Stronki na blogu

wtorek, 1 marca 2022

Valerie Keogh „Idealne życie Molly”

 

Londyn. Molly Chatwell jest przekonana, że ma idealne życie: dwójkę wspaniałych dzieci, kochającego męża, wymarzony i dobrą pracę. Gdy młode wyfruwają z gniazda kobieta zaczyna jednak dostrzegać rysy na tym pozornie doskonałym obrazie. Jej mąż Jack nie zachowuje się tak jak zawsze, a Molly zakłada, że ma to związek z jego pracą. Chce w to wierzyć, stara się nie dopuszczać do siebie myśli, że jej ukochany spotyka się z inną kobietą. Podczas długiego weekendu, który Molly spędza poza miastem ze swoją przyjaciółką Amelią Lovell i jej mężem Tristanem, pewien nieznajomy zawraca jej w głowie. Dochodzi do niezręcznej sytuacji, która skłania ją do skrócenia wypoczynku. Molly chce zostawić tę sprawę za sobą, ale nieznajomy jej na to nie pozwala. Pojawia się w Londynie i stara się z nią skontaktować. Molly nie ma pojęcia, czego od niej chce, ale nie zamierza przychylać się do jego prośby o spotkanie. Kiedy mężczyzna zostaje zamordowany, Molly staje się główną podejrzaną.

Druga wydana w Polsce - po „Fatalnym kłamstwie” - powieść brytyjskiej autorki piszącej pod pseudonimem Valerie Keogh (prawdziwe nazwisko Valerie Dickenson). Thriller psychologiczny, domestic thriller/marriage thriller, który swoją światową premierę miał w roku 2020 pod tytułem „The Perfect Life” (pol. „Idealne życie Molly”). Dyplomowana pielęgniarka z licencjatem z języka angielskiego i magisterium z literatury amerykańskiej, która w dzieciństwie marzyła o zostaniu dziennikarką. Już wtedy była zapaloną czytelniczką – ochoczo korzystała między innymi z osobistej biblioteczki swojej mamy, która posiadała wszystkie powieści Agathy Christie. Keogh długo godziła pracę pielęgniarki z pisaniem powieści, ale kiedy jej druga kariera nabrała rozpędu, zrezygnowała z tej pierwszej. Teraz utrzymuje się wyłącznie z pisania. Celuje w thrillery psychologiczne, co można uznać za drugi etap jej pisarskiej przygody: wcześniej skłaniała się w stronę kryminału.

W idealnym życiu Molly” Valerie Keogh ogranicza się do jednej perspektywy. Narracja trzecioosobowa, ale w centralnym punkcie nieodmiennie stoi tytułowa postać. Molly Chatwell, kobieta w średnim wieku, znana ze swojego przywiązania do tak zwanych różowych okularów. Różowa rodzina, różowy dom, różowa praca, różowe saldo. Czyli kobieta, która nie ma żadnych trosk. Nie, dopóki miała przy sobie dzieci. Kiedy Freya i Remi wyjechali na studia, Molly dopadł tak zwany syndrom pustego gniazda. Choć ona wolałaby, żeby przynajmniej w jej obecności tak tego nie nazywano. Po prostu tęskni za dziećmi, ale też cieszy się, że się usamodzielniły. Jest z nich dumna i na pewno nie chciałaby, żeby któremuś na tyle powinęła się noga, by poczuło potrzebę powrotu do rodzinnego gniazdka. Molly ufa, że jej samopoczucie w końcu się poprawi. Przyzwyczai się do życia, które teraz wydaje jej się straszliwie puste. Boleśnie ciche. Potrzebuje tylko czasu... Wydaje się, że w przeciwieństwie do jej męża. Jack Chatwell w każdym razie nie daje po sobie poznać, że przeżywa tę rozłąkę – naturalną kolej rzeczy – równie mocno, co Molly. Ona nie ma mu tego za złe. Właściwie w ogóle o tym nie myśli. W końcu, jeśli przeczucia jej nie mylą i Jack ma jakiś poważny problem w pracy, to można zrozumieć jego niskie zainteresowanie tym, jak wiedzie się jego dzieciom. To znaczy Molly najwyraźniej to rozumie. Molly w ogóle jest nadzwyczaj wyrozumiała w stosunku do Jacka. Wraz z postępem akcji, rosło we mnie przekonanie, że główna bohaterka omawianej książki jest w stanie wybaczyć swojego mężowi dosłownie wszystko. Nawet jeśli wdał się w romans, Molly jest gotowa puścić to w niepamięć. Ba, jeśli będzie trzeba, to nie odda go bez walki. Tak się jednak złożyło, że to ona musi tłumaczyć się przed nim w takiej właśnie sprawie. Przekonać go, że nie oddała się innemu. Nie? Na pewno nie. Autorka pozwala byśmy uczestniczyli w tym bardzo krępującym dla Molly zdarzeniu. Długi weekend w luksusowym hotelu w miejscowości Wiltshire. Molly nie udało się namówić Jacka na ten mały relaks w towarzystwie jej przyjaciółki Amelii Lovell i jej bogatego męża Tristana. Jack nie przepada za tą dwójką, co mogło mieć wpływ na jego decyzję, ale wyraźnie bardzo zależało mu na tym, by Molly nie odmawiała sobie tej przyjemności. Chciał, żeby spędziła trochę czasu poza domem. Z myślą o niej, czy o sobie? Molly nie tylko nie widzi w tym nic podejrzanego, ale wręcz cieszy ją, że jej ukochany tak zapalił się do tego pomysłu. Brakowało jej tego ciepła, tej bliskości. Bo nawet ona, kobieta w soczyście różowych okularach, odnotowała, że jej ukochany zaczął się od niej oddalać. Wiecznie zamyślony, zmizerniały i częściej raczący się procentami, człowiek sukcesu, który z jakiegoś powodu nie chce otworzyć się przed żoną. Mogłaby pomóc. Molly jest pewna, że wspólnymi siłami szybko zażegnaliby kryzys. Bo kobieta nie ma wątpliwości, że jakiś kryzys wkradł się w dotąd uporządkowane życie Jacka. Komunikacja: tego im trzeba. Molly to wie, ale Jackowi widać duma nie pozwala poszukać wsparcia u osoby, która szczerze się o niego martwi. A przecież zawsze mógł na nią liczyć. Nigdy nie dała mu powodów, by zwątpił w jej miłość, wierność i uczciwość. Razem zawsze byli silni i skuteczni. A teraz... Teraz Molly ma chwilę słabości. Jest gotowa na moment wskoczyć na innych kwiatek. Tak bliska zdrady małżeńskiej jeszcze nie była. Co prawda do niczego nie doszło, ale Molly i tak czuje się winna. Bo dobrze wie, że gdyby nieznajomy przystojniak zachował się inaczej, to przyprawiłaby rogi mężczyźnie, którego bynajmniej nie przestała kochać. Mężczyźnie, którego trudno będzie przekonać, że do niczego nie doszło. On wie swoje, czytelnik swoje, a Molly swoje. Zachowanie Jacka jest coraz bardziej oburzające, ale główna bohaterka zdaje się najbardziej winić siebie. Miast on jej, ona tłumaczy się jemu. Usprawiedliwia go. Pokornie znosi humory męża. Boli ją, że Jack nie wspiera jej nawet wtedy, gdy staje się główną podejrzaną w sprawie o zabójstwo, ale Molly rozumie. Molly nie chowa urazy. W końcu to jej wina. To ona skrzywdziła Jacka, a zatem to ona powinna się przed nim płaszczyć. Samobiczowanie, jak najbardziej. Ale żeby od razu czynić wyrzuty mężowi, że mniej się przejmuje tym, że jego żona może zostać oskarżona zabójstwo, a bardziej swoim własnym komfortem? Przez nią Jack może mieć nieprzyjemności w pracy. Taki wstyd. Mea culpa, Jack. Jak zawsze. Aż przykro było na to patrzeć. Na prawdziwą niewolnicę miłości.

Większość ludzi marzy o wielkiej miłości. Najlepiej takiej jak w filmach romantycznych. Tytułowa postać „Idealnego życia Molly” Valerie Keogh miała to nieszczęście, że posmakowała czegoś takiego. Iście hollywoodzki scenariusz: przystojny nieznajomy o hipnotyzującym spojrzeniu (niespotykana, przepiękna barwa oczu) okazał zainteresowanie kobiecie, która mogłaby być jego matką. Fatalne zauroczenie. Nic z tego, kwiatuszku... Nie, to jeszcze nie koniec. Urodziwy nieznajomy nieoczekiwanie staje przed drzwiami wiktoriańskiej willi w Chelsea należącej do jego niedoszłej kochanki i jej męża. Prześladowca? Pewnie chce ją zaszantażować. Nieważne, że zdradziła męża, on przecież może sprzedać mu fałszywą historyjkę. Molly musi się jakoś ratować. I gdy już myśli, że udało jej się zniechęcić tego człowieka do dalszych działań, w jej domu zjawiają się panowie policjanci. I tak oto prostolinijna, nieszukająca przygód (nie to, co jej przyjaciółka Amelia), dla niektórych znajomych wręcz nudna, kobieta sukcesu, staje się główną podejrzaną o zabójstwo przystojnego młodzieńca. Ubaw po pachy... byłby, gdyby sytuacja nie była tak groźna. I tragiczna. Nie dość, że ktoś poniósł śmierć, to na dodatek policjanci prowadzący tę sprawę uwzięli się na biedną, naiwną Molly. Myślenie życzeniowe. Klapki na oczach. Uparte oszukiwanie samej siebie. Nieprzemyślane, żeby nie powiedzieć głupie zachowania, trzeba pamiętać kobiety nienawykłej do kryzysowych sytuacji. Do niedawna nasza Molly żyła jak w bajce. Miała wszystko, czego potrzebowała do szczęścia. Miała idealne życie. A teraz na tym idylliczny obrazku pojawia się rysa za rysą. Na głowę Molly spada cała masa problemów. Najmniejszy to syndrom pustego gniazda. Kobieta nie wie, z jakim problemem zmaga się jej mąż, ale trudno nie uznać, że to pęknięcie jest większe. Zdaje się jednak, że najgorszym piekłem, jaki podstępny los przygotował dla niej w tym życiu, jest coraz bardziej realna groźba odpowiedzenia przed sądem za zabójstwo rzekomego kochanka. Molly, zgodnie ze swoim zwyczajem, jest dobrej myśli. Policja na pewno zrozumie swój błąd. Oczywiście jest przerażona, ale liczy, że wszystko się ułoży. Wystarczy poczekać. Nie ma potrzeby od razu szukać adwokata. Przecież ma do czynienia z profesjonalistami, którym zależy na schwytaniu winnego, a nie znalezieniu kozła ofiarnego. Śledztwo jest w toku, a skoro ona nikogo nie zabiła, to na pewno niebawem detektywi zwietrzą właściwy trop. Dziwne? Uważam, zjawisko bardziej powszechne, niż mogłoby się wydawać. Uporczywe podtrzymywanie w sobie wiary, że wszystko będzie dobrze. Samo się zrobi. Molly wprawdzie robi wszystko, co w jej mocy (a jej moc jest naprawdę niewielka), żeby oddalić od siebie podejrzenia, ale w końcu dochodzi do wniosku, że bardziej przysłuży się mężowi. Na tym trzeba się skupić, a nie bawić się w panią detektyw. Ratować męża, a nie siebie. Nie złamałam prawa, więc jestem bezpieczna. Różowe okulary. Pamiętacie? Nie mogę powiedzieć, że Molly Chatwell w moich oczach uchodziła za postać mało wiarygodną. Nieprzekonującą. Wyjątkowo niezaradna bohaterka jak na standardy współczesnych dreszczowców, ale... powiedzmy, że nie byłabym zaskoczona, gdyby okazało się, że Valerie Keogh silnie zainspirowała się samym życiem. Nie ukrywam, że nie znalazłam wspólnego języka z Molly. Nie czułam się komfortowo w jej towarzystwie. Mówiąc bez ogródek: dla mnie mocno irytująca postać. Ale nie mogę powiedzieć – niestety, ale nie – że Keogh przy budowaniu tego nie tak znowu psychologicznego portretu mocno poniosło. Nie widzi tego, co ma tuż przed nosem. Zaciekle odgania od siebie przykrą prawdę. Widzi to, co chce widzieć. Nawet na prawie doszczętnych ruinach tego rzekomo idealnego życia, Molly nie traci wiary, że i to się da naprawić. Wrócić do tego, co było. W starciu z „Fatalnym kłamstwem”, ta publikacja Valerie Keogh moim zdaniem przegrywa na wszystkich frontach. Mniej plastyczne, mało szczegółowe, chwilami rażąco niechlujne opisy (jakby pisane na kolanie, tuż przed ostatnim dzwonkiem wyznaczonym przez wydawcę). Mniej atrakcyjna, zdecydowanie mniej wciągająca fabuła - taka pospolita historyjka o potencjalnie mocno toksycznym małżeństwie i jeszcze większych zagrożeniach czyhających na coraz bardziej zdesperowaną jednostkę. Nie tak emocjonująca... idealna lektura na plażę:)

Odnotowałam duży spadek formy u Valerie Keogh. Moje poprzednie, pierwsze, spotkanie w jej świecie było bardziej udane. „Idealne życie Molly” nie dostarczyło takich wrażeń, jak pierwotnie wydana zaledwie parę miesięcy wcześniej, w tym samym roku, powieść w Polsce opublikowana pod tytułem „Fatalne kłamstwo”. Inna liga thrillera psychologicznego. Polecam „Fatalne kłamstwo”, a to rzekomo idealne życie... A nie, nie odradzam. W każdym razie nie wszystkim częstym bywalcom tego gatunkowego baru. Jeśli nie ma się dużych wymagań albo najzwyczajniej właśnie (okazjonalnie) nabrało się ochoty na jakiś lżejszy dreszczowiec, to myślę, można kierować się pod ten adres.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz