Stronki na blogu

poniedziałek, 17 stycznia 2022

H.P. Lovecraft, August Derleth „Obserwatorzy spoza czasu”

 

Obserwatorzy spoza czasu” (oryg. „The Watchers Out of Time and Others”) to zbiór szesnastu opowieści inspirowanych prozą Howarda Phillipsa Lovecrafta, który swoją światową premierę, w tym kształcie, miał w roku 1974. Autorem zasadniczo jest amerykański nieżyjący już pisarz August Derleth, który jednakże opierał się na materiałach pozostawionych przez swojego wieloletniego korespondencyjnego przyjaciela z Providence. Po śmierci Lovecrafta Derleth wraz z innym amerykańskim pisarzem, Donaldem Wandreiem, po nieudanych próbach nakłonienia wydawców do publikacji dzieł Lovecrafta, założyli własne wydawnictwo, Arkham House (nazwa pochodzi od miejscowości wymyślonego przez Samotnika z Providence na potrzeby jego prozy), którego głównym celem było wydanie wszystkich tekstów mistrza literatury grozy w twardych oprawach. Można powiedzieć, że to Arkham House wyniósł na salony twórczość za życia niedocenianego, a niewątpliwie Wielkiego Pisarza. Czy, jak kto woli, ta inicjatywa dwóch pisarzy, którzy należycie zaopiekowali się literacką spuścizną ojca Mitologii Cthulhu, nie pozwoliła, by dzieła Howarda Phillipsa Lovecrafta zagubiły się w mrokach historii. Podobno Lovecraft w swoich listach do Augusta Derletha zachęcał go do rozbudowania jego mitologii, ale dopiero po śmierci tego pierwszego, Derleth postanowił, nie tyle dołożyć swoją cegiełkę do kosmologii swojego korespondencyjnego przyjaciela, ile z elementów tego świata przedstawionego stworzyć nową gałąź Lovecraftowskiego drzewa. To zrodziło kontrowersje – nie wszystkim spodobało się to, co August Derleth skomponował ze spuścizny Samotnika z Providence. Tym bardziej, że Arkham House wypuszczało teksty Derletha także pod nazwiskiem H.P. Lovecrafta (mniejsza, że niektóre z nich zawierają słowa skreślone przez Lovecrafta; jedynie jakieś tam fragmenty) – Derleth nazwał się „pośmiertnym współpracownikiem” Howarda Phillipsa, czym też naraził się na krytykę. Jeden z najbardziej zasłużonych badaczy twórczości Samotnika z Providence, S.T. Joshi, tę fazę zawodowej działalności Augusta Derletha nazwał być może najbardziej haniebną w jego życiu. Dołączył do obozu oburzonych, zniesmaczonych, czy po prostu niezadowolonych z tego konkretnego podpięcia się pod dokonania Lovecrafta. Zdaje się, że największe zastrzeżenia budzi styl, w jakim Derleth włączył się w ów ogromny przecież projekt. Mnóstwo wszak pisarzy i pisarek dołożyło swoją cegiełkę do tego wybitnego świata przedstawionego. (Nawiasem mówiąc, Cthulhu Mythos to nazwa wymyślona przez Derletha, Lovecraft natomiast stosował nazwę Yog-Sothothery). Treść oczywiście też ma znaczenie, ale być może wokół tej działalności Augusta Derletha, nie narosłoby tyle kontrowersji, gdyby nie podpisywał swoich tekstów także nazwiskiem H.P. Lovecrafta i nie nazywał się jego pośmiertnym współpracownikiem. Być może.

Piętnaście opowiadań, w tym jedno nieukończone oraz jedna minipowieść w Polsce po raz pierwszy wydana w 2000 roku przez wydawnictwo Zysk i S-ka (seria Kameleon). W 2021 roku to samo wydawnictwo wypuściło edycję w twardej oprawie (pobudzającą, przynajmniej moją, wyobraźnię grafikę na froncie zaprojektował Paweł Hordyniak) w tłumaczeniu (jak poprzednio) Roberta P. Lipskiego. Muszę przyznać, że miałam problem z tą publikacją. Niektórych może zaskoczę, ale nie polegał on na tym, że August Derleth poważył się, miał czelność, dopisać swój rozdział do kosmologii Samotnika z Providence, stworzyć coś w rodzaju drugiej płaszczyzny Mitologii Cthulhu, czy jak to tam nazwiemy. Krótko rzecz ujmując: historie zamieszczone w tej książce w moim odbiorze były na tyle wyrównane, że ułożenie ich od subiektywnie najlepszych do najsłabszych było tutaj pewnym wyzwaniem. Dumałam, przestawiałam, a potem wracałam do wcześniejszego ułożenia, żeby za niedługo znowu „łobuza” przenieść. Aż w końcu zdecydowałam się na...

dwóch zwycięzców i całą gromadę dosłownie depczących im po piętach „szybkich i wściekłych”. Otwierająca niniejszy zbiór (nie licząc słów wstępnych od April Derleth, córki Augusta) minipowieść pod tytułem „Czyhający w progu” opowiada o owianym złą sławą tak zwanym lesie Billingtona w stanie Massachusetts. Poznajemy Ambrose'a Dewarta, który właśnie odziedziczył tę podobno przeklętą ziemię, wraz ze stojącą na niej starą nieruchomością. Motyw przeklętego dziedzictwa będzie często spotykany w tym zbiorku – widać, że Derleth szczególnie go sobie upodobał. To samo można powiedzieć o amatorskich badaniach burzliwej, niezwykłej historii przodków – takiemu zajęciu odda się Dewart niedługo po przeprowadzce do tak zwanego domu Billingtona. Czarna magia (to też jeden z ulubionych motywów Derletha), tajemnicze morderstwa i zaginięcia, wrzaski rozlegające się w niektóre noce w owianym złą sławą lesie, gdzie od dawien dawna stoi emanująca jakąś złowrogą mocą wieżyczka. Uwagę zwraca też struktura tej opowieści, jej forma - trzy części i tak jakby trzy opowieści. Na początek narracja trzecioosobowa, z Ambrose'em Dewartem w centrum, a w dwóch kolejnych działach już bezpośrednie (w pierwszej osobie) relacje innych postaci. Szerokie objęcie Mitologii Cthulhu (oczywiście na gałęzi Derletha - będzie więc też o konflikcie złych Wielkich Przedwiecznych z dobrymi Starszymi Bogami). Klimatyczna, choć miejscami może trochę przegadana (niektóre opisy według mnie zbędne, jakby powielane, powtarzane), ale już końcówka poprowadzona nazbyt pośpiesznie. Drobne zgrzyty w niesamowicie intensywnym doznaniu zgotowanym mi przez człowieka nazywanego protegowanym Howarda Phillipsa Lovecrafta.

Zamknięty pokój” odnajdujemy w krainie na obrzeżach Dunwich. W domostwie, które zgodnie z ostatnią wolą jego dziadka, stało się wyłączną własnością Abnera Whateleya, który wychował się w tych stronach, a teraz wraca na stare śmieci. W domu znajduje list od swojego nieżyjącego już dziadka, który przekazał mu cały ten najpewniej przeklęty majątek. List z osobliwą prośbą, czy raczej żądaniem, które Abner ma zamiar wypełnić. I odkryć bodaj największy sekret swojego dziadka. Dowiedzieć się więcej o tytułowym pokoju, w którym, jak wie, przed laty zamknięto jego ciotkę. Ciotkę, która prawdopodobnie wróciła odmieniona z nadbrzeżnego miasteczka Innsmouth. Gęsty, lepki klimat, nieodstępujące poczucie przyczajonego zagrożenia nie z tego świata. Lekki zapaszek degeneracji, gnilny odorek, mgiełka obrzydliwości i soczysty sekrecik rodzinny. Doprawdy interesujący trupek w szafie. Niecodzienny okaz, aczkolwiek swoje istnienie chyba bardziej zawdzięczający Lovecraftowi niż Derlethowi.

Opowiadania moim zdaniem niemal równie dobre. Rewelacyjne. „Spadkobierca”, czyli opowieść o człowieku, który NIE odziedziczył straszliwego majątku. Antykwariusz Alijah Atwood wynajął nieruchomość w Providence, która wpadła mu w oko. Poprzedni właściciel tego domu zmarł, a jego spadkobierca jeszcze się nie odnalazł. Cała ta sprawa jest na tyle tajemnicza, żeby nie powiedzieć osobliwa, aby rozbudzić ciekawość Atwooda. Stara się rozwiązać zagadkę, która dla współczesnego czytelnika prawdopodobnie będzie oczywista. Przewidywalna opowieść o odwiecznej pogoni człowieka za... Prawie na pewno się domyślicie. Niezbyt kreatywna, ale znakomicie się wchłaniająca – rytmiczna melodia – stosownie mroczna opowieść o UWAGA SPOILER ubłaganym upływie czasu KONIEC SPOILERA.  
W „Dziedzictwie Peabodych” August Derleth pokazuje nam kolejną przeklętą schedę. Wielki dom na prowincji w stanie Massachusetts, w pobliżu miejscowości Wilbraham. Może i trochę wtórne, ale na mnie podziałało. Okultyzm, alarmujące koszmary senne, niebezpieczne sekrety antenata głównego bohatera, Zgniły klimat i nader tragiczna otoczka. Mocno przygnębiająca rzecz.
Przodek” skupia się na młodym mężczyźnie, który dostaje propozycję nie do odrzucenia. Jego mieszkający w lesie w stanie Vermont kuzyn oferuje mu dobrze płatną i na pozór niezbyt wymagającą pracę. Ów kuzyn prowadzi badania ukierunkowane na odzyskanie utraconych wspomnień własnych, ale też jak szybko się okaże, zamierza dotrzeć do wspomnień swoich przodków. Interesująca koncepcja: niemożliwe, ale chwytliwe! Cuchnące opowiadanko – prawie czuć ten ohydny zapach dobywający się z laboratorium szalonego naukowca. Naukowca opętanego zgubną ideą. Niezdrową obsesją na punkcie... historii.
Cień z przestworzy” to (umownie) opowieść psychoanalityka Nathaniela Coreya o jednym z jego pacjentów. Niezwyczajny przypadek niekoniecznie chorobowy. Tak czy inaczej, jego problemy zaczęły się od zagadkowego ataku, po którym zapadł w śpiączkę. Stosunkowo szybko odzyskał przytomność, ale stracił pamięć. Błyskawicznie uzupełnił dane w swoim banku pamięci i dodał nowe. Nowe zainteresowania i właściwie nowa osobowość. I uciążliwe koszmary senne. Okiem Coreya, pacjent zatracił zdolność odróżniania jawy od snu, ale czytelnik zapewne nie będzie podzielał tego, bądź co bądź, zdroworozsądkowego przekonania. Głos nauki w tego rodzaju opowieściach nie powinien być zbyt uważnie słuchany. O czym może na własnej skórze przekona się także Nathaniel Corey. Być może boleśnie. To opowiadanie wydało mi się ambitniejsze od pozostałych. Bardziej kręta droga ku straszliwej Prawdzie. Podskórny, pełzający niepokój. Lekka paranoja.
Wiedźmi Jar”. Na zachód od Arkham leży dzika kraina, w której mieszka pewna dziwna rodzina (że tak sobie zrymuję). Ludzie ci stronią od innych, prowadzą wręcz pustelniczy żywot. Najmłodszy członek wypełnia wprawdzie swój szkolny obowiązek, ale dystansuje się od pozostałych uczniów. Nowy nauczyciel, człowiek, który dopiero co przybył w te strony, człowiek z zewnątrz, niewtajemniczony w sprawy tego zakątka Massachusetts, postanawia pomóc temu ponad przeciętnie inteligentnemu chłopcu. Płynna, rozbudzająca ciekawość narracja. Krótko, acz treściwie. Dobre tempo, ciekawa, choć niezbyt wymyślna, raczej standardowa opowieść o rodzinnym przekleństwie, klątwie.
W „Cieniu na poddaszu” August Derleth znowu przedstawia nam nieszczęsnego dziedzica. A właściwie prawie dziedzica, bo żeby nasz narrator, mężczyzna imieniem Adam, stał się pełnoprawnym właścicielem domostwa przepisanego mu przez wuja, najpierw musi spędzić w nim co najmniej trzy miesiące. Przed sprzedażą, jeśli taka będzie jego wola. Wujek ten parał się czarną magią... i wszystko jasne:) Nawiedzone, przesiąknięte złą aurą domiszcze, zagrożone ja w gruncie rzeczy sympatycznego bohatera, sprawnie zagęszczający się mrok, (nie)uchwytna groza i nocny intruz-pedant. Standard, ale cieszy.
W „Ciemnym bractwie” poznajemy nocnego wędrowca z Providence, Arthura Phillipsa, który niebawem znajdzie sobie wierną towarzyszkę. Podczas jednego z tych wspólnych wypadów – noce w Providence – natkną się na dziwnego jegomościa, jak zakładają miłośnika twórczości nieodżałowanego Edgara Allana Poego. Taka trochę „Inwazja porywaczy ciał” w wersji Augusta Derletha. Iście paranoiczna atmosfera. O przerażającym spisku bez pardonu prącym w jak najlepszym kierunku. A przynajmniej ja lepszego zakończenie dla takiego utworu wymyślić nie potrafię.
Glina z Innsmouth” to umowna relacja przyjaciela rzeźbiarza Jeffreya Coreya. Po zrzuceniu przez marynarkę wojenną bomb głębinowych do wód w pobliżu Innsmouth, fale wyrzuciły na brzeg między innymi niezwykłą glinę. Z tej gliny Jeffrey Corey ulepił dosyć szkaradną rzeźbę, tym samym sprowadzając na siebie poważne niebezpieczeństwo. Ale czy na pewno? Ciekawy, choć w pewnym zakresie znany mi już z innych źródeł, wątek, A do tego lovecraftowskie rybopodobne istoty, degeneracja, plugastwo, jak to w Innsmouth. I tylko finału żal.

Kroczek za powyższymi stawiam:

Dzień Wentwortha”, czyli prawdopodobnie najgorsze doświadczenie w życiu komiwojażera Freda Hadleya. Wracając z Dunwich, gdzie przybył w interesach, mężczyzna wybiera drogę przechodzącą przez dolinę leżącą na północ od wspomnianej fikcyjnej osady wymyślonej przez Howarda Phillipsa Lovecrafta. Pogoda zmusza naszego bohatera do poszukania jakiegoś schronienia. Kto szuka, ten znajdzie... ale niezupełnie to, czego szukał. Samotnie mieszkający mężczyzna, który ugości Hadleya wyraźnie z obawą wyczekuje niemożliwego. Sam siebie próbuje przekonać, że jego strach jest całkowicie irracjonalny, ale to nie pomaga. Facet ma porządnego pietra. Prosta historia z „milusim” zakończeniem. I ta atmosfera oczekiwania. Nieznośna. Czekasz na nieuniknione, dobrze wiesz na co, czy raczej na kogo. Suspens jak u Hitchcocka, nie sądzicie?
Okno na poddaszu” to... Tak, tak, jest spadkobierca! Po śmierci swojego kuzyna młody mężczyzna, zgodnie z jego ostatnią wolą, staje się jedynym właścicielem nieruchomości otoczonej wzgórzami nieopodal Aylesbury Pike. Niby standardowa opowieść, ale przy tak zręcznej żonglerce napięciem nudzić się niepodobna. Lovecraftowski klimat, przyczajona, nienazwana groza, która niebawem, już za moment najpewniej w całości się nam objawi. W całej swojej z pewnością ultrapotwornej postaci.
Koszmar z przeszłości” i kolejny dziedzic. Domostwo w pobliżu Dunwich, którego poprzedni właściciel, wuj narratora, świeżo upieczonego właściciela tej ponad wszelką wątpliwość felernej schedy, zaginął dawno temu. Klimatycznie, jak zawsze (czytaj: w całym omawianym zbiorze), ale fabuła trochę nijaka. Mało wyrazista, pozbawiona charakterystycznych elementów. Dobrze się czytało, ale podejrzewam, że w pamięci błyskawicznie się zatrze. Schowa się za bardziej pomysłowymi przeżyciami innych członków „skażonych rodów” z kronik Augusta Derletha, które nie powstałyby, gdyby pewien samotnik z Providence miast pisaniem zajął się czymkolwiek innym.

Teraz dwie tylko niezłe historyjki. „Lampa Alhazreda”, która może być wariacją na temat życia samego Howarda Phillipsa Lovecrafta. Główny bohater nazywa się Ward Phillips (przypadek? Nie sądzę) i – jakżeby inaczej! - właśnie odziedziczył dom z całym wyposażeniem. To ze zwykłych rzeczy, ale jest i „mały” bonus. Ten dodatkowy prezent to tytułowa lampa (tak, tego Alhazreda). Magiczna lampa, bo w jej świetle odsłaniają się inne światy. Opowieść bijąca tęsknotą za starymi, lepszymi czasami. Za dzieciństwem. Zdecydowanie bardziej nostalgicznie niż upiornie. Mnóstwo żywych kolorów – nieco znużyły mnie te szczegółowe, powiedziałabym kwieciste opisy bajkowych krain – i mało, dla mnie stanowczo za mało, czerni. Właściwie to tyle, co nic. 
Rybaka z Sokolego Przylądka” czyta się jak legendę, ewentualnie krótką baśń, bajkę dla niegrzecznych, albo po prostu spragnionych mocniejszych doznań, dzieci. Był sobie pewien rybak, który niedaleko miasteczka Innsmouth złowił niezwykłą istotę, która mogła, ale nie musiała, być najprawdziwszą syreną. Darował jej życie, a w zamian coś zostało mu obiecane. Jak na poziom tego zbiorku to trochę mało. Krótka historyjka skąpana w jako takiej atmosferze tajemniczości, ale właściwie pozbawiona jakichś zapadających w pamięć akcentów.

Tekst poza konkurencją, nie biorący udziału w tym moim wyobrażonym wyścigu – nie wystawiłam mu oceny w swoim zeszyciku. Wyobraźcie sobie, że oglądacie film. Już zdążyliście rozgościć się w świecie przedstawionym, zaangażowaliście się w losy bohaterów, gdy nagle akcja zostaje przerwana, a na ekranie pojawiają się słowa „produkcja nie została dokończona z powodu nagłej śmierci reżysera”. Dobrze, w świecie filmowym coś takiego może i by nie przeszło (może nie, może tak, nie wiem), ale w światku wydawniczym taki ruch nikogo dziwić nie powinien. Raczej. Choć wiedziałam, że „Obserwatorzy spoza czasu” (wspomina o tym April Derleth w swojej przedmowie do tej publikacji) to tekst, którego August Derleth nie zdążył dokończyć przed swoją śmiercią, to i tak poczułam się... nietęgo. Myślę, że jakaś dłuższa historia się tu kluła. Może nawet (mini)powieść. O niejakim Nicholasie Waltersie, Angliku, który dziedziczy niewielką posiadłość w pobliżu Dunwich w stanie Massachusetts. Wie, że jego ojciec miał rodzinę w Stanach Zjednoczonych, ale nigdy mu o niej nie opowiadał. Niedługo po przybyciu Waltersa do nowego-starego domu w podejrzanej okolicy, autor przykuwa naszą (i swojego bohatera) uwagę do dekoracji na ścianie nad kominkiem. Coś niepojętego, zastanawiającego się tu wyprawia. Kolejny ruch czołowej postaci? Oczywiście szukanie informacji o starym, herbowym rodzie z Dunwich. Mroczne sekrety... I koniec. A z taką wyraźną pieczołowitością, maniakalną wręcz, wspaniałą skrupulatnością August Derleth budował tę historię. Klimat boski, tylko czasu zabrakło. Szkoda. Z drugiej strony dalej równie dobrze mogło się popsuć...

Przepiękne wydanie (Zysk i S-ka, rok 2021), wyborne opowieści. Czternaście opowiadań, jedna minipowieść i jedno nieukończone dzieło Augusta Derletha, moim zdaniem pojętnego ucznia Howarda Phillipsa Lovecrafta. Tak, to nie to samo. Tak, to trochę inna mitologia. Są różnice, ale i są podobieństwa. Wspólne elementy. Derleth stworzył coś w rodzaju równoległego świata, gdzie moim zdaniem panuje podobna atmosfera i gdzie żyją też stwory stworzone przez Samotnika z Providence, ale cała otoczka... Zbiór „Obserwatorzy spoza czasu” w mojej domowej biblioteczce stanie obok wydań zbiorczych utworów Howarda Phillipsa Lovecrafta. Gdybym musiała wybierać, to bez wahania poszłabym za tym drugim, ale na szczęście nie muszę. Na szczęście mogę z radością przenosić się do mrocznych światów wykreowanych przez obu tych panów. Na szczęście dla mnie u Augusta Derletha też mi wygodnie. Takie moje najnowsze, choć pewnie mocno spóźnione, odkrycie. Ale jak to mówią: lepiej późno niż wcale.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz