Stronki na blogu

poniedziałek, 28 marca 2022

Sue Watson „Kobieta z sąsiedztwa”

 

Lucy Metcalf jest nauczycielką w szkole podstawowej i umiarkowanie szczęśliwą żoną nauczyciela z liceum Matta. Ich największym problemem jest niemożność posiadania dzieci, oboje bowiem zawsze marzyli o zostaniu takimi rodzicami, jakich sami nie mieli. Pewnego dnia w sąsiedztwie pojawia się urodziwa pogodynka z lokalnej telewizji Amber Young, która prowadzi zgoła inne, z pozoru bardziej ekscytujące życie od Lucy. Kobiety szybko się zaprzyjaźniają, co niespecjalnie podoba się Mattowi, który nawet nie stara się ukryć swojej awersji do największej gwiazdy na Treetops Estate, angielskim przedmieściu, gdzie lata wcześniej osiadł ze swoją pełną kompleksów małżonką. Lucy skrycie zazdrości swojej najlepszej przyjaciółce. Wyglądu, pewności siebie, szykownie urządzonego domu i bogatego życia towarzyskiego. Amber wprawdzie miewa humory, ale Lucy bardzo sobie ceni tę relację. Kiedy więc dowiaduje się, że jej przyjaciółka ma stalkera, nie zamierza wzorem Amber bagatelizować tego problemu. Postara się zapewnić bezpieczeństwo swojej drogiej sąsiadce... która nie mówi jej wszystkiego.

Powieściowy thriller psychologiczny autorki między innymi „Naszych małych kłamstw”, „Idealnej randki” i „Znam twój sekret”, który swoją światową premierę miał w roku 2019. Sue Watson pochodzi z Manchesteru, a obecnie, wraz z rodziną, mieszka w angielskim hrabstwie Worcestershire, pisząc, jedząc ciasta, oglądając programy dietetyczne i ćwicząc na kanapie. Zanim została powieściopisarką na pełen etat, realizowała się w dziennikarstwie – pisała dla magazynów kobiecych i gazet ogólnokrajowych, przez jakiś czas pracowała też dla telewizji: producentka w BBC. Na pierwszym etapie swojej pisarskiej kariery, Watson ograniczała się do romansów, często o zabarwieniu komediowym, a z czasem zaczęła się też przechadzać po mroczniejszej alei gatunkowej. Pomysł na fabułę „Kobiety z sąsiedztwa” (oryg. „The Woman Next Door”) zakiełkował w jej umyśle jeszcze gdy pracowała dla telewizji. W posłowiu niniejszej książki opisuje to jako chęć „poeksperymentowania z koncepcją sławy i przyjaźni, rozróżnienia między prawdą a fałszem”.

Toksyczna przyjaźń i tajemniczy prześladowca. Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Tylko czy Lucy Metcalf i Amber Young naprawdę tak bardzo się różnią? Wszystko na to wskazuje, ale jeśli ten gatunek mnie czegoś nauczył, to przede wszystkim „nieoceniania książki po okładce”. To znaczy wyrabiania w sobie jakichkolwiek przekonań po zaledwie pobieżnym wglądzie w życie, ale i umysły fikcyjnych postaci zamieszkałych na kartach thrillerów psychologicznych. W tego rodzaju prozie pozory często mylą. Dlatego nader ostrożnie podchodziłam do relacji Lucy. Później, znacznie później, do głosu „dopcha się” również Amber (w obu przypadkach mamy narrację pierwszoosobową) i prawdę mówiąc dopiero wtedy stanęłam na pewniejszym gruncie. W „Kobiecie z sąsiedztwa” rodzi się konflikt pomiędzy dwiema zaprzyjaźnionymi kobietami (ściślej to główny spór, ale nie jedyny), jednakże przez dłuższy czas Sue Watson każe nam słuchać tylko jednej ze stron. Pewnie jestem staroświecka, ale wychodzę z założenia, że warto najpierw zapoznać się wszystkimi stanowiskami, a dopiero potem ewentualnie wyrabiać sobie zdanie. A najlepiej w ogóle nie mieszać się w cudze kłótnie... Na pewno? Przed pojawieniem się Amber Young w bliskim otoczeniu Lucy Metcalf znajdowała się przynajmniej jedna osoba, która mogłaby mieć inny pogląd na ten temat. Osoba, która potem może wyrzucać sobie, że nie mieszała się dłużej. Tylko czy to by coś zmieniło? Czy w końcu zdołałaby przekonać swoją koleżanka, że przyjaźń z Amber Young jej nie służy? A może jest odwrotnie? Może to Amber powinna mieć się na baczności? Nie ufać swojej „brzydszej siostrze”? Lucy przekonuje nas, że mniej więcej tak się czuje w jej obecności. Kaczątko i łabędź. Z drugiej strony Lucy nie ma wątpliwości, że grzanie się w blasku Amber to najlepsze, co w ostatnim czasie ją spotkało. Otóż, Lucy w swoim mniemaniu rozkwitła u boku gwiazdy Treetops Estate. Amber co prawda nie zrobiła jakiejś oszałamiającej kariery – pogodynka w lokalnej telewizji, która najwyraźniej wciąż nie może przeboleć, że przed laty koło nosa przeszła jej największa szansa na zawojowanie świata. Nawet patrząc na Amber przez różowe okulary Lucy - nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pani Metcalf idealizuje swoją najbliższą przyjaciółkę - widać, że kobieta ma ogromne, może nawet chorobliwe parcie na szkło. Nie potrafi się cieszyć tym, co ma – zakładając, że ma się czym cieszyć ta nasza Amber – czerpać przyjemności z takiego życia, jakie toczą ci wszyscy „biedacy”, którzy nie dopchali się do szkła. Ambitna czy płytka? Godna współczucia czy raczej potępienia? Ofiara czy bezwzględna manipulantka? Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Sue Watson w „Kobiecie z sąsiedztwa” uczy, że zazdrość to podstępna bestia. Na świecie nie brakuje ludzi, którzy żyją w przekonaniu, że trawnik ich sąsiada jest zieleńszy. Marzą o zamienieniu się z nimi miejscami, skosztowaniu tych wszystkich słodkości, których oni mają w nadmiarze, podczas gdy my snujemy swoje „bezwartościowe”, pozbawione lepszych perspektyw, ciężkie żywoty. Lucy ma problemy, a Amber ma wszystko. Takie przeświadczenie ma ta pierwsza, podczas gdy ta druga jakby ubolewa, że nie jest Lucy. Chyba. Pamiętacie? Lepiej nie wyrabiać sobie zdania na temat żadnej z tych kobiet. Cicha woda czasami brzegi rwie, a bogatemu słoma z butów może wystawać. A stalkerem wcale nie musi być mężczyzna. Akcja „Kobiety z sąsiedztwa” buduje się powoli. Powolutku, warstwa za warstwa, obieramy tę zgniłą cebulę, jaką zdaje się być przyjaźń dwóch niepasujących do siebie kobiet. Albo wręcz przeciwnie, pasujących aż za dobrze. Innymi słowy, to jeden z tych thrillerów, które przypuszczalnie nie znajdą poklasku u czytelników celujących w szaleńczo rozpędzone „kolejki górskie”. Nie ukrywam, że i ja nie miałabym nic przeciwko dodaniu jakiegoś wzmacniacza - albo dwóch - do pierwszej partii książki. Owszem, stalker Amber nie próżnuje – a to wyśle esemesa, a to zostawi pod jej drzwiami jakiś upiorny podarek, a to pokręci się przy jej samochodzie, i tak to sobie będzie pospolicie eskalować (standardowa, niewyszukana opowieść o uporczywym prześladowcy) – ale wolałabym, żeby częściej przypominał o sobie. A jeszcze lepiej przyjęłabym jakiś dodatkowy wątek, zakręt na tym pierwszym odcinku fabularnej ścieżki, na której lepiej nie tracić czujności. Patrzeć pod nogi, ażeby nie potknąć się o któryś ze szlachetniejszych kamieni – tj. dla mnie dużo ciekawszych od „harców” stalkera, którego, że tak to ujmę, Natura nie obdarzyła większą wyobraźnią - przygotowanych przez autorkę „Kobiety z sąsiedztwa” na później.

Treetops Estate to angielskie przemieście lub wieś – Lucy nie potrafi się zdecydować – zamieszkałe głównie przez klasę średnią. A przynajmniej przy Mulberry Avenue, gdzie stoi wygodny domek Metcalfów i może mniej przytulna, ale bardziej wykwintna, stylowa nieruchomość Amber Young. Kobiety, która może czuć się osaczona przez swoją przesadnie przyjacielską sąsiadkę. W tych krótkich okresach, kiedy Lucy czuje się przez nią odtrącona, kiedy serdeczność wypiera chłód i kompletna obojętność, Amber może po prostu odpoczywa od swojej zaborczej koleżanki. Ucieka, ale zawsze wraca. Bo cokolwiek kieruje Amber, jakkolwiek czuje się ten kolorowy wolny ptak, bez względu na to, co tak naprawdę gra w jej pokiereszowanej i/lub zdegenerowanej duszy, niewątpliwie potrzebuje Lucy. Może nawet bardziej niż Lucy jej. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że Amber stanowi dla Lucy swego rodzaju substytut dziecka, o którym zawsze marzyła. Ona i Matt już jakiś czas temu dowiedzieli się, że nie mogą mieć potomstwa, ale zamiast pomyśleć o adopcji, żona wdała się w skomplikowaną relację z dorosłą, acz niekoniecznie dojrzałą (to się okaże) kobietą pracującą w lokalnej stacji telewizyjnej, w którą na dodatek wciągnęła swojego wyjątkowo ugodowego partnera. Chciała pomóc, a przynajmniej tak to przedstawiała wszystkim, którzy chcieli (i nie chcieli) tego słuchać. Pomóc swojej przyjaciółce prześladowanej przez niezidentyfikowaną osobę. Mroczna obsesja i niebezpieczny trójkąt. Przyjaźń zbudowana na kłamstwach, półprawdach i przemilczeniach albo po prostu wzajemnym niezrozumieniu. To, co dla jednych jest białe, dla innych może być czarne. Wszystko jest względne. Punkt widzenia zależy od puntu siedzenia. Myślę, że to przede wszystkim chciała przekazać swoich czytelnikom, mam wrażenie, uważna obserwatorka współczesnego świata. I ludzi, zwłaszcza ludzi. W „Kobiecie z sąsiedztwa” praktycznie wszystko kręci się wokół postaci. Przyjaźń Lucy i Amber, jak można się tego spodziewać, staje się coraz bardziej problematyczna. Nie tylko dla nich. W najbardziej niewygodnym położeniu wydaje się być Matt, który nie ukrywa, że wolałby, aby jego małżonka poszukała sobie innej przyjaciółki. A przynajmniej przestała się tak angażować w życie rozkapryszonej, egoistycznej, narcystycznych sąsiadki. Matt uważa, że Amber kreuje się na osobę, którą nie jest. Lubi być w centrum uwagi, lubi wzbudzać zazdrość, choć tak naprawdę jest płytka, nudna i rozgoryczona. Podczas gdy Lucy ma kochającego, wspierającego ją męża, Amber to kobieta ze złamanych sercem, która skacze z kwiatka na kwiatek ze słabnącą nadzieją na znalezienie swojej drugiej połowy. Amber jest samotna, a Lucy ma naprawdę wspaniałego partnera. To nie tak, że go nie docenia – gdy ją poznajemy daje nam jasno do zrozumienia, że Matt jest najważniejszą osobą w jej życiu, największym szczęściem, jakie dostała od Opatrzności, która niewątpliwie nie była dla niej, ani dla niego, ani być może dla Amber, zbyt łaskawa – ale do pełni szczęścia jeszcze sporo jej brakuje. Gdyby tylko mogła mieć dzieci... Tę pustkę być może zapełnia Amber, ale jeśli faktycznie tak jest, jeśli Lucy przelewa swoje macierzyńskie uczucia na tę chyba uzależnioną od adrenaliny, lubiącą wchodzić w niebezpieczne związki, pogodynkę, to przecież nie może to trwać wiecznie. Nie w thrillerze psychologicznym, w którym, nie zapominajmy grasuje, prawdziwy czy tylko wymyślony stalker. Chyba istnieje, ale patrząc na Amber... Można zwątpić, nieprawdaż? Dużo tych „chyba”, ale jak już wspomniałam, to jedna z tych historii, które ze strony na stronę tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że lepiej pochopnie nie wyciągać wniosków. Nie powielać błędu Lucy, która delikatnie mówiąc daje duży kredyt zaufania prawdopodobnie nie tylko Amber, ale w ogóle wszystkim ludziom wchodzącym w jej orbitę. Nie brać również przykładu z Matta i Kirsty, koleżanki Lucy z pracy, którzy nie pozostawiają jej wątpliwości, że mają jak najgorsze zdanie o jej najlepszej przyjaciółce. Tak do tego podeszłam – z maksymalnie otwartym umysłem. Może więc dlatego niespecjalnie (tylko troszkę) zaskoczył mnie obrót wydarzeń przedstawionych w tej dość emocjonującej opowieści. Ciesz się tym, co masz, ale nie trać przy tym czujności. Warto zachować maksymalną ostrożność. Odrobina paranoi nie powinna nikomu zaszkodzić w świecie, w którym aż roi się od ludzi dbających wyłącznie o własny interes. Ach, i nie patrz z zazdrością na trawnik sąsiada: on wcale nie jest zieleńszy.

Mam słabość do takich pozycji literackich. Nie pogardziłabym wprawdzie boleśniejszymi ciosami w mroczniejszym klimacie, ale „Kobieta z sąsiedztwa” Sue Watson, brytyjskiej bestsellerowej powieściopisarki, która nie samymi thrillerami psychologicznymi żyje (zwolennicy komedii romantycznych w jej bibliografii też mogą coś dla siebie wypatrzyć), to nie był zły wybór. W pierwszej partii książki, przyznaję, miewałam chwile zwątpienia, ale ostatecznie wszystko ładnie się poukładało. Wróciłam z tarczą z tego mojego pierwszego, ale z pewnością - o ile jeszcze trochę pożyję - nie ostatniego spotkania z Sue Watson. Zadowolona.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz