Stronki na blogu

środa, 5 stycznia 2022

„Przejęcie sygnału” (2021)

 

Chicago, rok 1999. James zajmuje się archiwizowaniem taśm wideo jednej ze stacji telewizyjnych. Jego uwagę zwraca niepokojące nagranie z zamaskowaną postacią wyemitowane przez wciąż niezidentyfikowanego osobnika lub osobników po przechwyceniu sygnału telewizyjnego. Jak się okazuje to nie jedyny taki incydent. Co więcej James z czasem nabiera podejrzeń, że te wydarzenia mają związek z zaginięciami kobiet, do których dochodziło tuż przed przejęciami sygnału. Mężczyzna coraz bardziej angażuje się w te, jak wszystko na to wskazuje, skrajnie niebezpieczne śledztwo. Dostaje najprawdziwszej obsesji na punkcie wyjaśnienia tej nader zagadkowej sprawy, z którą nie poradzili sobie wyspecjalizowani śledczy.

Amerykański thriller szpiegowski, klasyfikowany też jako horror, wyreżyserowany przez Jacoba Gentry'ego, między innymi współtwórcę „Sygnału” (2007) i twórcę trzech części „Moich superkrwawych urodzin”. Scenariusz „Przejęcia sygnału” (oryg. „Broadcast Signal Intrusion”) napisali Phil Drinkwater i Tim Woodall pod natchnieniem The Max Headroom Incident z lat 80-tych XX wieku – dwukrotne przechwycenie sygnału telewizyjnego przez nieznanych sprawców. Inspirację twórcy czerpali też z Creepypasty, filmików z Tara the Android oraz takich produkcji, jak „Klute”, „Syndykat zbrodni” i „Wszyscy ludzie prezydenta” Alan J. Pakuli. Film jest też kojarzony choćby z „Powiększeniem” Michelangelo Antonioniego. Jacob Gentry zainteresował się scenariuszem Drinkwatera i Woodalla przede wszystkim dlatego, że wywołał w nim autentyczny niepokój (pewnie dlatego nazywa go również horrorem), co nie zdarza mu się często – reżyser „Przejęcia sygnału” wyznał, że kino grozy zwykle nie działa na niego na takim, głębszym poziomie. Ta historia z jakiegoś powodu zdjęła go lękiem, który Gentry zapragnął zbadać, przyjrzeć się mu z bliska, z pozycji reżysera. Premierowy pokaz filmu odbył się w marcu 2021 roku na South by Southwest Film Festival.

Scenariusz „Przejęcia sygnału” nosi znamiona paranoicznych thrillerów spiskowych z lat 70-tych XX wieku. Podobna struktura, ale klimat bardziej odpowiada ostatniej dekadzie tegoż stulecia, w której zresztą toczy się akcja filmu. A na tym nie koniec: dochodzenie głównego bohatera tej historii dotyczy tajemnicy z lat 80-tych, incydentów z tytułowym przejęciem sygnału telewizyjnego, które być może ściśle łączą się z niewyjaśnionymi zaginięciami paru kobiet w Chicago. Można powiedzieć trzy dekady kina w jednym obrazie. Odpowiadający za zdjęcia Scott Thiele (m.in. „Dziewczyna z trzeciego piętra” Travisa Stevensa) naprawdę postarał się o wytworzenie złudzenia obcowania z produkcją z lat 90-tych. Swoje robi też ścieżka dźwiękowa Bena Lovetta (m.in. „Rytuał” i „Dom nocny” Davida Brucknera oraz „The Wind” Emmy Tammi), który już nie raz współpracował z Jacobem Gentrym. Na moje ucho muzyka nawiązuje również do dwóch wcześniejszych dziesięcioleci. Innymi słowy, „Przejęcie sygnału” wygląda jak dreszczowiec z lat 90-tych, a brzmi latami 70-tymi, 80-tymi i 90-tymi. Ponadto nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że twórców ciągnie też w stronę kina noir z lat 40-tych i 50-tych XX wieku – ekspozycja wielkiego miasta, zwłaszcza nocą, czy obrazy przewijające się za oknem jadącego samochodu: dla nas błyskawicznie upływające godziny, płynne przechodzenie od jednej pory dnia do następnej i następnej. To jeśli chodzi o technikę filmowania, ale muszę przyznać, że na gruncie fabularnym też pojawiła się okoliczność, która przywiodła mi na myśl filmy noir (choć oczywiście ta tradycja rozprzestrzeniła się też na inne rodzaje kina). Ta okoliczność to młoda kobieta, która z jakiegoś powodu zainteresowała się Jamesem (w tej niezbyt widowiskowej roli Harry Shum Jr.). Femme fatale? Znikająca kobieta... Ale najpierw „wielka tajemnica”, z którą nieoczekiwanie zderza się mężczyzna po przejściach, zajmujący się archiwizowaniem taśm wideo dla chicagowskiej stacji telewizyjnej i dorabiający sobie naprawianiem starych kamer. To ostatnie w sumie bardziej robi hobbystycznie niż zarobkowo. Czas wolny zwykł też spędzać na fotografowaniu: to bodaj jego największa pasja. Fragmentaryczne wspomnienia Jamesa, migawki, sugerują, że jego życie nie zawsze tak wyglądało, że spotkała go jakaś nieodwracalna tragedia (nadzwyczaj łatwo domyślić się jaka), z którą przypuszczalnie jeszcze się nie uporał. Nie przepracował traumy, nie pogodził się z tym, jak okrutnie obszedł się z nim podstępny los. Albo człowiek. Jakaś jednostka, która z premedytacją, czy nienaumyślnie sprawiła, że życie Jamesa wypadło ze szczęśliwego toru. Cokolwiek go spotkało, wygląda na to, że James żyje już z dnia na dzień, właściwie niczego nie oczekując od życia. Ma swoje pasje, ale one nie potrafią, nie mogą, rozproszyć smutku, zasklepić obficie broczących krwią ran w jego sercu. Taśma, na którą natrafia podczas pełnienia swoich obowiązków zawodowych, nadaje jego życiu nowy sens. Wreszcie ma jakiś cel. Swoiste koło ratunkowe dla człowieka od dłuższego czasu topiącego się w morzu smutku. Nagrania z lat 80-tych, filmiki nielegalnie wyemitowane w chicagowskiej telewizji, tak jak zapowiadał Jacob Gentry, mają w sobie coś... anormalnego? W każdym razie można poczuć się nieswojo na widok zamaskowanej, bełkoczącej postaci (dość upiorne maski podpatrzone w przebojowych filmikach z niejaką Tarą Android). Coś jak okno do innej rzeczywistości, jakby James przypadkiem zajrzał do innego, na wskroś obcego świata. Strefy Mroku. Choć to przecież zwykły przebieraniec. Chyba. Tak się wydaje, ale... Im dalej w las, tym silniejsze miałam przeczucie, że „Przejęcie sygnału” kroczy ścieżką, na której dosłownie wszystko może się zdarzyć. Po trosze czułam się jak w świecie przedstawionym przez Davida Roberta Mitchella (twórcy zjawiskowego „Coś za mną chodzi”) w „Tajemnicach Silver Lake”, a po trosze jak w „Ośmiu milimetrach” Joela Schumachera. Z naciskiem na „po trosze”, bo jednak moim zdaniem „Przejęciu sygnału” sporo brakuje do tamtych produkcji. Fabuła sklecona przez Phila Drinkwatera i Tima Woodalla w miarę atrakcyjnie w moich oczach zaprezentowała się jedynie w pierwszej partii. Potem już nie odstępowało mnie poczucie, że twórcy stracili orientację w terenie, że to wszystko zmierza donikąd.

Nieatrakcyjne dla mojego oka (poza zagadkowymi nagraniami umownie z lat 80-tych XX wieku) założenia fabularne to jedno, ale jeszcze bardziej kłopotliwy był sposób wyłuszczania tej pozbawionej wyrazu, zaskakująco nijakiej opowieści. Szarpana narracja: skakanie miast preferowanego przez mnie płynnego przechodzenia od punktu A do punktu B. Uniemożliwiające odnalezienie odpowiedniego rytmu gwałtowne cięcia, chaotyczny zlepek scenek z nieoficjalnego śledztwa prowadzonego przez archiwistę, który nagle zapragnął zabawić się w detektywa. To, czego nie zdołali odkryć agenci FBI, prawdopodobnie zdoła odkryć mężczyzna, który nie ma żadnego doświadczenia w rozpracowywaniu zagadek kryminalnych. Mężczyzna najwyraźniej podatny na teorie spiskowe. O badanych przez niego incydentach z lat 80-tych krąży wiele mniej czy bardziej naciąganych opowieści. Oczywiście w przestrzeni internetowej, istnym raju dla samozwańczych detektywów, którzy prędzej uwierzą w reptilianów niż w zbiegi okoliczności. A zatem na pewno nie jest przypadkiem to, że każde przejęcie sygnału jednej z chicagowskich telewizji poprzedzało zaginięcie kobiety w tym samym mieście. James też tak uważa. Osoba bądź osoby, które nadały swoje niejasne przesłanie na małym ekranie (odezwa do narodu, której naród nie miał prawa zrozumieć), według niego odpowiadają też za owe tajemnicze zniknięcia. Może mieć rację, ale równie dobrze ten ciężko doświadczony mężczyzna może właśnie przegrywać walkę ze swoimi wewnętrznymi demonami. Paranoja, niezdrowa obsesja albo sposób na poradzenie sobie z traumą. Jeśli tak, to bardzo ryzykowny. Tako rzecze nowo poznany przez Jamesa mężczyzna, który brał udział w oficjalnym śledztwie dotyczącym nieszczęsnych filmików. Na pierwszy rzut oka podręcznikowy czy stereotypowy paranoik. Rozbiegany wzrok, wzmożona czujność – wiecznie w stanie gotowości na atak wroga/wrogów – strój sugerujący, że jest osobą bezdomną (albo kamuflaż, albo rzeczywiście tak jest) i naturalnie słowa kierowane do Jamesa. Gadki o ludziach, którzy ich obserwują. O „onych”, którzy nie życzą sobie, żeby ktokolwiek grzebał w starej sprawie z przechwyceniem sygnału telewizyjnego. Jest jeszcze mentor Jamesa, starszy jegomość, który z jednej strony pomaga mu w dochodzeniu, a z drugiej nie ukrywa, że wolałby, aby jego młody przyjaciel dał sobie spokój z tym zajęciem. Które powoli, acz nieuchronnie przeradza się w istną obsesję. James w końcu dochodzi do punktu, z którego tak naprawdę nie ma już odwrotu. Nawet gdyby bardzo chciał, zapewne nie potrafiłby się wycofać. Musi wiedzieć, choćby nawet za cenę własnego życia. Takie to ważne. Łatwo się domyślić dlaczego. Co motywuje tę bodaj straceńczą misję Jamesa. „Niekończącą się opowieść”, tj. niemiłosiernie dłużący mi się spektakl, na którym zapewne bym poległa, gdyby nie smaczny klimat retro i chęć zobaczenia kolejnych nagrań z zamaskowaną istotą. Wszystko inne było mi kompletnie obojętne, włącznie z prawdą, na której tak zależy bohaterowi filmu. Właściwie to podejrzewałam, że żadna wielka prawda się tutaj nie objawi. Miałam wrażenie, że sami autorzy tej historii nie bardzo wiedzieli, w którym kierunku to popchnąć. O czym chcą opowiadać. W moim oczach miotali się niemiłosiernie. Tu jakiś paranoik, tam enigmatyczny profesorek, a jeszcze jakieś tajemnicze dziewczę się zbliża i w jeszcze bardziej zagadkowy sposób oddala. Zakończenie zapewne podzieli widzów. Dość frustrujące zjawisko, ale jeśli o mnie chodzi, to w pozytywnym znaczeniu. Wreszcie się ożywiłam, szkoda, że dopiero na ostatnim odcinku tej żmudnej wyprawy... w nieznane. Wprost przepadam za takimi zagrywkami. Cios poniżej pasa? UWAGA SPOILER Ostateczny dowód na to że twórcy „Przejęcia sygnału” nie wiedzieli, w którym kierunku zmierzają, w którą stronę popchnąć tę opowiastkę? Część widzów zapewne dojdzie do takiego wniosku. Być może słusznie, nie umiem rozstrzygnąć. Niemniej wolę myśleć, że autorzy mieli coś na myśli i zaufali, że odbiorcy sami na to wpadną. Ewentualnie powstanie przynajmniej kilka teorii (nie)spiskowych na temat tego, co przydarzyło się Jamesowi i innym KONIEC SPOILERA.

Szkoda takiej oprawy audiowizualnej dla tak miałkiego tekstu. Tak boleśnie niecharakternej (z wyjątkiem zagadkowych filmików) opowiastki poruszającej się w ramach thrillera szpiegowskiego. W każdym razie z mojej perspektywy „Przejęcie sygnału” Jacoba Gentry'ego na gruncie fabularnym wypada przerażająco blado. W toksycznych oparach nijakości. Dość daleko idąca stylizacja zdjęć na powstałe w latach 90-tych XX wieku i jeszcze większy rozmach w warstwie audio (duch trzech ostatnich dekad poprzedniego stulecia): to przede wszystkim trzymało mnie przed ekranem. Czy to dobrze, nie jestem pewna. Wydaje mi się, że niewiele bym straciła, gdybym odpuściła sobie tę pozycję. Za dzień, najwyżej dwa pewnie i tak nic nie będę z tego pamiętać. No może poza śmiercionośnymi(?) nagraniami. Nie, nie jak w kultowej opowieści o dziewczynce ze studni. To zupełnie inna bajka.

2 komentarze:

  1. Jak na obecne czasy dobry film.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie takie samo mam wrażenie po obejrzeniu tego, mogliby dopracować dużo detali

    OdpowiedzUsuń