Stronki na blogu

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Krzysztof Jasza „Tajemnice suwalskiego jeziora”

 

Zima. Projektantka wnętrz, Magdalena Żaboklicka, nadzoruje prace remontowe w nieruchomości na obrzeżach wsi Szurpiły na Suwalszczyźnie. Domostwo nad jeziorem ma być zamienione w pensjonat, ale Magda dopiero teraz poznaje powód tej decyzji. Okazuje się, że poprzedni właściciel nieruchomości nazwiskiem Wójtowicz zginął w niej w niewyjaśnionych okolicznościach. Część mieszkańców tych okolic jest jednak przekonana, że mężczyzna padł ofiarą wilkołaka, co zniechęca potencjalnych najemców do zamieszkania w domu nad jeziorem. Magda początkowo nie daje wiary tym opowieściom, ale w trakcie nocnego włamania do remontowanego budynku, w którym tymczasowo się zatrzymała, dostrzega coś, co każe jej przynajmniej rozważyć obecność bestii na tych terenach. Z pomocą nowo poznanego redaktora miesięcznika o zjawiskach paranormalnych Waldemara Mrocza oraz młodszego aspiranta Piotra Nowickiego, Żaboklicka będzie się starała rozwikłać tę śmiercionośną zagadkę.

Tajemnice suwalskiego jeziora” to najprawdopodobniej debiutancka powieść polskiego autora podpisującego się jako Krzysztof Jasza. Nie wiem czy to prawdziwe nazwisko, czy pseudonim artystyczny. Właściwie nie wiem absolutnie nic na temat tego pana, poza tym rzecz jasna, że w 2021 roku wydawnictwo Novae Res wypuściło jego podobno pierwszą książkę. Wygląda na to, że pan Jasza, przynajmniej na razie, pilnie strzeże swojej prywatności. Tajemniczy jak jego jezioro. W każdym razie pierwsze opublikowane pod tym nazwiskiem dziełko porusza się w ramach thrillera/kryminału oraz horroru o wilkołakach. Tytułowa tajemnica buduje się z wykorzystaniem elementów tego drugiego, ale cała zabawa polega na tym, by czytelnik, podobnie jak bohaterowie powieści, nie miał pewności, czy zagrożenie ma ludzką, czy wilkołaczą twarz.

Osamotnione (bez bliskiego sąsiedztwa) domostwo na Suwalszczyźnie. Z jednej strony jezioro, z drugiej las i bagna. Sceneria wprost wymarzona dla mrożącej krew w żyłach opowieści. Tym bardziej że ów budynek ma tyleż tragiczną, co zagadkową historię. W jego przepastnych trzewiach zginął człowiek. Majętny mężczyzna nazwiskiem Wójtowicz, w tamtym czasie jedyny właściciel i mieszkaniec tego przeklętego domu. To dość świeża sprawa – nieodległa przeszłość – której policji jeszcze nie udało się rozpracować. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że Wójtowicz wcale nie był pierwszą ofiarą niezidentyfikowanego zabójcy, że zabiła go ta sama osoba, która wcześniej przypuściła śmiertelny w skutkach atak na małego chłopca. Seryjny morderca? Gdyby popytać wśród lokalnej społeczności (oczywiście w świecie przedstawionym przez Krzysztofa Jaszę), to zapewne dominowałaby opinia, że rzeczony zabójca to najprawdziwszy wilkołak. Waldemar Mrocz, redaktor miesięcznika „Nie z tego świata”, przezabawny człek niewielkiego wzrostu, którego sam autor z przekąsem przyrównuje do Abrahama Van Helsinga (w domyśle w parodystycznym wydaniu, jakby w krzywym zwierciadle), jest najwierniejszym wyznawcą tej fantastycznie brzmiącej teorii. Jego nowa znajoma, Magdalena Żaboklicka, pani z miasta, która nie zamierza zagrzewać tutaj miejsca, jest bardziej sceptyczna, mimo że na własne oczy widziała wspomnianą bestię. Waldek i Magda to dość barwny tandem. Niedobrane towarzystwo absolutnie nie wzajemnej adoracji. Główna bohaterka „Tajemnic suwalskiego jeziora” nawet nie lubi swojego kompana. Facet zdecydowanie działa jej na nerwy. I trudno się jej dziwić, zważywszy na specyficzny sposób bycia tego jegomościa. To nie tak, że Mrocz celowo wyprowadza z równowagi swoją współlokatorkę (sytuacja niejako zmusiła ich do zamieszkania pod jednym dachem, pod dachem iście niewygodnego domu nad jeziorem), on po prostu nie umie inaczej. Nie potrafi współżyć z ludźmi, nie ma wystarczającej ogłady towarzyskiej. Najbliższą mu istotą jest tchórzofretka Kasia, którą zwykł nosić w rękawie swojego sfatygowanego płaszcza – waleczne i doprawdy pocieszne stworzonko, które w przeciwieństwie do swojego właściciela z miejsca zyska sympatię, wręcz podbije serce Magdy. Waldek uchodzi w tych stronach za dziwaka, co nieszczególnie mu przeszkadza. Niech sobie gadają, a ja i tak będę robił swoje. Czyli uparcie gonił za „tajemnicami tego świata”. Badał sensacyjne doniesienia o wilkołakach, upiorach, duchach i innych nadprzyrodzonych zjawiskach. Z drugiej strony Mrocza niewątpliwie drażni postawa policjantów. Frustruje go ich krótkowzroczność, uparte ignorowanie jego odkryć. Odrzucanie prawdy, którą przecież tak klarownie im przedstawia. Nie dotyczy to jednak młodszego aspiranta Piotra Nowickiego, młodego mężczyzny, który od urodzenia mieszka w tych stronach. Znane są mu więc plotki o wilkołaku, który jakoby żeruje w regionie. Co prawda Piotrek podchodzi jeszcze ostrożniej do tych doniesień, traktuje je jeszcze swobodniej od Magdy, ale jego podejście do zwariowanego redaktora, tak inne od podejścia jego kolegów i koleżanek po fachu, skłania Mrocza do wejścia w koalicję z tym - tfu, tfu! - sceptykiem. Magda w tym zespole najwidoczniej ma grać rolę damy w opałach. Bezbronnej panienki, która pewnikiem zginie, jeśli Mrocz i Nowicki odmówią jej pomocy. Jeśli nie przedzierzgną się w rycerzy w lśniących zbrojach. Ale, ale, czy w całym tym zamieszaniu, ktoś pomyślał o tym, aby zapytać Magdę, czy pasuje jej taka rola? Czy to przypadkiem jej nie uwłacza? W końcu mamy XXI wiek, epokę, w której raczej niewiele kobiet pociąga pozycja najsłabszego ogniwa w grupie. Przelęknionej pannicy, która w obliczu zagrożenia nic tylko stoi i piszczy. Wrzeszczy wniebogłosy, jak te wszystkie „kretynki” z horrorów klasy B. Takie skojarzenia nasuwają się samej Magdalenie w trakcie jej odważnych wędrówek po nagle nadzwyczaj grząskim gruncie przepięknej Suwalszczyzny. W wydaniu pana Jaszy na pewno. Powiedziałabym wręcz, że bodaj początkujący powieściopisarz, miejsce akcji uczynił dodatkowym bohaterem tej klimatycznej opowieści z lekkim przymrużeniem oka. Mrocznej historii, przy której można się też trochę pośmiać. I wpaść w zachwyt - obficie doprawiony niezwyczajną groźbą: bez względu na wynik tego dochodzenia w „Tajemnicach suwalskiego jeziora” długo utrzymuje się klimat jak z horroru – nad malowniczą, zaciszną krainą, którą szybko przykryje gruba warstwa śniegu. Izolacja, pułapka zastawiona przez Matkę Naturę, która nie byłaby aż tak niekomfortowa, gdyby nie opętani żądzą mordu intruzi. Potworne stworzenia, które zjawiają się tylko po zapadnięciu tutaj wręcz egipskich ciemności. Przeraźliwie wyjący, nadludzko zwinni agresorzy, gotowi rozszarpać na strzępy każdą żywą istotę, którą napotkają na swej drodze. Słowem: wilkołaki.

Krzysztof Jasza w swoich „Tajemnicach suwalskiego jeziora” nie szczędzi całkiem szczegółowych opisów miejsc i sytuacji. Portrety psychologiczne przynajmniej czołowych postaci mogłyby być wprawdzie bardziej wnikliwe, ale też nie można powiedzieć, że Zwariowany Kwartet, który tworzą Magdalena Żaboklicka, Waldemar Mrocz, Piotr Nowicki i tchórzofretka Kasia, w ogóle nie da nam się poznać. Wiemy nie za dużo, ale dość, by nawiązać z nimi jakąś więź. W końcu taki zespół domorosłych detektywów nie trafia się na co dzień. Właściwie to nigdy, bo któż widział tchórzofretkę na tropie Złego? Tak czy inaczej, biorącą czynny (i to jak!) udział w amatorskim dochodzeniu w sprawie tajemniczych ataków na ludzi dokonywanych we wsi Szurpiły i okolicach. Najścia na domy, które czasami pociągają za sobą ofiary śmiertelne. W pozostałych przypadkach śmiertelnie przerażone – każdy, kto spojrzy w ślepia tego przeciwnika (a może przeciwników?) pewnie już do końca swoich dni, przynajmniej gdzieś z tyłu głowy będzie nosił niewygodną myśl, że są na tym świecie rzeczy, „o których śniło się twórcom horrorów”. Likantropia, o której tyle rozprawia ekscentryczny dziennikarz Waldemar Mrocz, to nie bajeczka obliczona na przyciągnięcie czytelników, tylko fakt. I biada tym, którzy nie zabezpieczą się przed najprawdziwszą bestią! Jasza ma całkiem bogaty zasób słów. Z łatwością przemawiał do mojej wyobraźni, aczkolwiek z napięciem różnie bywało. Z wysokiego C w dół. Tak to najczęściej się u mnie odbywało we fragmentach poprzedzających spodziewaną (choć nie zawsze następującą) konfrontację z niezidentyfikowanym obiektem biegającym. Nie udawało się podtrzymać napięcia, z jakim niezmiennie wchodziłam w te niesubtelne zwiastuny rzezi - jatki, jaka już za chwilę, już za moment może się tu dokonać. Napięcie najczęściej prędzej czy później wypierało znużenie. Groźba niepowstrzymanie traciła na sile. Mrok nie był już tak nieprzyjazny, tak zagęszczony, jak parę zdań wcześniej. W moim odczuciu rozwiewał się, wbrew wyraźnym staraniom autora, by nie tylko go utrzymać, ale wręcz zwielokrotnić jego oddziaływanie na odbiorcę. Wzmocnić złowrogą energię bijącą z ciemności zalegającej na terytorium wilkołaków. Myślę, pożądanym przez fanów opowieści z dreszczykiem. Nie tylko tych żywo zainteresowanych historią i/lub upiornymi legendami wiejskimi. Lokalny folklor nadaje tej powieści magicznego posmaczku. Atmosfera wypracowana przez pana Jaszę na kartach „Tajemnic suwalskiego jeziora” ma w sobie jakąś nieuchwytną, niedoprecyzowaną niezwykłość. Pierwiastki nie z tej ziemi – trochę jakbyśmy stali na styku dwóch światów. Fantazja wdziera się do twardej rzeczywistości. A jej głównym sprzymierzeńcem jest celowo przerysowany badacz zjawisk nadprzyrodzonych. Lekkie poczucie klaustrofobii też siłą rzeczy, ale i siłą pióra Krzysztofa Jaszy, ogarniało moje niezbyt wprawdzie struchlałe, ale na pewno aż rwące się do tego świata, serce. Pulsujące z ciekawości, idącej w parze z obawą, że autor popchnie to w mniej atrakcyjnym dla mnie kierunku. I tak też się stało. Na domiar złego pod koniec Jasza przybrał manierę, która miłośnikom klasycznych powieści detektywistycznych, badaczom kryminalnych zagadek z poprzednich wieków, pewnie jest doskonale znana. Ten sposób na dodanie retro charakteru „Tajemnicom suwalskiego jeziora” (tak to widzę, ale nie mogę wykluczyć, że powód owego problematycznego posunięcia był innych, że nie taki był cel autora) w mojej ocenie jest najbardziej chybiony ze wszystkich wyborów dokonanych przez Jaszę. To bowiem jedna z tych historii, która łaknie niedopowiedzeń. Autor co prawda zostawia jakieś pole dla domysłów czytelnika, ale jak dla mnie stanowczo za małe. Wiedza, którą najbardziej pragnęłam posiąść pozostała poza moim zasięgiem (co z dodatkowymi, później odkrytymi ofiarami, poszkodowanymi?), a wszystko inne zostało aż nadto dokładnie wyłuszczone. Ażeby przypadkiem nic, najmniejszy nawet szczegół (poza wyżej wspomnianym), nikomu, ale to absolutnie nikomu, nie umknął. Wypada jeszcze wspomnieć, że ta bądź co bądź całkiem angażująca, dosyć stylowa opowieść, przedstawi nam też „krótką historię” pewnego romansu. Cieniutka warstewka romantyczna z rodzaju „gdy ona chce, on nie chce , a gdy on się decyduje, ona traci ochotę”. Trudno powiedzieć, czy to miał być przytyk do tanich romansów, czy raczej Jasza trochę się w tym flircie zamotał. Tak czy inaczej, rzeczone perypetie bardziej umilały, niż uprzykrzały mi lekturę. Na poprawę humoru. A jak to nie zadziała, to są jeszcze Waldemar Mrocz i jego nieustraszona tchórzofretka.

Tajemnice suwalskiego jeziora” Krzysztofa Jaszy to w miarę smaczna mikstura powstała przez połączenie thrillera, czy jak kto woli kryminału, horroru, komedii i romansu. Owiany złą sławą dom nad jeziorem, potencjalny wilkołak lub cała wataha tych wyjątkowo groźnych stworów, poszukiwanie skarbów, zagadkowe zgony, zabawne postaci, mroczne legendy, chwytliwe miejsce akcji (piękne, odludne, subiektywnie ciasne, niebezpieczne). Nielapidarny styl, rozczulająca prostota, z lekkim przechyłem w stronę, jak mniemam, zamierzonej naiwności. Śmiertelnie poważnie i w oparach absurdu: taka w wielkim skrócie jest ta wyprawa na Suwalszczyznę. Nie zawsze było z górki, ale pobyt nad tym sekretnym jeziorem w sumie pozytywnie wpłynął na moje samopoczucie. Salon odnowy biologicznej dla „stałych słuchaczy strasznych historii”:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

1 komentarz:

  1. Lubię tego typu motywy, więc jak kiedyś ta powieść rzuci mi się w oczy w bibliotece to być może się skuszę :D

    OdpowiedzUsuń