Stronki na blogu

poniedziałek, 2 maja 2022

Robert McCammon „Zew nocnego ptaka”

 

Rok 1699. W osadzie Fount Royal założonej na wybrzeżu kolonii Karoliny przez Roberta Bidwella, pełniącego w tym miejscu funkcję burmistrza, miejscowa młoda kobieta, Rachel Howarth została oskarżona o uprawianie czarów, paktowanie z Diabłem i zabójstwo dwóch osób, pastora i swojego męża. Po nadzwyczaj długich oczekiwaniach na przedstawiciela prawa, który zadecyduje o jej losie, w Fount Royal zjawia się doświadczony sędzia z miasta Charles Town, Isaac Woodward, wraz ze swoim wiernym sekretarzem, dwudziestoletnim Matthew Corbettem. Przyjezdni zostają ulokowani w willi Roberta Bidwella, któremu zależy na jak najszybszym skazaniu domniemanej czarownicy na śmierć. Podobnie jak zdecydowana większość tutejszych mieszkańców, burmistrz wierzy, że za wszystkie nieszczęścia - niepokojącą ilość zgonów, złe płony, podłą pogodę i pożary - pośrednio odpowiada Rachel Howarth. Ludzie uciekają z Fount Royal w przekonaniu, że to miejsce znalazło się w zasięgu mocy piekielnych, a prawie cała reszta ufa, że problem niedługo zostanie zażegnany poprzez spalenie wiedźmy na stosie. Rachel zyskuje jednak cennego sprzymierzeńca, dociekliwego młodego człowieka z Charles Town, który w przeciwieństwie do swojego mentora uznaje, że ta sprawa wymaga dokładniejszego przebadania. Matthew Corbett nie zwykł wszak pozostawiać pytań bez odpowiedzi, a te pierwsze mnożą się w zastraszającym tempie.

Zew nocnego ptaka” (oryg. „Speaks the Nightbird”) to pierwszy tom długiej powieściowej serii z Matthew Corbettem, który swoją światową premierę miał w roku 2002. Serii stworzonej przez amerykańskiego pisarza Roberta Ricka McCammona, który na scenie literackiej zadebiutował w 1978 roku powieścią grozy pod tytułem „Baal”. Potem były między innymi „The Wolf's Hour” (pol. „Godzina wilka”), nominowany do Nagrody Brama Stokera „Stinger”, współlaureat Nagrody Brama Stokera i nominat World Fantasy Award w kategorii „najlepsza powieść „Swang Song” (pol. „Łabędzi śpiew”), które trafiły na listę bestsellerów New York Timesa, zdobywca Nagrody Brama Stokera i World Fantasy Award „Boy's Life” (pol. „Magiczne lata”), kolejny zdobywca Nagrody Brama Stokera „Mine” oraz uhonorowany nagrodą Alabama Library Association nieoficjalny sequel „Zagłady domu Usherów” Edgara Allana Poego, „Usher's Passing”. McCammon po rozwodzie rodziców trafił pod opiekę dziadków z Birmingham w Alabamie, gdzie pisarz mieszka do dziś (z żoną i córką). Uzyskał licencjat z dziennikarstwa na University of Alabama, a potem stał się jednym z bardziej wpływowych amerykańskich autorów specjalizujących się w horrorze. Ze sceny zszedł w pierwszej połowie lat 90-tych XX wieku, nie planując powrotu. Nie wytrzymał presji wywieranej przez wydawców, którym w przeciwieństwie do niego, było wygodnie z gatunkową szufladką (horror), w jakiej McCammon tkwił właściwie od początku swojej pisarskiej kariery. Pisarz przez jakiś czas zmagał się z depresją, a potem... potem znowu zrobiło się o nim głośno. Wrócił z „Zewem nocnego ptaka”, bardzo obszerną powieścią kryminalną z pieczołowicie wykreślonym tłem społeczno-historycznym (końcówka XVII wieku).

Pierwsza część mrocznych przygód Matthew Corbetta w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych zadebiutowała w pełnej formie, ale w 2003 roku wypuszczono też dwutomową edycję – powieść rozbito na dwie części: „Judgement of the Witch” i „Evil Unveiled”). Pierwsze polskie wydanie tej epopei Roberta McCammona na szczęście nie zostało rozczłonkowane, gorzej, że trzeba było na nie czekać aż dwadzieścia lat. W każdym razie tyle czasu upłynęło od pierwszego wydania przedmiotowego utworu do pierwszego koncertu tego ptaszka w języku polskim. Zorganizowania niniejszego niemuzycznego wydarzenia w Polsce podjęło się wydawnictwo Vesper. Trochę ponad dziewięćsetstronicowa publikacja (drobny druk) w twardym opakowaniu zaprojektowanym przez człowieka, który wielkim artystą jest, Macieja Kamudę. A to tylko przedsmak jego wkładu w „Zew nocnego ptaka” - w środku znajdziemy całą paletę, nierzadko jeszcze mroczniejszych grafik. Czarno-białe ilustracje stylizowane na wiekowe ryciny, które składają się na opowieść o czarownicach, Diable i reakcjach bogobojnych ludzi. Tłumaczył Maciej Machała, któremu wypada pogratulować wytrwałości. Jeśli zaś chodzi o język to nie jestem w stanie powiedzieć w jakim stopniu pokrywa się on z oryginałem. Mogę tylko z całą stanowczością stwierdzić, że „Zew nocnego ptaka” cechuje się językowym rozmachem. Prawdziwe bogactwo słów, tworzących rytmiczne, gładko płynące zdania. Magiczna rzeka, która może i nie przekona językowych purystów (współczesne naleciałości), ale mniej wrażliwi na dostosowanie stylu do epoki, w której toczy się akcja danego dzieła, przypuszczam, w większości nie oprą się tej budującej, nieszatańskiej mocy. Tej przepotężnej sile narracji. Robert McCammon nie ukrywa, że największy wpływ na jego pióro mieli Edgar Allan Poe i Ray Bradbury. Dalej Ian Fleming i Harper Lee, ale swoje zrobiły też przygody Tarzana i Doca Savage'a oraz różne magazyny i komiksy, w których zaczytywał się w dzieciństwie. Jak łatwo się domyślić, samo gromadzenie informacji z myślą o „Zewie nocnego ptaka” zabrało McCammonowi mnóstwo czasu. A największą skarbnicą tychże była dla niego biblioteka w Williamsburgu, gdzie spędził niezliczoną ilość godzin nad starymi pamiętnikami, testamentami i innymi zakurzonymi papierzyskami (wcale bym się nie zdziwiła na wieść, że przestudiował równieżMłot na czarownice. Malleus Maleficarum" Heinricha Kramera i Jacoba Sprengera). McCammon zazwyczaj pisze przy starannie dobranej muzyce. Pracując nad „Zewem nocnego ptaka”, co zajęło mu dwa lata, słuchał głównie muzyki kolonialnej. W ten sposób wprawiał się w odpowiedni nastrój, dostrajał do czasów, w których na pewno nie chciałby żyć. Podejrzewa zresztą, że to nie potrwałoby długo, że w takim układzie prędko pożegnałby się ze światem żywych. Epoka Matthew Corbetta (postać fikcyjna) to epoka ludzi twardych i szorstkich w obyciu. Z bardzo wysokim progiem bólu. Mniej odpornym rzadko, jeśli w ogóle, udawało się dożyć do wieku choćby Isaaca Woodwarda. Sędziego z wieloletnim stażem, który wraz ze swoim lojalnym sekretarzem, dwudziestoletnim Matthew Corbettem, po paru nieprzewidzianych, nader nieprzyjemnych komplikacjach, ostatkiem sił dobije do celu swojej służbowej podróży. Z miasta Charles Town do rodzącej się potęgi kolonii. W każdym razie założyciel Fount Royal ma nadzieję, że ta niewielka, a od niedawna dość szybko wyludniająca się osada, będzie się rozrastać. W najgorszym razie dorówna Charles Town, ale ambicje Roberta Bidwella (założyciel i burmistrz Fount Royal) są jeszcze większe. Już on postara się o to, by Fount Royal przyćmiło Charles Town, jedno z najbardziej reprezentacyjnych punktów kolonii Karoliny. Najpierw jednak musi pozbyć się czarownicy.

W tej mieścinie prawda to duch istoty, która od dawna jest już martwa.”

Robert McCammon zbudował omawianą opowieść na historycznym fundamencie. Fikcyjna intryga wyrosła z autentycznego szkaradnego drzewa. Niechlubne karty w historii chrześcijaństwa. Polowanie na tak zwane czarownice i tak zwanych czarowników/czarnoksiężników. Autor wspomina w „Zewie nocnego ptaka” niesławne procesy w Salem. Isaac Woodward po raz pierwszy w swojej sędziowskiej karierze ma osądzić osobę oskarżoną o uprawianie czarów. Między innymi, bo dwudziestoparoletnia Rachel Howarth zdaniem prawie wszystkich obywateli Fount Royal odpowiada też za śmierć swojego męża i powszechnie lubianego w tych stronach pastora. Woodward, jak wielu jego kolegów po fachu, zna sprawę rzekomych czarownic i czarowników z Salem. On nie ma wątpliwości, że skazani na śmierć byli winni zarzucanych im czynów. Młodzieniec, który pracuje dla niego od pięciu lat, od kiedy sędzia wydobył go z przytułku, Matthew Corbett, nie ma wyrobionego stanowiska w bodaj najgłośniejszej sprawie z Salem. Są tacy, którzy nie mają wątpliwości, że wyroki były niesłuszne i z ich argumentami Matthew też zdążył się już zapoznać. Jego mentor raczej nie zaprząta sobie zbytnio głowy „wynurzeniami niedowiarków”. Interesują go tylko twarde dowody, a za takowe uważa zeznania świadków i lalki znalezione pod podłogą w domu Rachel kilkanaście dni po jej zatrzymaniu. Matthew stara się zwrócić jego uwagę na to, że każdy mógł je podrzucić, ale według Woodwarda to tylko kolejna teoria jego nieopierzonego wychowanka. Według niego Matthew sporo jeszcze musi się nauczyć, jeśli chce – a nie ma powodów, by sądzić inaczej – zostać sędzią. Sprawiedliwym sędzią. Czytelnik może natomiast wyrobić w sobie przekonanie, że Corbett już teraz byłby lepszym sędzią od Woodwarda. Główny bohater „Zewu nocnego ptaka” ma zupełnie innych sposób myślenia od swojego niemłodego już wybawcy. Jakbyśmy znaleźli się na styku średniowiecza i oświecenia. Tak czy inaczej, stara szkoła myślenia powoli się wykrusza. W najbliższych latach sporo się zmieni, za sprawą takich ludzi jak Matthew Corbett. Może i na razie są w zdecydowanej mniejszości, ale przyszłość należy do nich. Isaac Woodward prowadzi sprawę Rachel Howarth zgodnie z procedurami. Mimo że jest pod dużą presją, głównie swojego majętnego gospodarza, ale można powiedzieć, że presję z czasem zacznie wywierać na niego także jego własne ciało (stan zdrowotny), Woodward nie idzie na skróty. A najpewniej spokojnie mógłby to przyśpieszyć – nie ryzykując przykrych konsekwencji. Mógłby ugiąć się pod naciskiem struchlałych obywateli Fount Royal, którzy nie mogą się już doczekać widoku umierającej powoli czarownicy. Ach, jak dobrze będzie poczuć tę niebiańską woń palącego się ciała przebrzydłej służebnicy Szatana. Współczesny czytelnik raczej nie pochwali takiego podejścia do sprawy, jakie obserwujemy u Isaaca Woodwarda, ale w 1699 roku taka praktyka świadczyła raczej na korzyść niż niekorzyść takiego sędziego. W tym świecie przedstawionym nikogo nie dziwi fakt, że to oskarżona ma udowodnić swoją niewinność, a nie na odwrót. Bo tak to wygląda. Co prawda jakiś tam materiał mający obciążać Rachel Howarth na ręce Woodwarda złożono, ale jego jakość pozostawia wiele do życzenia. A przynajmniej Matthew Corbett ma poważne wątpliwości. A przy tym uważa, że świadkowie oskarżenia mówią prawdę, a przynajmniej to, co uważają za prawdę. Czytelnik jest w bardziej komfortowym położeniu niż Matthew Corbett. To, co dla najbardziej zawziętego sojusznika Rachel Howarth jest swoistym fenomenem, zupełną nowością, dla śledzących jego dzieje najpewniej takie nie będzie. Co więcej, łatwo domyślić się w czym rzecz. I nie chodzi tylko o ten jeden wątek śledztwa dzielnego skryby. Jak dla mnie mocno przewidywalna intryga, z paroma pomniejszymi rewelacjami. Bo Corbett przy okazji odkrywa też, jak dopiero potem się upewnia, niezwiązane z jego nocnym ptakiem, sekrety tego umierającego miasteczka, w którym panuje atmosfera jak z horroru. Na przykład sprawa kowala, która ma korzenie w historii ludzkości. Robert McCammon podczas zbierania materiałów do tej książki, natrafił na odrażające, a przy tym dość smutne doniesienia, które wykorzystał przy budowaniu sylwetki właściciela nieszczęsnej stodoły. Na pewno pechowej dla Matthew Corbetta, godnego naśladowania idealisty (sprawiedliwość najważniejsza), ponadprzeciętnie ciekawskiego młodego człowieka, a zatem tyko kwestią czasu jest aż napyta sobie nielichej biedy. Tacy ludzie raczej nie są mile widziani w tej bagiennej krainie. Tutaj ludzie modlą się pod figurą, a diabła mają za skórą. Szlachetne wyjątki niewątpliwe też są, ale przynajmniej w pierwszych etapach amatorskiego śledztwa Matthew Corbetta lepiej zanadto nie spoufalać się z żadnym mieszkańcem Fount Royal. Każdy jest podejrzany w tej szatańskiej mieścinie, której chyba bardziej zagrażają dzikie zwierzęta niż prawdopodobnie też mieszkający w tych lasach Indianie. Gęstych lasach otaczających, wręcz przyduszających tę niesamowicie mroczną osadę, na którą zawziął się sam władca Piekieł. Akcja nie pędzi na złamanie karku, ale też nie mogę powiedzieć, że posuwa się powoli. Moim zdaniem autor znalazł złoty środek – idealnie wyważył szczegółowość z dynamizmem. Wybitnie plastyczne opisy miejsc i sytuacji, dogłębne przemyślenia głównie Matthew Corbetta, ale nie tylko, scenki z dna codziennego w Fount Royal i mniej emocjonujące posunięcia urodzonego detektywa z Charles Town, trochę wspomnień, a na ożywienie między innymi parę zagadkowych stworzeń, szczypta makabry i mnóstwo ryzykownych kroków człowieka, który w tej przeklętej okolicy pożegna się z tak zwaną niewinnością.

Uwaga arcydzieło! Wybitne osiągnięcie po kryminalnej stronie beletrystyki. Tak uważam i aż po kres swoich dni będę twardo upierać się przy tym stanowisku. „Zew nocnego ptaka” Roberta McCammona to piorun nie książka. Bezwstydny złodziej czasu. Diabelskie narzędzie skonstruowane po to, by odciągnąć Waszą uwagę od spraw bieżących. Także tych niecierpiących zwłoki, więc radzę nie otwierać kiedy bądź. Przygotuj się na najgorsze w dobrym znaczeniu tego słowa. Przygotuj się na to, że przepadniesz. Na poły martwy dla tego świata, wsłuchany w hipnotyczną pieśń nocnego stworzenia, zaczarowany przez opowieść umownie z odległej przeszłości, w której podobno żyły najprawdziwsze czarownice. Nie zarzekam się, że na pewno tak będzie, ale lepiej przygotować się na przebywanie jedną nogą w Fount Royal, nawet w trakcie przerw od lektury. Nawet wtedy, gdy akurat nie podglądacie Matthew Corbetta i innych barwnych postaci „Zewu nocnego ptaka”. Wiem po sobie. Zginęłam, przepadłam. I chcę jeszcze!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz