglądającą w oczy im i/lub ich najbliższym. Joanna Dulewicz pokaże nam starszą, przykutą do łóżka osobę i małego chłopca, jeszcze maleństwo, który bez pomocy innych nie przeżyje. Jego mama i starsza siostra wzorem wielu innych ludzi znajdujących się w podobnym położeniu, uruchomiły internetową zbiórkę, ale choć nie brakuje ludzi dobrej woli wspierających takie szczytne cele, to nie udało im się zebrać nawet połowy wymaganej sumy. A zegar tyka. Wreszcie ktoś, kto porusza to z jednej strony budujące, a z drugiej przerażające zjawisko, jakim są zbiórki pieniędzy dla ciężko chorych ludzi. Dlaczego najbardziej poszkodowane przez los, rozpaczliwie potrzebujące wsparcia Państwa Polskiego, osoby, są skazane na łaskę i niełaskę „innych Kowalskich”? Zmuszeni do żebrania, bo wielu z nich i ich bliskich właśnie tak się czuje. Mówią o tym, a pani Dulewicz widać jest jedną z tych nielicznych osób, do których dociera desperacki krzyk tych nieszczęsnych ludzi. Jestem jej głęboko wdzięczna, że o nich pisze. O prawdziwych wojownikach, którzy codzienne zbierają cięgi od życia i „miłościwych” bliźnich, ale się nie poddają. Walczą, nawet jeśli nie mają większej nadziei na wygraną. Kurczowo trzymają się tej ostatniej iskierki, tego wątłego płomyka, umierającego marzenia o chociaż odrobinę lepszej egzystencji. Problemy Mogilskich w Węglanowie są znane. Wszyscy wiedzą, z czym muszą mierzyć się zaledwie dziewiętnastoletnia Paula i jej matka Karolina. Większość nie zaprząta sobie nimi głowy, ale są też tacy jak Marek Stroiński, którzy chyba znajdują jakąś perwersyjną przyjemność w kopaniu leżących. Może to jeden z jego sposobów na dowartościowanie się. Choć przez chwilę poczuć się jak „młody bóg”. Choć na moment stać się takim Tomkiem Wileckim, człowiekiem, którego Marek ma powody szczerze nienawidzić. Dotychczas Stroiński starał się być dobrym chrześcijaninem. Żyć zgodnie z naukami Kościoła katolickiego. Ale ten okres ma już za sobą. Ma już serdecznie dość roli „chłopca do bicia”. Podczas gdy on powoli schodzi ze ścieżki wytyczonej przez swojego Boga, jego starsza przyjaciółka coraz częściej zapowiada ognie piekielne dla wszystkich grzeszników. Jej wnuk Jakub Gorzewski już jakiś czas temu doszedł do wniosku, że kobieta stała się fanatyczką, która niewykluczone, że wymaga wsparcia psychologicznego. Tak czy inaczej, on woli się w to nie mieszać. Zamiast tego skupia się na najnowszym śledztwie prowadzonym przez jego starszego przyjaciela, komisarza Borysa Bulsę. Opryskliwego, naginającego przepisy i zauważalnie faworyzującego, wręcz roztaczającego parasol ochronny nad Sarą Blosh. „Sukcesja” to opowieść o rodzinnych tajemnicach – starego, bogatego rodu – o toksycznych odmianach miłości i mniej czy bardziej pospolitych ludzkich niedolach. Tragediach, jakie spotykają bogatych i ubogich, młodych i starszych. Ludzkich dramatach. I reperkusjach. Owocach, którymi obrosły dawno zasadzone drzewa. Krokach poczynionych przed laty, decyzjach dokonanych w przeszłości, które dopiero teraz zostaną w pewnym sensie rozliczone. Przeszłość w każdym razie upomni się o swoje. To, co ukryte w końcu się ujawni. Opadną maski, paru mieszkańców Węglanowa pokaże wreszcie swoje prawdziwe oblicza. Ale trudno powiedzieć, czy sprawiedliwości stanie się zadość. Zależy, czyj punkt widzenia przyjmiecie. No raczej niewinnych, prawda? A co jeśli w świecie przedstawionym przez Joannę Dulewicz nie ma ludzi bez winy? Jeśli oprawcy są zarazem ofiarami? Jest nad czym myśleć, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: chciałabym jeszcze kiedyś spotkać się z Sarą Blosh. Ależ fascynująca postać!

Porywający thriller psychologiczny i kryminał w starym stylu w jednym. Niebanalna, nieprzekombinowana, niewydumana, przesycona autentyzmem, szczegółowo rozpisana opowieść o zbrodniach, niezdrowych odcieniach miłości, o biedzie, chorobie i rozpaczliwych próbach poprawienia jakości swojego życia. Wyrwania się z matni albo znalezienia sobie przynajmniej jakiejś mniej czy bardziej ryzykownej odskoczni, sposobu na odreagowanie, zapomnienie. Uwolnienie się choć na moment od toksycznej atmosfery, od ciężkiego powietrza wdmuchiwanego przez przynajmniej teoretycznie bliskie osoby. „Sukcesja” Joanny Dulewicz to wielowątkowa, do głębi poruszająca, trzymająca w napięciu i wybornie tajemnicza opowieści o rodzinie i sąsiadach, z którymi dobrze wychodzi się na zdjęciu. To na pewno.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

1 komentarz: