Stronki na blogu

piątek, 20 maja 2022

Harold Schechter „Psychopata”

 

Harold Schechter to ceniony amerykański pisarz specjalizujący się w true crime stories, ze wskazaniem na seryjne morderstwa z XIX i XX wieku, ale na swoim koncie mający też prace o amerykańskiej kulturze popularnej, cykl kryminalny oparty na twórczości Edgara Allana Poego oraz serię dla młodzieży „The Curiosity House” stworzoną ze swoją córką Lauren Oliver – pierwszy tom, „The Shrunken Head” był nominowany do Edgar Award. Podobnie jak jego wydana w 2014 roku true crime story „Mad Sculptor: The Maniac, the Model, and the Murder that Shook the Nation”. Schechter studiował na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku w Buffalo, gdzie uzyskał doktorat (jego promotorem był Leslie Aaron Fiedler, nieżyjący już amerykański krytyk literacki, orędownik literatury gatunkowej, szczególnie zainteresowany mitografią), oraz na The City College of New York. Przez czterdzieści dwa lata wykładał literaturę amerykańską i myth criticism w Queens College, City University of New York. Poprzez swój artykuł z 1973 roku zatytułowany „Kali on Main Street: The Rise of the Terrible Mother in America” Harold Schechter wprowadził do powszechnego użytku wyrażenie horror-porn, definiowane jako „materiał pisany lub wizualny, który podkreśla zmysłowe lub sensacyjne aspekty podmiotu nieseksualnego, przemawiającego do odbiorców w sposób podobny do podniecającego efektu pornografii”. Schechter od 2002 roku pozostaje w związku małżeńskim z poetką Kimiko Hahn.

Po raz pierwszy wydana w 1989 roku opowieść o życiu i zbrodniach człowieka, który zyskał niechlubny przydomek Rzeźnika z Plainfield (nazywany też Ghoulem z Plainfield), pióra Harolda Schechtera, eksperta od seryjnych zabójców, według Publishers Weekly. W oryginale opublikowana pod tytułem „Deviant: The Shocking True Story of Ed Gein, the original Psycho”, na polski rynek trafiła dopiero w 2022 roku, czyli aż trzydzieści trzy lata po jej światowej premierze, pod nazwą, po prostu, „Psychopata” - edycja w miękkiej oprawie przygotowana przez wydawnictwo Filia w bardzo dobrym tłumaczeniu Kingi Markiewicz. Warto zwrócić uwagę na układ liter w tytule – na okładce zaprojektowanej przez Mariusza Banachowicza oraz stronach tytułowych. Sylabizowanie najprawdopodobniej nie było podyktowane walorami estetycznymi, ale miało podkreślać związek podmiotu niniejszej niezbyt obszernej (trochę ponad czterysta stron) pracy z powieścią Roberta Blocha, przeniesioną na ekran przez Alfreda Hitchcocka. Mowa oczywiście o „Psychozie” (oryg. „Psycho”), jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, dreszczowcu w historii literatury, a już na pewno kina. Gdyby nie tytułowy antybohater omawianej książki Harolda Schechtera, najbardziej znany właściciel motelu prawdopodobnie nigdy by się nie urodził. Ani on, ani cała „plejada” odrażających zbrodniarzy, myślę, doskonale znanych fanom horrorów i thrillerów. Ze wszystkich „czarnych gwiazd” kina i beletrystyki, które swoje istnienie zawdzięczają Edwardowi Theodore'owi Geinowi, Norman Bates w „Psychopacie” Harolda Schechtera zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Innymi słowy, autor niniejszej publikacji niżej pochylił się w zasadzie tylko nad „Psychozą” Roberta Blocha i jej ekranizacją z 1960 roku w reżyserii niekwestionowanego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka. Dla innego „wielkiego” niesławnego zrodzonego z największego koszmaru miasteczka Plainfield w stanie Wisconsin, jednej z najbardziej rozpoznawalnych twarzy – skórzanej twarzy – w przepastnym świecie horroru (nurt slash), Schechter przewidział zaledwie jeden akapit na ostatniej prostej. Mowa oczywiście o szaleńcu z piłą mechaniczną, a właściwie o pierwszym filmie z jego udziałem w reżyserii Tobe'ego Hoopera z 1974, a nie 1975 roku, jak stoi w tymże „Psychopacie”. Padają też inne, mniej i bardziej znane, tytuły makabrycznych fikcyjnych opowieści mający mniejszy i większy związek ze sprawą Rzeźnika z Plainfield, ale wśród nich nie ma, słusznie wyszczególnionego na opakowaniu książki (przednia strona okładki) Buffalo Billa, seryjnego mordercy wymyślonego - z inspiracji sylwetką Eddiego Geina - przez Thomasa Harrisa na użytek jego modus operandi, czyli powieściowej serii o Hannibalu Lecterze. A konkretnie, jej drugiej osłony pt. „Milczenie owiec”, o której to powieści Schchter mógł jeszcze nie słyszeć. Co prawda książka wyszła mniej więcej rok przed „Psychopatą”, ale jej filmowa wersja w reżyserii Jonathana Demme'a, która nadała swojemu pierwowzorowi większy rozgłos, pojawiła się dwa lata po omawianej publikacji.

W porównaniu z wydarzeniami, które rozegrały się w Wisconsin ponad trzydzieści lat temu [teraz ponad sześćdziesiąt lat temu], Psychoza jest niczym bajka na dobranoc.”

Harold Schechter już na samym początku tej mrocznej podróży do jednej z czarny kart historii ludzkości, pokazał mi, że jest całkiem wytrawnym gawędziarzem. Grunt prawie jak u Stephena Kinga – ta charakterystyczna „oprawa wizualna”, podobny koloryt, rytmika, sposób przemawiania do wyobraźni odbiorcy. Nie wspominając już o tym, że obszar działalności starego kawalera, małego człowieczka z nieomal nieodłącznym krzywym uśmieszkiem, wpisuje się w preferowane przez Kinga realia. Małomiasteczkowe. Tak zwany Dom Grozy, farma Geinów leżała mniej więcej dziesięć kilometrów od Plainfield w stanie Wisconsin, kiedyś sennej mieściny, która od czasu odkrycia odrażających zbrodni młodszego syna Augusty i George'a Geinów, nie odzyskała już dawnego spokoju i swego rodzaju anonimowości. Ze słów Schechtera wynika, że przed odkryciem jego drugiego oblicza, tajemnego życia prowadzonego właściwie tuż pod nosem także najbardziej wścibskich mieszkańców tego okrutnie doświadczonego małego amerykańskiego miasteczka, o Plainfield - podobnie jak o moim rodzinnym miasteczku:) - mało kto słyszał. Szerzej nieznane. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych, nawet w samym Wisconsin, w obrębie własnego stanu. Brzydko mówiąc „podręcznikowa dziura zabita dechami”. Spokój, cisza, bezpieczeństwo... Przed szalonym Eddiem w wyobrażeniach wielu, może nawet większości Amerykanów, tak malowały się taka mniejsze aglomeracje. Rzeźnik z Plainfield mimowolnie udowodnił nie tylko swoim krajanom, że nawet w takich małych mieścinach, gdzie niby wszyscy znają wszystkich, bez większego wysiłku, całymi latami można zaspokajać swoje chore apetyty. Edward Theodore Gein, chcąc nie chcąc, obalił mit małych miasteczek. A Harold Schechter w swoim „Psychopacie” obala parę mitów na temat samego Eda. Na przykład kanibalizm albo nekrofilia w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa. Człowiek, którego „ekspert od seryjnych morderców” poddaje drobiazgowej analizie na kartach przedmiotowego utworu, faktycznie przez badających go psychiatrów został uznany za nekrofila (nawiasem mówiąc Schechter przybliży nam też kilka autentycznych postaci z tym zaburzeniem preferencji seksualnych), ale nie ma dowodów na to, że Ed kopulował ze zwłokami. Właściwie biorąc pod jego awersję do seksu, wpojoną mu przez najważniejszą osobę w jego życiu, z którą jak wielu seryjnych morderców (udowodniono mu tylko dwa zabójstwa, ale najgorliwsi wyznawcy zasady, że seria w takich wypadkach zaczyna się od trzech – zdania są podzielone – nie mają nic przeciwko dopisywaniu Geina do tych niesławnych, a przynajmniej nie większość z nich) miał mocno skomplikowaną relację. Chociaż...

Tak, związek Eda i Augusty w gruncie rzeczy wyróżnia się nawet na tym obficie splamionym ludzką krwią płótnie. Kompleks Edypa w wersji hard. Posunięty do ekstremum. Ale nie takiego, o jakim mogli rozprawiać najbardziej zaangażowani plotkarze, w wyjątkowo długim - na pewno z perspektywy wielu mieszkańców Plainfield – okresie po ujawnieniu makabrycznej zawartości dosłownie oblepionej brudem nieruchomości zdumiewająco niepozornie prezentującego się człowieczka. Nie ma dowodów na to, by szaleniec z Plainfield kiedykolwiek uprawiał seks ze swoją apodyktyczną, wręcz despotyczną mamusią. Ani żywą, ani martwą. Można śmiało uznać, że Augusta Gein była jedyną miłością Eda. Jego królową. Jedyną kobietą, dla której zrobiłby dosłownie wszystko. Cały świat rzuciłby jej do stóp, gdyby tylko miał taką moc. Kochał ją (świadomie) i zarazem (podświadomie) nienawidził. Szalona miłość i szalona nienawiść, skumulowane w niewysokim pozornie zupełnie nieszkodliwym dziwaku. Tak Ed Gein był postrzegany przez niewielką społeczność, z którą nigdy nie czuł się jakoś szczególnie związany - Augusta zadbała o to, by czuł odrazę do bezbożnej krainy, krainy rozpusty, jaką w jej przekonaniu było Plainfield - ale też nie miał w zwyczaju odmawiać, gdy ktoś prosił go o pomoc. Zawsze grzeczny, przeważnie na uboczu „krzywy człowiek z krzywym uśmiechem”. Harold Schechter swoją dogłębną analizę „Boogeymana z Wisconsin” (Ed Gein wpisał się do tamtejszego folkloru; podobno wciąż przydaje się niektórym rodzicom, chcącym wymusić posłuszeństwo na swoich co bardziej upartych pociechach. Taki straszak na krnąbrne latorośle) roztacza w zadowalająco zagęszczonym sosie społeczno-kulturowym i politycznym, choć w ten ostatni, w moim poczuciu, zaangażował się w mniejszym stopniu. Dzieciństwo i okres nastoletni chorego Eda, i tym bardziej wcześniejsze dzieje jego późniejszych rodziców, wprawdzie nie obfitują w wydarzenia, ale na dobrą sprawę dostarczają dość sporo informacji na temat warunków, w jakich dorastał ten samotny człowiek. Dla tych, którzy tutaj po raz pierwszy zderzą się z tą niechlubną postacią, ten etap książki może zyskać na wartość trochę później, gdy Schechter bardziej wniknie w jego okrutnie poplątaną głowę, a właściwie nie tyle on, ile pierwsi badacze tego porażającego przypadku. Prędzej czy później Harold Schechter doprowadzi nas do przekonania, że tytułowa postać jego całkiem szczegółowej rozprawy, to owoc złego wychowania. Że tak to ujmę, efekt uboczny tytanicznej pracy Augusty Gein. Bo chyba nie o to jej chodziło? Chyba. W każdym razie, gdyby rodzona matka Eda była inna, jego życie przypuszczalnie ułożyłoby się inaczej. I co ważniejsze, przynajmniej dwie osoby nie straciłyby życia. Nie byłoby Domu Grozy z Plainfield. Nie byłoby „Psychozy” ani „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”.

Izolacja, nienawiść do bliźnich (bo grzeszni, nie to co ona, krystalicznie czysta Augusta Gein), mnóstwo kijów, mało, jeśli w ogóle, marchewek także dla faworyzowanego syna. Starszy brat Eddiego, Henry najwyraźniej nie był takim, hmm, oczkiem w głowie fanatyczki religijnej (luteranka), która ewidentnie, jak to się mówi, nosiła spodnie w domu Geinów – jej nadużywający alkoholu mąż siedział pod jej pantoflem, choć od czasu do czasu robił sobie z niej worek treningowy. Z niej i swoich dzieci. Przemoc na jednej z farm niedaleko Plainfield, której największą ofiarą był właśnie Ed Gein trwała właściwie aż do śmierci Augusty. Ojciec przestał maltretować synów, gdy podrośli, ale matka nigdy nie odeszła od obsesyjnej kontroli nad swoimi potomkami. Głównie Edem. Z Henrym nie miała tak łatwo. Henry nie był tak zapatrzony w Augustę, jak jego młodszy braciszek. Żaden z nich nigdy się nie ożenił (Augusta już się o to postarała), ale tylko jeden dożył dość późnej starości. Drugi zginął w zagadkowych okolicznościach. Natomiast najważniejsza osoba w życiu małego człowieczka z Plainfield odeszła na samym końcu. Eddie został sam. W oczach innych, ale niekoniecznie własnych. Jeśli wierzyć jego zeznaniom, w jego niemożliwie brudnym – istne wysypisko – pozbawionym elektryczności domu, niekiedy rozlegał się głos, jego nieżyjącej przecież rodzicielki, w którym znajdował chwilowe ukojenie. W domu pełnym własnoręcznie wykonanych, delikatnie mówiąc z nietypowych materiałów, przedmiotów codziennego użytku, makabrycznych dekoracji i jeszcze bardziej odrzucających strojów (maski i jeden kompletny kostium, pomagające mu, oczywiście w jego mniemaniu, stawać się kobietą, którą tak bardzo chciał być – jego matka marzyła o córce, więc...). Da się odczuć, że autor „Psychopaty” ma trochę współczucia dla tego żywego (w sumie to już nieżywego, Ed Gein zmarł bowiem w1984 roku – miał wówczas siedemdziesiąt osiem lat) dowodu na to, że ani wygląd zewnętrzny, ani nawet zachowanie w towarzystwie o niczym jeszcze nie świadczą. Chcę przez to powiedzieć, że przypadek Eda Geina wielu uświadomił tę, dziś już raczej banalną prawdę, że ci grzeczni, cisi i niewielkiej postury też mogą ślinić się na widok rozkładającego się trupa. I zabijać. I gromadzić swoje makabryczne trofea w niczym niewyróżniającym się domu w niczym niewyróżniającej się - no może na pierwszy rzut oka sielskiej, wręcz idyllicznej - okolicy. Szczupły człowiek, w którym jak się okazało była wielka krzepa. Nie sprawdzałam:), ale wydaje mi się, że potrzeba siły do takiej cmentarnej działalności, jakiej, naturalnie w wielkiej tajemnicy, oddawał się, i to przez spory kawał czasu, mały Eddie. Po zatrzymaniu antybohatera tej nie-powieści, poza spodziewanymi czynnościami prawnymi, Harold Schechter, z dużą dokładnością naświetli reakcje ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa, ze wskazaniem na mieszkańców Plainfield oraz „istne sępy, które zwietrzyły wyjątkowo soczystą padlinę”. Powiedziałabym, że autor ma więcej litości dla Eda niż dla dziennikarzy relacjonujących jego sprawę (swoją drogą, odniosłam również wrażenie, być może błędne, że Schechter skłaniał się ku temu, że nadmierna fascynacja makabrycznymi historiami, autentycznymi i/lub fikcyjnymi, może mieć zgubny wpływ na psychikę człowieka), ale... Ujmę to tak: autor współczuje Edowi, ale go nie rozgrzesza. Nie wyglądało mi na to, by stawiał się tutaj w roli jego adwokata (yhm, adwokata diabła), czy tam kogoś w tym rodzaju. Nieraz nazywa go potworem. Jednak potwory to też ludzie, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. Straszne to, ale prawdziwe.

Kompendium wiedzy, bez której wielu śmiertelników pewnie spokojnie mogłoby się obejść. Wiedzy nie tyle niepotrzebnej, ile bardzo nieprzyjemnej, nadzwyczaj niewygodnej. Biografia jednego z najbardziej osławionych zbrodniarzy w historii, prototypu Normana Batesa, Leatherface'a i Buffalo Billa, człowieka, który własnymi rękami zbudował najbardziej przerażający Dom Grozy w Stanach Zjednoczonych, historia Edwarda Theodore'a Geina, tak zwanego Rzeźnika z Plainfield, dobitnie pokazuje, że cicha woda może najbrutalniej brzegi rwać, a małe miasteczka są mniej więcej tak bezpieczne, jak bliskie spotkanie z jadowitym wężem. „Psychopata” Harolda Schechtera nie jest suchą opowieścią o życiu i zbrodniach małego Eddiego, przynajmniej dwukrotnego zabójcy, nekrofila i hieny cmentarnej, która nieładnie udekorowała swój cuchnący domek w cichym zakątku Wisconsin. Czyta się prawie jak mocną powieść. Gdyby tylko dało się zapomnieć, że ta niestworzona historia nie jest czystym wymysłem... Amerykańskiego pisarza, uznawanego za eksperta od seryjnym morderców działających w XIX i XX wieku. Człowieka, który w mojej ocenie wyszedł zwycięsko z konfrontacji z Edem Geinem. Gorąco zachęcam do „obejrzenia tego starcia”, nieskrycie licząc na kolejne spotkania z prozą Harolda Schechtera z półki true crime.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz