Stronki na blogu

wtorek, 10 maja 2022

Matt Witten „Życzę mu śmierci”

 

Przed dwudziestoma laty siedmioletnia Amy Lentigo z miasteczka Lake Luzerne w stanie Nowy Jork została porwana, zgwałcona i zamordowana. Sprawcę szybko schwytano i skazano na karę śmierci. Matka ofiary, Susan Lentigo, po zebraniu pieniędzy wyrusza w długą podróż do Hodge Hills w Dakocie Północnej, aby zobaczyć egzekucję człowieka, który zniszczył jej rodzinę. Wyrusza z przekonaniem, że sprawiedliwości wreszcie stanie się zadość, ale odkrycie jakiego pokonuje w trakcie tej znojnej wyprawy, każe jej wziąć pod uwagę możliwość, że oprawca Amy nadal przebywa na wolności. Kobieta rozpoczyna własne śledztwo, w trakcie którego coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że popełniono straszny błąd. Jeśli nie zdoła przekonać odpowiednich osób do swoich racji, niebawem zostanie stracony zupełnie niewinny człowiek. Ale czy na pewno?

Życzę mu śmierci” (oryg. „The Necklace”) to pierwsza wydana w Polsce – nakładem Wydawnictwa Kobiecego w 2022 roku, mniej więcej rok po światowej premierze, w tłumaczeniu Urszuli Gardner – książka amerykańskiego powieściopisarza, scenarzysty i producenta filmowego Matta Wittena. Urodził się w Baltimore, dorastał w Cincinnati, ukończył Amherst College w Massachusetts, a obecnie mieszka z rodziną w Kalifornii. Pracował między innymi przy takich serialach, jak „Prawo i porządek” (1990-), „CSI: Kryminalne zagadki Miami” (2002-2012), „Dr House” (2004-2012), „Nie z tego świata” (2005-2020) i „Słodkie kłamstewka” (2010-2017), a na scenie literackiej zadebiutował w roku 1999 powieścią „Breakfast at Madeline's”. W 2012 roku Witten przeczytał w The Post-Star artykuł o kobiecie, która zorganizowała w barze zbiórkę pieniędzy z przeznaczeniem na jej podróż do odległego miasta, gdzie miała odbyć się egzekucja człowieka dwadzieścia dwa lata wcześniej skazanego za zabójstwo jej córki. Ta historia mocno utkwiła w głowie Wittena. Dostrzegł w tym materiał na powieść, ale nie miał pomysłu na rozwinięcie tego wątku. Odsiecz przyszła parę lat później, w postaci jego przyjaciela, pisarza, reżysera, scenarzysty, dramaturga i nauczyciela, Johna Henry'ego Davisa, który podsunął mu pomysł na wątpliwości bohaterki, co do winy skazańca. I tak prace nad „The Necklace” wreszcie ruszyły i bynajmniej nie ograniczyły się do książki. Witten napisał też scenariusz, którym zainteresowały się firmy Cartel Pictures oraz założona przez Leonardo DiCaprio Appian Way Productions.

Niesamowicie poruszający thriller psychologiczny od debiutującego na polskiej scenie wydawniczej amerykańskiego pisarza, Matta Wittena, którego pióro w największej mierze ukształtowały utwory Dr. Seussa i Elmore'a Leonarda. Najtrudniejsze i zarazem najbardziej fascynujące dla autora „Życzę mu śmierci” było wejście w umysł jednostki, która zaczyna podejrzewać, że przez ostatnie dwie dekady trwała w fałszywym przekonaniu w wybitnie istotnej sprawie. Strasznej sprawie. Sceny z umownej teraźniejszości przez jakiś czas nierównomiernie przeplatają się z retrospekcjami. Główna bohaterka omawianej powieści, Susan Lentigo, to pięćdziesięciokilkuletnia kobieta od zawsze mieszkająca w Lake Luzerne w stanie Nowy Jork, miasteczku, w którym autor książki spędził przynajmniej jedne wakacje przed przystąpieniem do prac nad „Życzę mu śmierci”. W regionie u podnóża gór Adirondack, w którym kiedyś żyło się lepiej. Przed zamknięciem fabryk i młynów. Susan jednak dawniej było tutaj całkiem dobrze. Co prawda ona, kelnerka w miejscowym barze, i jej mąż Daniel 'Danny' Lentigo, agent nieruchomości, mieli dość napięty budżet, ale prawdziwa bieda zaczęła zaglądać Susan w oczy dopiero po rozpadzie ich rodziny. Susan od lat mieszka ze swoją matką Lenorą, niecierpliwie wyczekując egzekucji człowieka, który zgwałcił i zamordował jej jedyne dziecko. Na poznanie jego personaliów będziemy musieli trochę poczekać - Susan, także w myślach, nazywa go Potworem. Jeśli o nią chodzi, to ten mężczyzna nie zasługuje nawet na miano człowieka. Jedyne, na co zasługuje to śmierć, najlepiej w męczarniach, ale jak w pewnym momencie stwierdza Susan nie można mieć wszystkiego. Zobaczy, jak najbardziej znienawidzona przez nią istota umiera, ale gdyby to od niej zależało, to zgotowałaby mu mniej humanitarny koniec. Śmiertelny zastrzyk dla kogoś, kto w tak bestialski sposób potraktował zaledwie siedmioletnią dziewczynkę. Porwał, zgwałcił, udusił. Wystarczyło jedno małe niedopatrzenie. Zwykła, ludzka rzecz. Matt Witten, chcąc nie chcąc, zmusił mnie do nieprzyjemnych refleksji pod tytułem „Ile razy każdego dnia nieświadomie ocieramy się o katastrofę?”. Może nam się wydawać, że dopilnowaliśmy wszystkiego, że niczego, nigdy, nie zostawiamy przypadkowi, ale jeśli się nad tym dłużej zastanowić, można dojść do wniosku, że tak naprawdę całym naszym życiem rządzi ten przeklęty przypadek. Chwila nieuwagi i tracisz wszystko. Jedna nagrała wiadomość, inna jej nie odsłuchała. Tyle wystarczyło, by ktoś stracił życie. Takie przekonanie zrodziło się we mnie podczas odkrywania pierwszych najciemniejszych kart z przeszłości Susan. Poznajemy uroczą siedmiolatkę, która najwyraźniej czuje się kochana przez obojga rodziców. Wie, że mama i tato muszą oszczędzać, rozumie, że nie mogą dać jej wszystkiego, czego zapragnie. To nie burzy jej szczęścia. To nieważne. Ważne, że są przy niej ludzie, na których zawsze może liczyć. Amy czuje się bezpieczna. Amy garściami czerpie z życia. Ale wiemy, że to nie potrwa długo. Jedyne dziecko Susan i Danny'ego Lentigo nie dożyje ósmych urodzin. To była istna tortura – patrzeć na tę małą dziewczynkę z przekonaniem, że za chwilę umrze. Matt Witten jest raczej oszczędny w słowach, czy jak kto woli nie nadużywa ich. A mimo to - precyzja języka - podczas lektury „Życzę mu śmierci” w mojej głowie nieprzerwanie przewijały się imponująco szczegółowe kadry z tego mocno trzymającego w napięciu, dosłownie wyciskającego łzy z oczu „filmu”. O dzielnej kobiecie, potwornym mężczyźnie, biednej dziewczynce i ludziach dobrego serca. Na trasie Lake Luzerne, Nowy Jork – Hodge Hills, Dakota Północna ta pierwsza przekona się, że tych ostatnich jest zaskakująco wielu. Albo inaczej: nie spodziewała się takiego wsparcia ze strony nieznajomych. Plan był inny. Przez złośliwość rzeczy martwej i ordynarną kradzież, Susan została zmuszona do bardziej wytężonej walki, niż zakładała. Co więcej, wcześniej nawet przez myśl jej nie przeszło, że egzekucja człowieka skazanego za porwanie, gwałt i zabójstwo z premedytacją popełnione ze szczególnym okrucieństwem na jej dziecku, przestanie być dla niej nader przyjemną perspektywą. Jedno niezaplanowane posunięcie, jeden przystanek postawi pod wielkim znakiem zapytania to, w co wierzyła od dwudziestu lat. Czy Potwór aby na pewno jest Potworem?

Czy rodzic, któremu zgwałcono i zamordowano dziecko zasługuje na potępienie, jeśli pragnie śmierci oprawcy? Mało tego: jeśli jego największym marzeniem jest zobaczenie egzekucji na żywo? Matt Witten dokłada starań, byśmy wczuli się w sytuację takiej kobiety. Weszli w jej skórę. Stopili się w jedno z osobą przepełnioną nienawiścią. Susan Lentigo od dwóch dekad trwa w swego rodzaju zawieszeniu. Ojciec Amy Lentigo poszedł dalej, a życie jej matki jakby się zatrzymało. Susan pracuje, spędza czas ze znajomymi i tak dalej, ale można powiedzieć, że działa na autopilocie. Martwa w środku, ale podtrzymująca w sobie płomyk nadziei na lepsze jutro. Susan uważa, że jeśli cokolwiek może wyrwać ją z tego swoistego letargu, to śmierć zabójcy jej córki. Nie ma pewności, że to jej pomoże, ale tak czy inaczej nie może odmówić sobie widoku gasnącego Potwora. Kobieta ma prawo zakładać, że dobrze ukierunkowała swoją nienawiść. Zasada domniemania niewinności od dawna nie ma już zastosowania. Obiekt jej nienawiści został prawomocnie skazany. A wcześniej? Czy powinno się potępić rodzica ofiary za to, że przedwcześnie ferował wyroki? Że dosłownie rzucił się na podejrzanego? Będzie ciężko, bo autor „Życzę mu śmierci” postarał się, żeby rozpacz Susan udzieliła się czytelnikowi. Przynajmniej w ułamku. Tak czy inaczej, mnie to w zupełności wystarczyło. Ta czarna rozpacz. Trująca substancja, w której praktycznie utopiono kochającą matkę przeuroczej dziewczynki. Ciągle miałam przed oczami – wciąż mam – jej uśmiechniętą buzię, ten szczerbaty uśmiech. Siedmiolatkę z ukochanym wisiorkiem z kolorowych paciorków na szyi. Susan i Amy zrobiły go niedługo przed śmiercią tej drugiej. Po odnalezieniu jej sponiewieranego martwego ciałka, uznano, że wisiorek przywłaszczył sobie oprawca Amy. Na pamiątkę tego odrażającego wydarzenia, choć dla niego zapewne podniecającego. Stan zwłok nie pozostawiał wątpliwości: Amy wpadła w siła pedofila, który może i nie planował odebrania jej życia... Nie, sąd uznał, że od początku do końca działał z premedytacją. Hmm, ten sam sąd, który mógł skazać niewinnego człowieka. Susan na kilka dni przed zaplanowaną egzekucją Potwora dokonuje wstrząsającego odkrycia. Nie może tego zignorować. Nie potrafi uciszyć potwornych wątpliwości, które nagle na nią spadły. Praktycznie bez grosza przy duszy rozpoczyna własne śledztwo. Boi się, że jej podejrzenia są słuszne. Na samą myśl robi jej się słabo, ale nie zamierza się wycofać, dopóki nie pozna prawdy. Sprawiedliwość dla Amy to jedno, ale Susan nie jest też obojętny los innych potencjalnych ofiar. Na początku tego potężnego ładunku emocjonalnego od Matta Wittena, zadałam sobie pytanie, kto najprędzej okazałby się sprawcą w realnym świecie? Nie mogę powiedzieć, że długo nad tym myślałam. Właściwie to wcale. Odpowiedź nasunęła mi się niemal natychmiast, ale szczerze wątpiłam, że Witten pójdzie tą drogą. Nie odważy się. Tego byłoby za wiele. Dość już zmaltretował swoich czytelników, nie wspominając już o bohaterce, która z pewnością nie była mu obojętna. Mark Witten w przestrzeni medialnej opowiadał o swojej miłości do Susan Lentigo, wyrażając przy tym nadzieję, że jej odwaga będzie inspiracją dla innych. Budująca postawa kobiety, którą czeka jeszcze przynajmniej jeden wyjątkowo mocny kopniak od życia. I mnóstwo mniejszych. Trudno zliczyć te wszystkie kłody rzucane pod nogi Susan przez „jej boga”. Nielitościwego Matta Wittena. Nie, to nie do końca prawda. Autor tej niemożebnie wciągającej, a przy tym bardzo bolesnej opowieści zostawia pomocne dłonie na tej wyboistej drodze kobiety, która nie ma już nic do stracenia, a przynajmniej tak jej się wydaje. Opowieści o odrażającej zbrodni, przypuszczalnie niezasłużonej karze oraz nieustępliwej, imponująco zdeterminowanej kobiecie. Kobiecie biorącej sprawy w swoje ręce, mimo świadomości, że prawda może być przysłowiowym gwoździem do jej trumny. Prawda doszczętnie może ją zniszczyć. Mocna, realistyczna rzecz. Tylko pod koniec nieprzyjemnie zapachniało Hollywoodem. W puncie kulminacyjnym, u kresu tej pasjonującej, ściskającej krtań, w dużej mierze autoterapeutycznej pogoni za prawdą. Za sprawiedliwością dla dziecka, które spotkało coś strasznego, ale nie, i to jest w tym wszystkim najgorsze, niespotykanego w „przepięknym świecie”, w którym przyszło nam żyć.

Życzę mu śmierci” Matta Wittena to opowieść obok, której trudno przejść obojętnie. Nie zapłakać nad siedmioletnią dziewczynką i jej mamą. To zdecydowanie nie jest lektura na poprawę humoru. Owszem, posiada też właściwości oczyszczające, ale według mnie lepiej się sprawdza jako środek na wywołanie depresji. W kleszczach smutku. Bardzo, ale to naprawdę bardzo przygnębiająca historia niby z życia wzięta (z tym niby to może trochę się zapędziłam). Ani przez chwilę niedłużąca się powieść drogi, skłaniający do refleksji, niepatyczkujący się z czytelnikiem thriller psychologiczny i wstrząsający dramat rodzinny. Chcesz się struć, to spróbuj tego. Powinno zadziałać.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz