Stronki na blogu

sobota, 26 marca 2022

„Słodkich snów” (2021)

 

Na skutek wypadku samochodowego dziedziczka małej fortuny, April Davis, zapada w śpiączkę. Budzi się parę miesięcy później i dowiaduje się, że doznała poważnego urazu mózgu. Lekarz uprzedza ją, że przez jakiś czas może miewać halucynacje, zaniki pamięci, zawroty głowy i odczuwać niewyjaśniony niepokój. Opiekę nad April roztacza jej chłopak Robert Mitchel, który też czuwał przy niej, gdy bez przytomności leżała w szpitalu. Dowody wskazują na to, że do tragicznego w skutkach wypadku samochodowego doszło z winy April, nad kobietą wisi więc widmo kary za nieostrożną jazdę. Bardziej doskwierają jej jednak wyrzuty sumienia i upiorne zjawiska, z którym zderza się niedługo po powrocie do domu. April nie ufa swoim zmysłom. Zakłada, że przynajmniej większość z tego nie dzieje się naprawdę, ale i tak nie może oprzeć się wrażeniu, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo. Że nie jest bezpieczna we własnym domu.

Niezależny amerykański thriller psychologiczny z elementami horroru debiutującej w pełnym metrażu reżyserki, Niki Koss, która realizuje się głównie w aktorstwie. Podobnie jak Robert Johnson, autor scenariusza „Słodkich snów” (oryg. „Night Night”) - poprawki wprowadził Jordan Berman – który osobiście przedstawił Koss ten materiał. Historia od razu ją wciągnęła, błyskawicznie też w jej umyśle wyklarowały się wizje tego wszystkiego, co chciałaby zobaczyć na ekranie. Doświadczenie aktorskie, w jej przekonaniu, ułatwiło jej pracę na planie – łatwiej było jej porozumieć się z członkami obsady. Niemniej niektóre pomysły Koss powszechną akceptację zyskiwały dopiero po ich zrealizowaniu. Wcześniej zwykle większość zespołu nie rozumiała tych zamysłów, a ich zgoła odmienna reakcja na produkty finalne, nauczyła reżyserkę „Słodkich snów”, że w przyszłości powinna bardziej ufać swojemu instynktowi. Nie rezygnować zbyt szybko z pomysłów, które uzna za atrakcyjne, nawet wtedy, gdy innym początkowo się nie podobają. Światło dzienne pierwszy długometrażowy film Niki Koss ujrzał w listopadzie 2021 roku w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce ukazał się w marcu 2022 roku na platformie CDA Premium.

Główny plakat dreszczowca Niki Koss o młodej kobiecie, która nie może ufać swoim zmysłom, zapowiada obraz w starym dobrym stylu. W stylu retro. W stylu samego Alfreda Hitchcocka? Mogło tak być. Tak reżyserka, jak scenarzysta „Słodkich snów” mogli znajdować się pod jakimś wpływem twórcy między innymi „Psychozy”, „Ptaków” i „Okna na podwórze”. Z naciskiem na ostatni z wymienionych tytułów. Podobnie jak L.B. Jefferies, protagonista „Okna na podwórze” (1954), główna bohaterka „Słodkich snów”, April Davis (taka sobie kreacja Brenny D'Amico), z powodów zdrowotnych tkwi w czterech ścianach swojego domu. Z tą różnicą, że kobieta czeka aż zregeneruje się jej nie ciało, a umysł. Złamana noga to pikuś w porównaniu z obrażeniami, jakich doznała April. Kobieta, która parę miesięcy wcześniej straciła oboje rodziców, ale dopiero teraz – to znaczy tuż przed wypadkiem – nabyła połowę niebagatelnego spadku po nich i stała się jedyną zarządczynią całości, do czasu zakończenia studiów czy tam osiągnięcia wyznaczonego w testamencie wieku przez jej młodszego brata Jaxa. Wszystkim zajmował się prawnik Davisów, czyli Candyman w (nie)własnej osobie, tj. ta w sumie mała rólka przypadła w udziale Tony'emu Toddowi. Prawnik, który nawet nie stara się ukryć, że ma zdecydowanie lepsze zdanie na temat April niż jej brata. Nieodpowiedzialnego, niedojrzałego, pozbawionego ogłady młodzieńca, który nie stroni od alkoholu i narkotyków. Podczas gdy Jaxowi w głowie tylko seks, prochy i rock and roll, April, przynajmniej w oczach swojego prawnika, uchodzi za rozsądną młodą damę, która na pewno nie pozwoli, by jej lekkomyślny braciszek roztrwonił cały majątek zgromadzony przez ich rodziców. Już scena w samochodzie April natchnęła mnie podejrzeniem, że prawnik Davisów ma błędne wyobrażanie o April. Tak czy inaczej, nie ulega wątpliwości, że kobiecie przynajmniej ten jeden raz zdarzyło się zachować, delikatnie mówiąc, nieodpowiednio. Nieostrożna jazda, to na pewno, ale prawdę mówiąc nie mogłam mieć pewności, że do tragicznego w skutkach wypadku doszło z jej winy. Zderzyła się bowiem z kobietą, która wprawdzie wydawał się trochę bardziej skupiona na drodze od April, ale i jej uwaga w decydującym momencie mogła być rozproszona. Nie dość, że na tylnym siedzeniu dokazywały dzieci, to na dodatek z równowagi wyprowadził ją znowu nieobecny mąż. Rozpłakała się, a to raczej nie poprawiło widoczności tą wieczorną porą. Wypadek został przedstawiony bardzo szczątkowo – niewiele mówiące pojedyncze ujęcia tragedii, w której tylko w domyśle życie postradały trzy osoby. Tak się wydaje, ale scenarzysta jakby krążył wokół tego tematu, jakby nie chciał ujawniać wszystkiego na ten temat. Czy to oznacza, że April nie była jedyną uczestniczką tego okropnego zdarzenia na drodze, której udało się przeżyć? Można by się spodziewać, że po czymś takim człowiek będzie chciał zdobyć więcej informacji na temat tragedii, z której ledwie wyszedł z życiem. Tym bardziej, gdy ciążą na nim podejrzenia. Mało tego, April zdaje się przychylać do wersji przedstawionej jej przez detektywów prowadzących tę sprawę. Poczuwa się do winy, nawet jeśli niewiele z tego pamięta... i najwyraźniej nie ma najmniejszej ochoty sobie przypomnieć. Właśnie, „jeśli”. Bo jak tu być pewnym czegokolwiek, co dotyczy April, skoro ona sama nie potrafi oddzielić prawdy od fałszywych projekcji skołatanego, poważnie nadwerężonego umysłu? Uprzedzono nas, że April może miewać halucynacje, ale i napady niepokoju, które najlepiej spokojnie przeczekać. Kiedy więc kobieta nabiera przekonania, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo, nie powinniśmy zanadto przywiązywać się do tej teorii. Może i nie, może i twórcom zależało na tym, byśmy z wyjątkową ostrożnością podchodzili do myśli, wspomnień i wszystkiego, co spotyka naszą rekonwalescentkę w jej sporych rozmiarów domu w dosyć cichej okolicy. Ale czy tak będzie? Czy czasem April nie będzie musiała gonić za nami na tej boleśnie przewidywalnej ścieżce fabularnej? Jeśli już ktoś kogoś zarażał paranoją w tym trochę ponurym domu (wystrój na poły staroświecki, w każdym razie tapety, cerata na kuchennym stole i inne detale, podsyciły podejrzenia rozbudzone przez główny plakat filmu, odnośnie retro zacięcia jego twórców), to ja April, a nie ona mnie. Kolejne „jeśli”. Taa...

Robert Mitchel (przeciętny występ Nicka Mariniego): mężczyzna do rany przyłóż. Kiedy jego dziewczyna przebywała w śpiączce każdą wolną chwilę spędzał w szpitalu. A przynajmniej taki wniosek się nasuwa po, bądź co bądź, błyskawicznym, migawkowym przejściu przez ten etap życia, a raczej bezżycia, młodej kobiety z pękatym portfelem. Kiedy April Davis wreszcie odzyskała przytomność, ten złoty chłopak wprowadził się do niej, aby należycie się nią zaopiekować. Jedyne, co odciąga go od ukochanej, to obowiązki zawodowe – Robert pracuje poza domem – i żeby nie było wątpliwości: April nie ma mu tego za złe. Wręcz przeciwnie, to jedna z tych rzeczy, które u niego szanuje. Chce, by jej partner realizował się na gruncie zawodowym. Ale też zapewne wolałaby mieć jakieś towarzystwo w tym coraz mniej wygodnym domu. Domu, do którego zakradają się upiorni intruzi? Duchy czy omamy, przed którymi przestrzegał jej lekarz prowadzący w szpitalu, w którym bez przytomności spędziła ostatnie miesiące? April zakłada, że to halucynacje, ale widz różnie się może na to zapatrywać. Minimalizm w moim odbiorze służył sekwencjom z rzekomymi czy faktycznymi duchami. Wiemy kto to, ale April nie pamięta, żeby kiedykolwiek wcześniej ich spotkała. Co o niczym nie świadczy, pan doktor wszak uprzedzał swoją pacjentkę, że przynajmniej przez jakiś czas może mieć problemy z pamięcią. Zatem mogła już ich widzieć, tych ludzi, którzy pod dachem April wywoływały we mnie lekki dyskomfort. To jeszcze nie strach, ale przyznaję, że nie przechodziłam obojętnie obok tych manifestacji. Bynajmniej nie dlatego, że przeważnie były to zagrania typu „buu!”. Blade, milczące postacie stojące nieruchomo ze wzrokiem skierowanym wprost na naturalnie zalęknioną gospodynię – niezły widok. Są jeszcze zdjęcia: czteroosobowa rodzina w tych samym pozach z paru obleganych przez turystów zakątków świata. Dziwne. Ale przecież przegląda je osoba, którą oczy mogą mylić. Dlatego April początkowo nie przywiązuje do tego większej wagi. Najlepiej zignorować. To jeszcze można zrozumieć, ale obawiam się, że już scena z „nieposłuszną” kamerką internetową spotka się z mniejszą przychylnością publiki. Widać, że April ma wątpliwości, zastanawia się, czy to aby na pewno był sen – wszystko na to wskazuje, ale ona z jakiegoś powodu uznaje za stosowne obracać to w myślach. Wygląda, jakby już wtedy czuła, że coś tu jest nie w porządku, że coś jest na rzeczy. A przecież łatwo można by to zweryfikować. A przynajmniej podjąć najszybszą i najprostszą próbę sprawdzenia, czy człowiek, o którego się zamartwia jest cały i zdrów. Zadzwoń dziewczyno! Nie robi tego. Nawet wtedy, gdy szerzej otwiera oczy na zagrożenie... którego może nie być. W dalszej partii filmu sugeruje to choćby powrót do zagadkowych zdjęć, tym razem w towarzystwie kogoś, kto w teorii ma być bardziej godzien zaufania. Kogoś, kto nie doznał poważnych obrażeń mózgu, jak April. Czyli zabawa trwa. Myśl dalej bierny obserwatorze wydarzeń w coraz to mroczniejszym domu kobiety, która nie ufa nawet sobie, a co dopiero innym ludziom. Zastanawiaj się, jak to ugryźć... Naprawdę? Ale serio? Niestety tak mi to wyglądało. Nawet jeśli komuś nie uda się przedwcześnie poskładać tej intrygi – co nie jest zbyt trudne, skoro mnie się udało, i to praktycznie bez żadnego wysiłku: samo się nasunęło na początku filmu (właściwie obawiałam się takiego rozwiązania) – to przecież już przed tą niezręczną nasiadówką przed komputerem April, twórcy rzucili mnóstwo światła na tę sprawę. Pytanie za milion dolarów brzmi: czy jednak popchną to w innym kierunku (oby), czy zostaną na tej prostej w domniemanym przeświadczeniu, że udało im się raz jeszcze zagrać na nosie, jak się okazało słusznie, przekonanemu, że wszystko już wie widzowi? No prawie wszystko, bo zostaje jeszcze kwestia rzekomych(?) duchów. UWAGA SPOILER Wolę przyjąć ich istnienie w tym świecie przedstawionym. To najlogiczniejsze wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy. Zresztą jak inaczej potraktować ten epilog, jak nie widomy dowód na obecność istot zza światów, które łakną zemsty? Z innej beczki: czy dobrze rozumuję, że April przed wypadkiem wdała się w romans z żonatym mężczyzną, którego rodzinę przez swoją nieuwagę, nienaumyślnie potem zabiła na drodze (wnoszę to nie tyle z jej wspomnień, bo zdaje sobie sprawę z tego, że mimo wszystko pamięć mogła ją mylić, że te wspomnienia mogły być fałszywe, ile z pierwszej rozmowy z policjantami, którym trafiła się ta raczej niezbyt trudna sprawa)? Taki ogromny zbieg okoliczności? KONIEC SPOILERA

Realizacja „Słodkich snów”, pierwszego pełnometrażowego „dziecka” Niki Koss, psychologicznego dreszczowca z elementami horroru, przypomina tanie produkcje nakręcone na potrzeby telewizji. Czuć niski budżet, aczkolwiek gdzieniegdzie, moim zdaniem, udaje się nieco podkręcić emocje. Dolać trochę napięcia do tej w gruncie rzeczy niewyszukanej historii o kobiecie w potrzasku. Zaszczutej we własnym domu albo ulegającej zgubnym podszeptom swojego niestabilnego umysłu. Scenariusz według mnie wymagał dopracowania – bestia trochę kuleje – nie zaszkodziłoby też bardziej zdecydowanie uderzyć w niedzisiejszy bęben w warstwie wizualnej. Natomiast ścieżka dźwiękowa – warto dodać, że tę działkę powierzono debiutantce Michelle Richards - to w moim uznaniu najlepsze, co temu przedsięwzięciu się dostało. Melancholijna, ale i nacechowana jakąś groźbą, powolna, ale niespokojna, cudnie dźwięczna kołysanka – to szczególnie sobie upodobałam, ale pozostałe utwory też dodawały smaczku tej przesolonej zupie z nieegzotycznymi, tradycyjnymi składnikami. Takie sobie te niesłodkie sny, okazały się dla mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz