Stronki na blogu

niedziela, 8 maja 2022

„Umma” (2022)

 

Amanda mieszka na odosobnionej amerykańskiej farmie ze swoją uczącą się w domu nastoletnią córką Chris, hodując pszczoły i sprzedając miód. W ich domu nie ma energii elektrycznej z powodu choroby Amandy, a ich jedynym przyjacielem jest właściciel miejscowego sklepu z artykułami rolniczymi, Danny. Pewnego dnia na farmę przybywa wuj Amandy mieszkający w Korei, skąd przed laty wyemigrowali rodzice Amandy. Mężczyzna zostawia walizkę z prochami i najcenniejszymi rzeczami matki Amandy. Od tego momentu zachowanie kobiety stopniowo się zmienia. Nieprzyjemne wspomnienia związane z matką, od której Amanda uciekła po zajściu w ciążę, uderzają ze zdwojoną siłą. Na domiar złego Amanda nabiera przekonania, że prześladuje ją duch jej zmarłej rodzicielki.

Amerykański horror wyprodukowany między innymi przez Sama Raimiego (tak, tego gagatka, który przywołał Martwe Zło) pod szyldem jego firmy Raimi Productions. Za scenariusz i reżyserię odpowiada debiutująca w fabularnym pełnym metrażu Iris K. Shim, która czerpała z własnych doświadczeń. Jej relacja z matką nie przypomina żadnej z przedstawionych w filmie. Nigdy też nie żyła w takiej izolacji, jak czołowe postacie filmu, który zatytułowała koreańskim odpowiednim słowa „Mama” („Umma”), ale podobnie jak Amanda, kiedyś, może nie tyle całkowicie odrzucała, ile nie miała ochoty zgłębiać swojej tożsamości narodowej (Shim też ma koreańskie korzenie). Kiedy była młodsza bardziej zależało jej na dopasowaniu się do otoczenia. Nie chciała odstawać od reszty, więc nie miała potrzeby ciągle przypominać ludziom, że jest Koreanką. Jej nastawienie do swojego dziedzictwa uległo zmianie, kiedy dorosła, czego wyrazem jest jej pierwszy pełnometrażowy film. Główne zdjęcia do „Ummy” miały ruszyć w kwietniu 2020 roku w Vancouver w Kanadzie, ale z powodu pandemii COVID-19 prace na planie ruszyły w październiku tego samego roku, w Los Angeles w Kalifornii. Dystrybucję otwarto w marcu 2022 roku, poczynając od Stanów Zjednoczonych.

Horror o matce, córce i babce... skąd ja to znam? A tak, „Relikt” Natalie Eriki James. Tym razem trzy pokolenia kobiet zmierzą się ze swoimi demonami na odizolowanej amerykańskiej farmie. A tematem przewodnim będzie tożsamość narodowa. Rola główna w „Ummie” przypadła w udziale Sandrze Oh, która dołączyła też do grona producentów wykonawczych, a partneruje jej Fivel Stewart – odpowiednio Amanda, wcześniej Soo-Hyun, i jej nastoletnia córka Chris. Po jakichś katuszach, zagadkowej udręce (prolog) i nastrojowej czołówce, dostajemy serię idyllicznych obrazków z malowniczej, spokojnej krainy dosłownie miodem płynącej. Niedługo jednak twórcy każą nam sądzić, że Amanda i Chris zbudowały sobie wygodne gniazdko: nie mają większych zmartwień i w zupełności wystarczy im wzajemne towarzystwo. Twórcy nadspodziewanie szybko burzą ten sielski obrazek, nomen omen, pewnej burzowej nocy. Pokazują nam się, aczkolwiek jeszcze nie w pełnej krasie, wewnętrzne demony Amandy, w odgonieniu których pomaga jej małoletnia córka. Jakaś widmowa postać dostrzeżona w sypialni – przypuszczalnie projekcja umysłu, halucynacja – i atak paniki. A wszystko przez błyskawice przecinające niebo za oknami rustykalnego domku gdzieś w Stanach Zjednoczonych. I oczywiście idące w ślad za nimi potężne grzmoty. Chris najwyraźniej zdążyła już przywyknąć do takich sytuacji. Przejściowych kryzysów rodzicielki, która jak dobrze wie ma coś w rodzaju alergii na elektryczność. Dlatego w ich domu nie ma prądu, ani rzecz jasna żadnych nowoczesnych urządzeń. Chris bardziej od braku telefonu komórkowego i komputera (artykułów pierwszej potrzeby wielu jej rówieśników) doskwiera samotność. Jedyną przyjaciółkę ma w swojej matce, która, brutalnie mówiąc, przestała jej wystarczać. Chris skrycie marzy o takim życiu, jakie prowadzi większość jej rówieśników. Chciałaby nawiązać przyjaźnie z innymi młodymi ludźmi. Nastolatka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie jej łatwo spełnić tego jakże skromnego marzenia. Można powiedzieć, że matka nie przygotowała jej na życie wśród ludzi. Chris uczyła się w domu, a wolny czas przeważnie spędzała jedynie z matką, która nie ma wątpliwości, że kierowała się wyłącznie dobrem córki. Spełniała życzenia swojego jedynego dziecka, które teraz raczej nie jest jej za to wdzięczne. Tak czy inaczej, Chris rozważa wyfrunięcie z gniazda. Wydostanie z się z pułapki, bo wygląda na to, że dziewczyna tak właśnie zaczęła traktować swoje domowe pielesze. Z Amandą sprawa jest bardziej skomplikowana. Normalnie może i wspierałaby córkę w jej postanowieniu rozpoczęcia nauki w szkole wyższej – wyjazd na studia. Gdyby była w pełni sobą. Gdyby nie musiała walczyć o swoją tożsamość ze swoją, na dodatek nieżyjącą już, ummą. Amanda wierzy, że ma do czynienia z najprawdziwszym duchem, ale jak to nierzadko w tego typu filmach bywa, widz jest zachęcany do tego, by brać pod uwagę także bardziej przyziemne wyjaśnienie kłopotów pszczelarki. Istota z zaświatów albo przypadłość stricte psychiczna. Amanda co prawda nie daje nam się poznać jako prawdziwy okaz zdrowia psychicznego. Jeszcze przed przybyciem niemile widzianego gościa, który zostawił u niej walizkę z prochami i najcenniejszymi przedmiotami tytułowej pani, Amanda miała swoje gorsze okresy. Kryzysowe chwile, za które w duchu winiła swoją matkę. Nie miałam powodów wątpić w jej wspomnienia z dzieciństwa, w nader pobieżnie wykreśloną opowieść o znęcającej się nad własnym dzieckiem kobiecie, która też miała swoje demony. Podobnie jak Amanda, ale też Chris, dziewczyna, która ma pełne prawo czuć się jak outsiderka. Odludek, dziwaczka, główny obiekt niewybrednych żartów, złośliwości miejscowych dzieciaków. Z takich elementów z całą pewnością dałoby się sklecić zajmującą opowieść - niekoniecznie jednak dla niestrudzonych poszukiwaczy oryginalności – gdyby tylko...

Cierpliwość: tego najbardziej mi brakowało w pierwszej dłuższej ofercie Iris K. Shim. Prawdę mówiąc „Umma” ma wszystko, co współczesny (nie)szanujący się straszak mieć powinien. Często robi „buu!” i to nie tak na pół gwizdka. Uderzenia dźwiękiem często idą w parze z jakimś niby upiornym obrazkiem. Zamaskowana kobieta w czerni przewiązanej czerwienią. Dla smakoszy efektów komputerowych wypatrzyłam tylko jedno fantazyjne danie. Czworonożne stworzenie. Modne, bo wymyślne. Mnie rozśmieszyło, ale ja starej daty jestem. Nie mam powodów skłaniać się ku temu, że twórcom nie zależało na wypracowaniu jakiejkolwiek tajemnicy. Że to miało być aż tak oczywiste. Prostolinijne. Widać, że próbowano zamieszać na tej nawiedzonej farmie. Przez ducha lub wewnętrznego demona. Albo i to, i to. Usiłowano - ależ się siłowano! - tak pokierować tą historią, by widz pogubił się w domniemaniach. Nie miał pewności, co tak naprawdę zagraża dwóm blisko spokrewnionym kobietom, których miodny biznes właśnie mocno się rozkręcił (dzięki pewnej influencerce). Z niecierpliwością wyczekiwał rozwiązania tej zagadki. To wszystko było tak toporne, żeby nie powiedzieć prymitywne, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy aby dobrze odczytuję zamiary twórców. Może te wszystkie interakcje Amandy z widmową postacią zupełnie nie miały wybrzmiewać tak pokrętnie? Może twórcy mieli przed oczami prostą ścieżkę, a wyszedł taki, jakby skreślony niepewną ręką, zawijasek? Nie sądzę, ale pewności nie mam. Tak czy inaczej, nadawałam na innych falach niż Shim i jej ekipa. Nic nowego, jeśli chodzi o moje osobiste kontakty z XXI-wiecznych kinem grozy. Oni się bawią, a ja czekam przebierając nogami aż im się znudzi i się ze mną zrównają. Prościej? Przewidywalne do bólu. Warstwa dramatyczno-obyczajowa miała w sobie jakiś potencjał. W każdym razie myślę, że mogłabym się zaangażować w przeżycia mieszkanek tej przeklętej farmy, gdyby ciągle nie wytrącono mnie z rytmu tanimi sztuczkami obliczonymi na przestraszenie. Skacz widzu, skacz! Cóż, ja nawet na takie, hmm, atrakcje liczyć nie mogłam. Nieskuteczne i stanowczo nadużywane głośne manifestacje (nie)znanego. Wygląda zaskakująco zwyczajnie ta zmora głównej bohaterki tego rodzinnego dramatu w horrorowych ciuszkach. W stroju pierwszego z brzegu nowoczesnego straszaka. Standard. Duch tu, duch tam, a pomiędzy pobieżnie wykreślona, można powiedzieć, życiowa opowieść. Na jednym poziomie to bardziej uniwersalna historia o relacjach matek z ich córkami (oczywiście to tylko przykładowe związki), a na drugim opowieść o ludziach, których los rzucił na obce ziemie. Rodzice Amandy wyemigrowali z Korei do Stanów Zjednoczonych i tak się niefortunnie złożyło, że czołowa postać „Ummy” większość wczesnych lat swojego życia spędziła wyłącznie pod nieopiekuńczymi skrzydłami matki. Amanda, podobnie jak jej córka i w przeciwieństwie do tytułowej postaci, wychowała się w Stanach Zjednoczonych. Umma nasiąknęła inną kulturą niż jej córka, a potem wnuczka. Ummę zżerała tęsknota za krajem, umma nie potrafiła odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Zamiast American Dream miała American Nightmare. I postarała się o to, by jej jedynemu dziecku też nie żyło się za lekko. Umma w pewnym sensie zatruła duszę Amandy. Piekło, jakie zgotowała jej w dzieciństwie, ta prawie na pewno chora psychicznie kobieta (depresja, psychoza?), wciąż daje się Amandzie we znaki. Potwornych wspomnień najpewniej nigdy się nie pozbędzie, ale coś czułam, że większość jej problemów wkrótce zniknie. Może pojawi się nowy – tak zwany syndrom pustego gniazda – ale w porównaniu do wcześniejszych przeżyć to bagatela. Jak pokonasz ducha i/lub wewnętrznego demona, który od niepamiętnych czasów kawałek po kawałku zjadał cię od środka, jak już uporasz się z ogromną traumą, to zapewne dasz sobie radę i z tym. Z wyfrunięciem z gniazda twojego choćby nawet jedynego już nie pisklęcia. O ile Chris będzie dane wyjechać na upragnione studia. Zależy, kto wygra tę bitwę: Amanda kontra jej umma, niezwyczajna stalkerka. Nawet jeśli na farmę matki i córki przypałętał się zły duch, to bardziej walka wewnętrzna niż zewnętrzna. Chris też walczy, choć mniej zaciekle. A przynajmniej zaczyna głośno wyrażać swoje zdanie, nie jest już tak cicha i posłuszna, jak do niedawna. Dziewczyna się stawia i trudno ją za to potępiać. Z drugiej strony można też zrozumieć Amandę. Współczuć obu, choć może nie tak bardzo jak, by się tego chciało. Ja miałam z tym poważny problem. Patrzyłam na to jakby z boku, spoza boiska. Wyautowana z tego niejakiego świata przedstawionego. Gdyby zacząć subtelniej, poświęcić więcej uwagi choćby tylko dwóm ważniejszym postaciom (Amanda i Chris), a potem stopniowo – nie wszystko naraz, powoli – odsłaniać kolejne cegiełki tego horrorowego dramatu rodzinnego, robić większe zamachy (budować napięcie) przy dorzucaniu do tego nadnaturalno-psychologicznego kotła... Ale nie. To nie ta gałąź kina grozy. Miejsce akcji - średniej wielkości farma oddalona od innych zabudowań - moim zdaniem w przeważającej mierze poszło na zmarnowanie. Dobry wybór scenerii, ale nie zauważyłam jakichś większych starań w kierunku zagęszczania aury panującej w tym miejscu. Powietrze niestosownie (jak na tego typu opowieść, potencjalną ghost story) lekkie. Nie tylko w słoneczne dni, nocą też jakoś nie czułam dyskomfortu. Nawet wtedy, gdy w kadr wskakiwała zamaskowana zjawa.

Zupełnie niegroźny horror od stawiającej pierwsze kroki w fabularnym pełnym metrażu Iris K. Shim. Poruszający ważne tematy – tożsamość narodowa, przykre skutki wychowania w dość hermetycznym środowisku, w jakiejś, choćby nawet nie ścisłej izolacji, bolesne zderzenie z obcą kulturą, poczucie niedopasowania, przemoc domowa, a więc i trudne do przepracowania traumy, które mogą, ale nie muszą odbijać się na kolejnych pokoleniach – ale przydałoby się wlać w to więcej uczuć. Wszystko to takie beznamiętne, a przecież autorka scenariusza (i zarazem reżyserka) w pewnym zakresie czerpała z własnych doświadczeń. „Umma” to dość osobista historia, ale ja jakoś tego nie czułam. Z ciężkich tematów powstał lekki horrorek, który dosyć ciężko mi się oglądało. Mocno wiało nudą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz